
– Ja nie dzwoniłam do sędziego, nie rozmawiałam nigdy z sędzią. Kontaktował się pracownik mojego biura mówiący o tym, że mamy taką sprawę i że przesyłamy stanowisko – tłumaczyła w środowy wieczór rzeczniczka praw dziecka Monika Horna-Cieślak. Odpowiedziała na zarzuty stawiane przez Patryka Słowika.
- Monika Horna-Cieślak była świadkiem ulicznego incydentu, podczas którego matka szarpnęła dziecko i krzyczała na nie. Rzecznik Praw Dziecka zainterweniowała i została zwyzywana.
- Choć policja, kurator sądowy ani sąd nie widzieli podstaw do natychmiastowego odebrania dzieci i umieszczenia ich w pieczy zastępczej, te trafiły do placówki opiekuńczo-wychowawczej.
- Sąd nakazał natychmiastowy powrót dzieci do rodziców. W uzasadnieniu wskazał, że działania wobec rodziny „mogą nosić wyraźne znamiona przemocy instytucjonalnej” i były „rażąco nieproporcjonalne do zaistniałego zdarzenia”.
- Swoją wersję wydarzeń Monika Horna-Cieślak przedstawiła w rozmowie z Gońcem.
Dziennikarz Zero.pl Patryk Słowik pytał na portalu X, czy pracownik biura Hornej-Cieślak kontaktował się z sędzia przed wydaniem werdyktu w tej sprawie.
„Już za samo dzwonienie do sędziego przez przedstawiciela organu państwowego w celu wpłynięcia na orzeczenie powinna być dymisja. Wszystko inne to koszmarny dodatek” – dodał w kolejnym wpisie.
Rzeczniczka odpowiada
To pytanie rzeczniczce postanowił zadać dziennikarz Gońca Janusz Schwertner.
– Znam bardzo dobrze ustawę o w rzeczniku praw dziecka. Jestem też adwokatem i wiem jak ta ustawa funkcjonuje, jak działa i znam swoje uprawnienia – odpowiedziała Monika Horna-Cieślak.
Policja odcina się od afery z Moniką Horną-Cieślak. Odpowiadamy na oświadczenie
– Sytuacja wyglądała w taki sposób, że kiedy mamy podejrzenie stosowania przemocy wobec dzieci, a jest długi weekend, OPS (Ośrodek Pomocy Społecznej – przyp. red.) powiedział mi, że pójdzie do rodziny dopiero w poniedziałek. Sądy nie działają: wysłanie pisma w piątek powoduje, że nikt tego pisma nie odbierze. Odbierze go dopiero w poniedziałek – powiedziała.
Czytaj także: Afera z rzeczniczką praw dziecka. „Musi ponieść konsekwencje”
– Jedyną opcją powiedzenia, że dzieje się sprawa, jest kontakt z sędzią dyżurującym przez telefon. Ja nie dzwoniłam do sędziego, nie rozmawiałam nigdy z sędzią. Kontaktował się pracownik mojego biura mówiący o tym, że mamy taką sprawę i że przesyłamy stanowisko, które po prostu w sprawie zajęliśmy – dodała.