
Dziewiętnastoletnia Magdalena była pięć dni po terminie porodu, kiedy zgłosiła się do Szpitala Powiatowego w Lubaczowie. Odczuwała bardzo silny ból, o czym wielokrotnie informowała personel. Kilka godzin później lekarze wykonali cesarskie cięcie. Jej syn urodził się martwy. – Lekarz sam powiedział, że gdyby zrobili tę cesarkę wcześniej, to dziecko by żyło – relacjonuje kobieta. Sprawą zajmuje się prokuratura. Sekcja zwłok wykazała, że dziecko było zdrowe. Przyczyna śmierci pozostaje nieustalona.
- Magdalena miała urodzić zdrowe dziecko. Zgłosiła się do szpitala w Lubaczowie. Kilka godzin później doszło do tragedii.
- Syn kobiety, Nikodem, urodził się martwy. Matka zarzuca personelowi zaniedbania i brak empatii. Według 19-latki, kiedy leżała po operacji i zamknęła oczy, usłyszała od lekarza: „Na kogo wypadnie, na tego bęc”.
- Prokuratura wszczęła śledztwo. Bada działania podejmowane przez lekarzy.
Wszystko zaczęło się w nocy z 26 na 27 października. Około godziny drugiej Magdalena poczuła silny, tępy ból. Była w pierwszej ciąży, pięć dni po wyznaczonym terminie porodu. Początkowo uznała, że rozpoczyna się akcja porodowa.
– Nie mogłam leżeć. Co chwila wstawałam, chodziłam – opowiada Zero.pl 19-latka.
Nad ranem zdecydowała, że pojedzie do Szpitala Powiatowego w Lubaczowie. Na oddział ginekologiczno-położniczy dotarła po godzinie dziewiątej. Jak wspomina, po przyjęciu wykonano jej badanie USG i podłączono aparat KTG, monitorujący m.in. czynność serca płodu i skurcze macicy.
Rodzina czekała na narodziny pierwszego wnuka. Chłopiec miał otrzymać imię Nikodem.
Według relacji Magdaleny już podczas pierwszych badań pojawiły się problemy z rejestrowaniem tętna dziecka. – W pewnym momencie tętno dziecka zaczęło zanikać i jedna z położnych stwierdziła, że źle leżę – wspomina.
Jak opowiada, na polecenie personelu zmieniała pozycję ciała. Po pewnym czasie urządzenie ponownie zarejestrowało tętno. Ból jednak nie ustępował. – Cały czas skarżyłam się na straszne bóle krzyżowe. Były tak silne, że nie mogłam leżeć – relacjonuje Magdalena.
Personel zaproponował jej korzystanie z piłki porodowej. Według 19-latki ćwiczenia tylko nasiliły dolegliwości. Później otrzymała leki rozkurczowe i udało jej się zasnąć. Po przebudzeniu nadal odczuwała silny ból. Magdalena twierdzi, że zapis KTG pokazywał utrzymujące się skurcze, a macica pozostawała napięta.
– Panie opiekujące się mną same powiedziały, że macica nie powinna taka być.
Pacjentka uważa dziś, że był to jeden z sygnałów, które powinny skłonić personel do dokładniejszej oceny jej stanu.
„Tego tętna już nie było”
Według relacji 19-latki sytuacja dramatycznie zmieniła się po południu. Magdalena nie pamięta dokładnej godziny, ale mogło to być ok. 16. Wspomina, że podczas kolejnego badania KTG personel nie mógł zarejestrować czynności serca dziecka.
– Położne mówiły, że czasami z tętnem matki nakłada się tętno dziecka i po prostu czasem tak jest, że to tętno nie pokazuje się na KTG.
Jak twierdzi, dwie położne próbowały odnaleźć tętno, wymieniając się urządzeniem. Ostatecznie wezwały lekarza.
Magdalena wspomina również badanie USG wykonane przy przyjęciu. Według jej relacji lekarz miał wówczas zwrócić uwagę na nieprawidłowe ustawienia aparatu. Oszacowana masa płodu wynosiła 3650 gramów. Po porodzie okazało się, że Nikodem ważył 4220 gramów.
