Reklama
Nauka

Resort nauki ostrzega przed bałaganem, którego sam nie potrafi posprzątać

Tysiące nauczycieli kończą studia podyplomowe, płacą czesne, odbierają świadectwa i rozpoczynają pracę w szkołach, by po latach usłyszeć, że zdobyte kwalifikacje mogą nie mieć większej wartości. Problem jest od dawna znany ministerstwu, ale zamiast porządkowania rynku i skutecznego nadzoru resort coraz częściej ogranicza się do publikowania porad, jak samodzielnie nie dać się oszukać.

Łukasz Wolański
Opinia autorstwa: Łukasz Wolański
Dzisiaj 20:08
15 min
Minister nauki Marcin Kulasek zapewnia, że uczelnie są gotowe na większe nabory, a resort ostrzega kandydatów przed nierzetelnymi ofertami studiów, zamiast skutecznie nadzorować rynek (fot. PAP)
TYLKO NA

O problemach z jakością kształcenia na części polskich uczelni niepublicznych, a zwłaszcza ze studiami podyplomowymi, pisałem już wiele razy. Szczególnie dotkliwe konsekwencje tych nieprawidłowości ponoszą studenci-nauczyciele. Zdarza się, że człowiek poświęca kilkanaście miesięcy na naukę, płaci czesne, odbiera świadectwo, a następnie podejmuje pracę w szkole. Dopiero po kilku latach dowiaduje się, że studia, które miały zapewnić mu kwalifikacje zawodowe, w rzeczywistości wcale ich nie dały. Bo program był niewłaściwy, bo nie spełniał standardów kształcenia albo dlatego, że kandydat już w chwili rekrutacji nie spełniał wymagań pozwalających na zdobycie określonych kwalifikacji.

Nie mówimy tu o przypadkach incydentalnych, ale o problemie dotykającym dziesiątek tysięcy nauczycieli w Polsce, którzy przez to mają dzisiaj wątpliwości co do posiadanych kwalifikacji. Ten temat nie schodzi zresztą z TOP 3 tematów na największych nauczycielskich grupach od wielu miesięcy.

Jest oczywiste, że do takich sytuacji nigdy nie powinno dochodzić. Skoro jednak się zdarzają, pojawia się całkiem zasadne pytanie o winę i odpowiedzialność. Czy winny jest słuchacz, który zaufał uczelni? A może uczelnia, która przyjęła go na studia, pobrała pieniądze i wystawiła dokument, choć nie zostały spełnione warunki uzyskania deklarowanych kwalifikacji?

Są bohaterami czy mistrzami minimum? Dwie twarze polskiego nauczyciela

Reklama
Reklama

Ten problem nie jest nowy. Sam wracam do niego od blisko dwóch lat. Innych publikacji, dyskusji, poselskich interpelacji czy petycji również w tym czasie nie brakowało. We wrześniu 2024 r. ówczesny szef resortu Dariusz Wieczorek zapowiadał zmiany w prawie, które miały umożliwić skuteczniejsze eliminowanie nierzetelnych uczelni. Mówił nawet o prawie do ich likwidacji, nazywając taki instrument „bombą atomową w rękach ministra”. Minęły dwa lata i wszystko wskazuje na to, że na straszeniu się skończyło. Zamiast oczekiwanych zmian ustaw i rozporządzeń dostaliśmy, w ramach przedwyborczej intensyfikacji aktywności resortu, kilka wpisów na Facebooku.

Uwaga, na naszym podwórku może być niebezpiecznie!

Przyznam, że z pewnym niedowierzaniem przeglądałem wpisy opublikowane 6 października na oficjalnym profilu Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Resort postanowił bowiem ostrzegać kandydatów na studia przed... podejrzanymi ofertami edukacyjnymi.

Dowiedzieliśmy się więc, że należy uważać na możliwość wyjątkowo szybkiego zdobycia dyplomu, uzyskania kwalifikacji bez wymaganych zajęć, brak standardowych wymagań programowych czy obietnice gwarantowanych uprawnień zawodowych. Ministerstwo przypomniało także, że studia pierwszego i drugiego stopnia nie mogą być prowadzone całkowicie zdalnie.

Zacznijmy od rzeczy podstawowej. Sam pomysł ostrzegania kandydatów przed nieuczciwymi ofertami jest rozsądny. Podobnie jak przypominanie obowiązujących przepisów. Problem polega jednak na tym, że trudno oprzeć się wrażeniu, iż resort nauki występuje tutaj w roli zewnętrznego obserwatora rynku akademickiego. Jakby jego zadaniem było jedynie przestrzeganie obywateli przed problemami, za których rozwiązywanie odpowiada ktoś zupełnie inny.

Reklama
Reklama

Przekleństwo nauczycielskiego etatu, czyli klątwa osiemnastu godzin

Najbardziej zastanawia mnie jednak, czy osoby przygotowujące te komunikaty rzeczywiście rozumieją, jak funkcjonuje rynek studiów podyplomowych i z jakimi problemami się boryka. W pierwotnej wersji jednego z wpisów ministerstwo, po wyjaśnieniu ograniczeń dotyczących zdalnego prowadzenia studiów wyższych, informowało, że inaczej jest w przypadku studiów podyplomowych, które mogą być prowadzone online i podlegają innym zasadom. Tak sformułowana informacja pomijała niezwykle istotne ograniczenie. Podyplomowe studia kwalifikacyjne przygotowujące do wykonywania zawodu nauczyciela, realizowane zgodnie z odpowiednim standardem kształcenia, nie mogą odbywać się całkowicie zdalnie.

Dopiero w zmienionej wersji komunikatu ministerstwo doprecyzowało, że jedynie niektóre studia podyplomowe mogą być prowadzone online, i dodało wyraźne zastrzeżenie dotyczące kwalifikacyjnych studiów nauczycielskich. Trudno o lepszą ilustrację problemu. Resort postanowił przestrzegać kandydatów przed nierzetelnymi ofertami, a sam musiał poprawiać własne ostrzeżenie, by nie wprowadzało ich w błąd. Czy autor komunikatu w ogóle zdawał sobie sprawę, że pominięte początkowo ograniczenie dotyczy jednego z najbardziej problematycznych segmentów rynku? To właśnie oferty nauczycielskich studiów podyplomowych prowadzonych całkowicie zdalnie od lat budzą poważne wątpliwości co do zgodności z wymaganiami kształcenia.

Reklama
Reklama

Ktoś mógłby rzec: to tylko niefortunne rozłożenie akcentów. Ale jeśli resort postanawia prowadzić kampanię informacyjną dotyczącą znanych od lat nieprawidłowości, wypadałoby oczekiwać od niego wyjątkowej precyzji. Zwłaszcza że nie prowadzi jej przecież koło naukowe studentów pierwszego roku, lecz instytucja odpowiedzialna za funkcjonowanie całego systemu.

Masz problem? Zgłoś go komuś innemu

Jeszcze ciekawszy jest fragment ministerialnych porad dotyczący reagowania na nieuczciwe oferty. Jeśli podejrzewasz oszustwo, możesz zawiadomić policję lub prokuraturę. Jeśli naruszono prawa konsumenta, możesz zwrócić się do UOKiK albo rzecznika konsumentów. Jeśli natrafiłeś na fałszywą stronę internetową, zgłoś ją odpowiednim instytucjom zajmującym się cyberbezpieczeństwem. Wszystko to są rady co do zasady słuszne. Tylko jednej instytucji zabrakło w tych zestawieniach: samego Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Tego, które publikuje ostrzeżenia.

A przecież to właśnie minister nauki sprawuje nadzór nad zgodnością działania uczelni z przepisami prawa. Może żądać dokumentów, wyjaśnień, przeprowadzać kontrole i stosować przewidziane ustawą środki nadzorcze. A zatem informacja o uczelni, która prowadzi studia w sposób niezgodny z prawem, powinna być dla resortu niezwykle cenna. Nie chodzi bowiem wyłącznie o indywidualne roszczenie jednego niezadowolonego klienta, ale potencjalnie o setki absolwentów, którym wydano dokumenty niespełniające obiecywanej funkcji zawodowej.

Reklama
Reklama

Tymczasem ze sposobu sformułowania ministerialnych komunikatów można odnieść wrażenie, że problem został skutecznie wypchnięty poza właściwy urząd. My ostrzeżemy, a jeśli coś pójdzie nie tak, proszę udać się gdzie indziej.

Noże w szkołach, państwo w panice. Najgorsze, że znów wyciągniemy złe wnioski

Znam ten problem również z własnego doświadczenia. Udało mi się zidentyfikować szereg konkretnych, budzących poważne zastrzeżenia praktyk w ofertach edukacyjnych kilkunastu uczelni niepublicznych. Przygotowałem więc obszerne zawiadomienie do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, dołączając liczne materiały dokumentujące opisane przypadki. Wysłałem. I czekam. Nie mam pewności, czy sprawa doczeka się pogłębionej analizy. Nie dlatego, że kwestionuję kompetencje UOKiK, lecz dlatego, że urząd ten odpowiada za ochronę konkurencji i konsumentów na całym polskim rynku. Sprawy uczelni są dla niego jedną z bardzo wielu kategorii zagadnień, którymi musi się zajmować. Zapewne nie brakuje problemów pilniejszych.

Powstaje więc pytanie: dlaczego organ wyspecjalizowany w nadzorze nad szkolnictwem wyższym nie wskazuje samego siebie jako naturalnego adresata informacji o systemowych nieprawidłowościach w działalności uczelni? Dlaczego wskazuje kandydatom na studia, jakie praktyki są naganne, zamiast poświęcić kilkanaście „urzędnikogodzin” na przeszukanie ofert edukacyjnych w poszukiwaniu tych samych nieprawidłowości? A następnie zacząć działać!

Reklama
Reklama

Oczywiście UOKiK powinien reagować na nieuczciwe praktyki rynkowe. Ale nie zastąpi kontroli zgodności kształcenia ze standardami. Może zakwestionować wprowadzającą w błąd reklamę, nie rozstrzygnie jednak automatycznie, czy uczelnia prawidłowo realizowała program studiów albo czy jej absolwenci nabyli wymagane kwalifikacje.

Świetne wyniki, trudne pytania. Co naprawdę przynosi ewaluacja nauki?

Jeszcze bardziej absurdalna jest sytuacja samych kandydatów. Ministerstwo radzi im sprawdzać programy kształcenia, zasady rekrutacji i obietnice uzyskania kwalifikacji. Czyli przyszły nauczyciel ma przed zapisaniem się na studia samodzielnie przeanalizować przepisy dotyczące standardu kształcenia, wymaganych kwalifikacji i zasad organizacji studiów podyplomowych?

Przecież tyle mówi się o tym, że przepisy te są nieprecyzyjne i niejednoznaczne. Więc do gry w analizy prawne na poziomie „expert” wyślemy użytkownika klasy „beginner”.

Uczelnia ma wyspecjalizowaną administrację, zatrudnia wykładowców, posiada władze akademickie i prowadzi regulowaną prawem działalność. Ministerstwo dysponuje aparatem urzędniczym i kompetencjami nadzorczymi. Ale to kandydat, który chce zdobyć dodatkowe kwalifikacje, ma być ostatnią linią obrony przed łamaniem przepisów? Co może pójść nie tak?

Reklama
Reklama

A może to wcale nie chodzi o pomoc, ale o piłatowe umycie rąk? Popatrzcie: mówiliśmy, ostrzegaliśmy! No, wasza wina, że nie reagowaliście.

Sprawdź sam. Tylko co właściwie?

Ministerstwo radzi również sprawdzić wiarygodność uczelni i kierunku w systemie RAD-on. Postanowiłem więc zajrzeć. Raporty, analizy, dane, rozbudowane filtry i wykazy. Można znaleźć uczelnię, odszukać kierunek, sprawdzić jego status. Tylko co właściwie ma z tego wywnioskować kandydat, szczególnie maturzysta mający szczątkową wiedzę o strukturze szkolnictwa wyższego? Że skoro uczelnia figuruje w państwowej bazie, to można zaufać jej ofercie? Że status „prowadzone” potwierdza jakość kształcenia albo obiecywane kwalifikacje zawodowe? Takiego wniosku wyciągać nie należy. Ale żeby to wiedzieć, trzeba już rozumieć różnicę między obecnością w rejestrze, uprawnieniem do prowadzenia określonych studiów a oceną ich jakości. Czy naprawdę od tego powinien zaczynać maturzysta albo nauczyciel szukający studiów podyplomowych?

Nieco łatwiej odnaleźć się na stronie Polskiej Komisji Akredytacyjnej. Jest tam przynajmniej bezpośredni odsyłacz do właściwego wykazu w RAD-on, pozwalającego sprawdzić uprawnienia do prowadzenia konkretnego kierunku. Są też baza ocen i wykaz negatywnych ocen programowych „ex post”. Czyli ocen już prowadzonego kształcenia, ale nawet tę podstawową informację trzeba sobie dopowiedzieć lub odszukać. Dalej pojawiają się pytania znacznie ważniejsze: czy brak akredytacji oznacza, że studia są prowadzone bezprawnie? Czy negatywna ocena oznacza utratę uprawnień? Co stanie się z osobą, która już studiuje? W wykazie negatywnych ocen znajdziemy również rozstrzygnięcia z 2018 r., ale bez osobnej informacji o późniejszych ocenach czy aktualnym statusie uprawnień. Kandydat dostaje dokumentację. Jej znaczenie dla własnej przyszłości ma ustalić sam.

Reklama
Reklama

Piątka już nie znaczy „bardzo dobry”. Szkolne oceny tracą sens

Tymczasem uprawnienia posiadane przez uczelnię w dniu rekrutacji nie są gwarancją, że student ukończy w niej cały tok studiów. Przepisy przewidują możliwość cofnięcia pozwolenia, a w określonych przypadkach obowiązek zakończenia prowadzenia kierunku po negatywnej ocenie PKA. Uczelnia ma wówczas zapewnić studentom możliwość kontynuowania studiów, ale dla zainteresowanego to przecież zasadnicza zmiana sytuacji. Podobnie samo odnalezienie uczelni czy kierunku w rejestrze nie rozstrzyga, czy konkretne studia podyplomowe zapewnią obiecane kwalifikacje nauczycielskie.

Aż prosi się więc o wyraźną ścieżkę „Sprawdź uczelnię i studia przed zapisem”: wyszukiwarkę, zrozumiałe objaśnienie wyniku, wskazanie zagrożeń i informację, gdzie uzyskać pomoc w razie wątpliwości. Skoro ministerstwo zaleca obywatelowi weryfikację, powinno też wyjaśnić, co dokładnie ma on zweryfikować i czego nawet poprawny wynik takiego sprawdzenia nie gwarantuje. Samo odesłanie do rozbudowanej bazy danych pozostawia najtrudniejszą część zadania kandydatowi.

Ataki w szkołach. Wychowaliśmy pokolenie płatków śniegu, a teraz się go boimy?

Reagowanie zamiast planowania

Mam wrażenie, że w kwestiach związanych z kształceniem resort ma ogólnie bardzo duży problem z bardziej perspektywicznym planowaniem. Dzień później, 7 października, na ministerialnym profilu pojawiła się kolejna interesująca publikacja. Tym razem poświęcona rosnącej liczbie maturzystów oraz zbliżającemu się niżowi demograficznemu. Minister Marcin Kulasek poinformował, że uczelnie przygotowały się na większe nabory, a dzięki zwiększeniu środków resort będzie reagował odpowiednio wyższą subwencją.

Reklama
Reklama

Powiedzieć, że mam wątpliwości, to mało. Sam niedawno pokazywałem, że poza bardzo nielicznymi uczelniami czy kierunkami trudno mówić o rzeczywistym przygotowaniu na zwiększony nabór. Limity przyjęć pozostały bez zmian lub zwiększono je nieznacznie w porównaniu ze wzrostem liczby absolwentów szkół średnich.

O problemie nadchodzących zmian demograficznych wiadomo od wielu lat. Wiadomo też, że przejściowo zwiększona liczba absolwentów szkół średnich jest zjawiskiem krótkotrwałym, po którym uczelnie będą musiały zmierzyć się z coraz mniejszą liczbą potencjalnych studentów.

Z ministerialnego komunikatu wyłania się przykry obraz zarządzania polegającego przede wszystkim na reagowaniu na bieżące zmiany. Będzie więcej kandydatów? Zwiększymy wsparcie. Za chwilę będzie ich mniej? Będziemy się dostosowywać. Tylko gdzie w tym wszystkim jest długofalowa strategia? Przecież nie chodzi wyłącznie o to, by w przyszłym roku znaleźć dodatkowe miejsca dla kandydatów, a kilka lat później zastanawiać się, co zrobić z pustymi salami wykładowymi. Chodzi o zasadniczą odpowiedź na pytanie, jak ma wyglądać polskie szkolnictwo wyższe w perspektywie kilkunastu lat. Ile uczelni jesteśmy w stanie utrzymać? Jak zapewnić odpowiednią jakość kształcenia? Jak zmieniać ofertę dydaktyczną w świecie, w którym rozwój sztucznej inteligencji podważa dotychczasową atrakcyjność części kierunków studiów?

Reklama
Reklama

Pięć problemów nauczycieli i dziesięć decyzji do podjęcia natychmiast

Cóż, mamy do czynienia z kolejną odsłoną polityki reagowania zamiast planowania. A wizerunkowe malowanie trawy na zielono nie sprawi przecież, że po nadejściu demograficznej zimy rzeczywiście zacznie ona rosnąć.

Kto posprząta akademickie podwórko?

Wróćmy jednak do studiów podyplomowych. Bo ich przypadek dobrze pokazuje podstawową słabość systemu. Polskie prawo przewiduje instrumenty nadzoru, kontrole, zalecenia pokontrolne, a w określonych okolicznościach nawet możliwość doprowadzenia do likwidacji uczelni niepublicznej. Problem polega na tym, czy środki te są wystarczająco skuteczne, szybkie i dotkliwe wobec podmiotów, które z nierzetelnego kształcenia uczyniły model biznesowy.

Uczelnia może przyjąć setki kandydatów na studia podyplomowe, pobrać od nich czesne i wydać świadectwa. Dopiero później mogą pojawić się pytania o zgodność programu z przepisami czy rzeczywistą wartość zawodową dokumentów. Jeśli okaże się, że wymagania nie zostały spełnione, konsekwencje mogą ponosić przede wszystkim absolwenci. To oni muszą tłumaczyć się pracodawcom, uzupełniać kwalifikacje, a niekiedy mierzyć się z podważaniem podstaw swojego zatrudnienia.

A co dzieje się z uczelnią? Czy otrzymuje sankcję współmierną do skali naruszeń? Czy musi naprawić szkody wyrządzone absolwentom? Czy istnieje sprawny mechanizm weryfikowania i korygowania skutków nieprawidłowo prowadzonego kształcenia?

Reklama
Reklama

Warto też postawić pytanie bardziej podstawowe: kiedy ostatnio stwierdzono nieważność dyplomu z powodu poważnych nieprawidłowości w procesie kształcenia? Nie chodzi o fałszerstwo dokumentu czy plagiat, ale o sytuację, w której dokument jest autentyczny, natomiast droga do jego uzyskania budzi zasadnicze zastrzeżenia. Czy państwo w ogóle dysponuje skutecznymi mechanizmami rozwiązywania takich przypadków na większą skalę?

Jestem przekonany, że modus operandi przynajmniej kilku „szkółek wyższych” opiera się na balansowaniu na granicy prawa, korzystaniu z niedoskonałości przepisów oraz wykorzystywaniu do granic możliwości trudności dowodowych i ograniczonej skuteczności nadzoru. A państwo, zamiast kompleksowo przebudować system odpowiedzialności, publikuje porady, jak rozpoznać niebezpieczną ofertę.

Nauczyciele będą zdawać państwowy egzamin? Jest propozycja zmian

Osobnym problemem pozostaje to, jak polskie prawo radzi sobie z dyplomami i świadectwami wydanymi w wyniku nieprawidłowo prowadzonego kształcenia. A raczej, jakich mechanizmów pozwalających na ich unieważnianie i rozliczanie odpowiedzialnych instytucji wciąż w nim brakuje. To temat na osobny tekst, do którego niebawem wrócę.

Na razie pozostaje gorzka konstatacja. Przez lata można było uporządkować przepisy, usprawnić nadzór i stworzyć system skutecznych sankcji. Tymczasem resort zdaje się bardziej zainteresowany ostrzeganiem obywateli przed bałaganem niż jego sprzątaniem.

Źródło: Zero.pl
Łukasz Wolański
Łukasz WolańskiDoktor nauk chemicznych, pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego, członek zespołu ds. praw i obowiązków ucznia przy MEN - autor zewnętrzny
Reklama
Reklama