Kiedy po południu pojawiły się trudności z odnalezieniem tętna, lekarz ponownie wykonał USG. – Zamiast wziąć mnie na cesarkę, zmarnował 10 minut na badanie USG – ocenia Magdalena.
Według jej relacji lekarz miał stwierdzić, że widoczne są pojedyncze czynności serca płodu. Kobieta podkreśla jednak, że w tym czasie nie czuła już ruchów syna.
Zaczęła płakać. Twierdzi, że jedna z położnych zapytała ją wtedy, dlaczego płacze. Wcześniej, kiedy wielokrotnie zgłaszała silny ból, miała usłyszeć od tej samej pracownicy, że nie może już słuchać jej skarg. Ostatecznie podjęto decyzję o wykonaniu cesarskiego cięcia.
„Usłyszałam: akcje życiowe zerowe”
Magdalena pamięta, że na salę operacyjną przewieziono ją na wózku. Płakała. Nadal nie wiedziała, co dzieje się z jej synem. Po cesarskim cięciu zaczęła pytać personel, czy wszystko jest w porządku.
– Nikt mi nie chciał udzielić żadnych informacji.
Jak wspomina, zaczęła domyślać się najgorszego, kiedy nie położono jej dziecka na klatce piersiowej.
– Ja tylko usłyszałam zaraz, że akcje życiowe zerowe, no to już wiedziałam, że dzieciątko po prostu zmarło.
Nikodem urodził się martwy. Magdalena twierdzi, że dopiero po operacji dowiedziała się, iż doszło do przedwczesnego odklejania się łożyska. Według jej relacji lekarz wykonujący cesarskie cięcie miał powiedzieć, że wcześniejsze jego przeprowadzenie mogłoby uratować dziecko.
– Dodał też, że to cud, że ja żyję – wspomina 19-latka.
Kobieta opowiada również o poważnych komplikacjach dotyczących jej własnego zdrowia. Jak twierdzi, konieczne było przetaczanie krwi, a lekarzom udało się uratować jej macicę.
– Prawie ją straciłam, no ale na szczęście udało się, więc wciąż mam szansę na kolejne dziecko.
To właśnie podejrzenie przedwczesnego oddzielenia łożyska jest jednym z istotnych elementów jej relacji. Nie oznacza jednak, że mechanizm śmierci dziecka został już potwierdzony przez biegłych. Prokuratura podkreśla, że przyczyna zgonu nadal jest ustalana.
„Na kogo wypadnie, na tego bęc”
Magdalena ma również zastrzeżenia do sposobu, w jaki personel szpitala odnosił się do niej po tragedii.
Twierdzi, że lekarz wykonujący cesarskie cięcie miał wypowiedzieć w jej obecności słowa, które odebrała jako wyjątkowo niestosowne. Według 19-latki, kiedy leżała po operacji i zamknęła oczy, usłyszała: „Na kogo wypadnie, na tego bęc”.
– To niewyobrażalne, że doktor… Że on może się tak odnosić.
Opowiada również o rozmowie z jedną z położnych, która miała odwiedzić ją podczas pobytu na oddziale. – Powiedziała, że ich boli to, że zrobię z nich rzeźników – mówi Magdalena. I podkreśla, że w tamtym momencie była kobietą, która właśnie straciła wyczekiwane dziecko.
Ma też żal o sposób przekazania informacji rodzinie. Według jej relacji bliscy nie zostali telefonicznie powiadomieni o nagłej operacji. Kiedy mama, siostra i partner dotarli do szpitala, lekarz miał poinformować ich, że Magdalena żyje, ale dziecko, niestety, zmarło.
Kobieta zna przebieg tej rozmowy z opowieści partnera. Uważa, że zabrakło w niej empatii.
„Wszystko było przygotowane na tego maluszka”
Magdalena i jej partner planowali powiększenie rodziny. Jak podkreśla, ciąża była chciana, a wcześniejsze badania nie wskazywały na problemy ze zdrowiem dziecka.
– Byłam na wszystkich trzech badaniach prenatalnych. Lekarz mówił, że wszystko jest w porządku.
Po operacji pozwolono jej przytulić Nikodema. Trzymała martwego syna na klatce piersiowej. – Ta pierwsza doba to była taka... Ja byłam pod znieczuleniem i te leki, wszystko. Byłam w amoku…
Dopiero następnego dnia, kiedy działanie leków ustępowało, zaczęła w pełni uświadamiać sobie stratę. Jeszcze trudniejszy okazał się powrót do domu.
– Wszystko było przygotowane na tego maluszka – książki, dostawka do łóżka. Nawet pokoik mieliśmy już malować.
Jej partner również bardzo przeżywa śmierć syna. Nikodem był ich pierwszym dzieckiem. – Zmagamy się z tym tak naprawdę na co dzień.
Dziewiętnastolatka wie, że strata pozostanie z nią na zawsze. Jednym z obrazów, które szczególnie zapamiętała, jest twarz chłopca. – On był uśmiechnięty, miał uniesione kąciki ustek…
Prokuratura wszczęła śledztwo. „Dziecko było zdrowe”
Po śmierci Nikodema rodzina złożyła zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Magdalena i jej partner zostali już przesłuchani.
28 października Prokuratura Rejonowa w Lubaczowie wszczęła śledztwo dotyczące narażenia 19-letniej pacjentki i jej dziecka podczas porodu na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu przez personel Szpitala Powiatowego w Lubaczowie, co według przyjętej kwalifikacji prawnej miało doprowadzić do nieumyślnego spowodowania śmierci noworodka.
Małgorzata Taciuch-Kurasiewicz, rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Przemyślu, przekazała Zero.pl, że śledczy zabezpieczyli dokumentację medyczną oraz zwłoki dziecka i materiał biologiczny do dalszych badań. – W toku śledztwa prokurator przesłuchał w charakterze świadka osobę zawiadamiającą o przestępstwie. W sprawie przesłuchiwani są dalsi świadkowie – mówi Taciuch-Kurasiewicz.
30 października w Katedrze i Zakładzie Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego w Lublinie przeprowadzono sekcję zwłok Nikodema. Jej wyniki potwierdziły, że ciąża była donoszona, a dziecko zdrowe. Nie udało się jednak jednoznacznie określić przyczyny śmierci.
– W sprawie będą przeprowadzone dalsze badania materiału biologicznego – przekazała prokurator Taciuch-Kurasiewicz.
Śledczy mają ustalić nie tylko bezpośrednią przyczynę śmierci, lecz także ocenić, czy działania personelu medycznego były prawidłowe. A jeśli nie były, to kto ponosi za to odpowiedzialność.
Na tym etapie nie ma zatem podstaw do przesądzania, że śmierć Nikodema była skutkiem błędu medycznego. Weryfikacja prawidłowości postępowania personelu jest przedmiotem trwającego śledztwa.
Portal Zero.pl kontaktował się ze szpitalem w Lubaczowie. Dyrektor placówki potwierdził śmierć noworodka. Dodał, że sprawę bada prokuratura. Poprosiliśmy o oświadczenie i więcej informacji. Do momentu publikacji nie otrzymaliśmy odpowiedzi.
„Ja straciłam dziecko. Tego już nikt mi nie odda”
Magdalena zdecydowała się opowiedzieć swoją historię publicznie. Jak tłumaczy, chce przede wszystkim zwrócić uwagę na sposób traktowania kobiet zgłaszających silny ból podczas porodu. – Przyczyna za każdym razem powinna zostać zbadana – podkreśla.
Nie ukrywa, że obwinia personel szpitala za śmierć syna. To jej ocena, której zasadność będzie musiało zweryfikować postępowanie. Zamiast zabrać syna do przygotowanego dla niego domu, rodzice musieli zorganizować jego pogrzeb. Dziewiętnastolatka nie zna jeszcze odpowiedzi na pytanie, czy śmierci chłopca można było zapobiec. Chce, by ustalili to śledczy.
Może zainteresuje Cię także:

