Reklama
Kraj

Są bohaterami czy mistrzami minimum? Dwie twarze polskiego nauczyciela

O nauczycielach mówi się dziś wszystko: że zarabiają za mało, że mają za dużo wolnego, że są wypaleni albo że stawiają zbyt małe wymagania. Problem w tym, że każda z tych opinii opisuje tylko część rzeczywistości. W polskiej szkole od lat funkcjonują obok siebie dwa modele nauczyciela, a system często nie potrafi nagrodzić tego lepszego ani skorygować tego gorszego.

Łukasz Wolański
Opinia autorstwa: Łukasz Wolański
Dzisiaj 05:46
17 min
W polskiej szkole obok siebie funkcjonują dwa modele nauczyciela, a system często nie potrafi ich odróżnić (fot. Getty Images)
TYLKO NA

Dziś, jak co roku, przyznawane są Medale Komisji Edukacji Narodowej. Można byłoby napisać oczywisty tekst o tym, że prestiż zawodu prędzej niż odznaczenia wesprzeć może solidny wzrost wynagrodzeń. Tyle że to wiemy już chyba wszyscy. Wiedzą nauczyciele, dyrektorzy, rodzice, związki zawodowe i – przede wszystkim – rządzący. Argumenty były przedstawiane tyle razy, że naprawdę trudno uwierzyć, iż komuś na odpowiednim szczeblu zabrakło jeszcze jakiegoś wykresu w prezentacji.

Jeżeli więc państwo długofalowo nie podejmuje działań, które zadowalająco zmieniałyby ekonomiczną pozycję nauczyciela, nie wynika to raczej z braku wiedzy. To świadoma decyzja i określony rachunek polityczny. Możemy się z nim zgadzać albo nie, ale nie ma sensu po raz setny udawać, że wystarczy ministrowi pokazać odpowiednią tabelę.

Zostawmy więc medale wręczane dzisiaj przez państwo i przyjrzyjmy się dwóm twarzom nauczyciela. Bo kiedy rozmawiamy o nauczycielach, narracja zdaje się często snuć dwie skrajnie różne opowieści.

Co się dzieje z polską szkołą? „Tyrają po 60 godzin, a my mówimy: płatki śniegu”

Reklama
Reklama

W pierwszej nauczyciel jest człowiekiem z powołania. Przygotowuje lekcje wieczorami, tworzy własne materiały, kupuje coś do szkoły za swoje pieniądze, prowadzi projekty i konkursy, rozmawia z uczniami na przerwach, zna ich problemy i długo po wyjściu ze szkoły myśli o tym, jak im pomóc.

W drugiej ma osiemnaście godzin przy tablicy, wakacje, ferie, nie chce wychowawstwa, od dodatkowych obowiązków potrafi się skutecznie wymigać, a na lekcji po kilkunastu minutach wykładu otwiera repetytorium na odpowiedniej stronie, poleca zrobić zadania i może spokojnie czekać na dzwonek. I ma oczywiście łatwe życie, bo po lekcjach dorabia korepetycjami.

Oczywiście najłatwiej byłoby uznać, że jedna z tych opowieści jest prawdziwa, a druga jest złośliwą karykaturą. Problem w tym, że w polskiej szkole prawdziwe bywają obie. I właśnie dlatego spór o nauczycieli tak często trafia w próżnię. Jedni mówią o pensjach, drudzy o wakacjach, jedni o wypaleniu, drudzy o roszczeniowości. Tymczasem ważniejsze pytanie brzmi: czy system potrafi odróżnić dobrą pracę od formalnego minimum i czy daje nauczycielowi powód, żeby tę dobrą pracę wykonywać?

Pokazujesz dziecko w internecie? To nie jest tylko niewinne zdjęcie

Ta sama lekcja, zupełnie inna praca

Różnicę widać już podczas zwykłej lekcji. Można wejść do trzydziestoosobowej klasy z przygotowanymi materiałami, podzielić uczniów na grupy, dać im zadania na różnych poziomach, chodzić między stolikami, sprawdzać tok rozumowania, odpowiadać na pytania i na bieżąco zmieniać sposób tłumaczenia, gdy okazuje się, że połowa klasy czegoś nie rozumie. Po takiej lekcji człowiek często wychodzi zmęczony bardziej niż po kilku godzinach spokojnej pracy przy komputerze.

Reklama
Reklama

Można też przez piętnaście minut mówić do tablicy, nie zaprzątając sobie przesadnie głowy pytaniem, kto właściwie zrozumiał, następnie wskazać dwie strony zadań w ćwiczeniach i resztę lekcji spędzić za biurkiem. W arkuszu organizacyjnym obie lekcje trwają dokładnie czterdzieści pięć minut.

Podobnie jest z przygotowaniem. Jeden nauczyciel ciągle coś zmienia, przygotowuje własne zadania, dostosowuje materiały do klasy. Drugi realizuje podręcznik strona po stronie i zeszyt ćwiczeń zadanie po zadaniu. Nawet sprawdziany ma gotowe, z aplikacji wydawnictwa. Formalnie trudno mieć pretensje. Podstawa zrealizowana, temat w dzienniku zapisany.

Przez lata podobnie wyglądały prace domowe. Wystarczyło zadać kilka ćwiczeń z popularnego zeszytu, mimo że komplet ich rozwiązań krążył w internecie jeszcze długo przed pojawieniem się ChatGPT. Uczniowie przepisywali odpowiedzi, czasem wraz z błędami, a nauczyciel następnego dnia omiatał wzrokiem stronę i stwierdzał, że „zrobione”.

Nie podzielałem nigdy argumentu, że obowiązkowe prace domowe należało ograniczyć przede wszystkim dlatego, że polscy uczniowie są dramatycznie przepracowani. Ale tradycyjna praca domowa rzeczywiście w wielu przypadkach straciła sens. Jeżeli chcemy sprawdzić, czy uczeń coś umie, zadanie musi być dziś pomyślane trochę lepiej niż „strona 47, zadania od 1 do 4”. Tyle że wymyślenie lepszego zadania wymaga pracy nauczyciela.

Reklama
Reklama

System bardzo dobrze widzi to, co można wpisać do tabeli. Znacznie gorzej widzi różnicę między dwiema lekcjami, które formalnie wyglądały dokładnie tak samo.

„Po tym jest praca”. To może być najgorszy sposób wyboru studiów

Im więcej widzisz, tym więcej masz problemów

Jest jednak część nauczycielskiej pracy znacznie trudniejsza niż przygotowanie dobrej lekcji. Dobry nauczyciel zna swoich uczniów. Rozmawia z nimi. Zauważa, że ktoś nagle przestał się uczyć, siedzi sam na przerwach albo zachowuje się inaczej niż jeszcze miesiąc temu. Czasem uczeń sam przychodzi i mówi coś, czego nie powiedziałby każdemu dorosłemu.

Na jednej z nauczycielskich grup ktoś opisał sytuację (zresztą inni w komentarzach opisywali wiele podobnych), w której podczas ferii uczeń przekazał nauczycielowi informację sugerującą, że może zrobić sobie krzywdę. Dorosły był akurat w trakcie przygotowań do rodzinnego wyjazdu. Tyle że są sprawy, które nie mogą poczekać do końca ferii. Po próbach skontaktowania się z osobami, które mogły zareagować, trzeba było powiadomić odpowiednie służby. Wszystko skończyło się dobrze. Ale wraz ze szczęśliwym finałem nie znika świadomość tego, co mogło się wydarzyć. Nauczyciel przeżywa i martwi się. To właśnie jest ta część pracy, której nie widać w pensum.

Reklama
Reklama

W innej dyskusji grupa nauczycieli wymienia się trudnościami, jakie napotykają, pracując w trudnych środowiskach. Kiedy niektórych uczniów przez kilka dni nie ma w szkole, nie zawsze chodzi o grypę czy wagary. Czasem może to oznaczać, że w domu wydarzyło się coś złego. Formalnie można uruchamiać procedury. W praktyce nauczyciel może usłyszeć, że gdyby reagować w ten sposób na każdy niepokojący przypadek, należałoby zajmować się znaczną częścią uczniów szkoły.

Reakcja rządu po atakach nożowników. Sejm przyjął ustawę

Dzieci są dziś często lepiej ubrane niż kiedyś, ale to nie oznacza, że lepiej mają się ich rodziny. Co więcej, problemy w zamożnym i dobrze wykształconym domu bywają znacznie trudniejsze do zauważenia niż stereotypowa „patologia”. Przemoc psychiczna nie zostawia siniaków, a inteligentny dorosły zazwyczaj dobrze wie, co powiedzieć nauczycielowi.

Do tego dochodzą rozwody i konflikty między rodzicami. Nagle każde z nich chce osobnych spotkań, informacji, potwierdzeń kontaktów, a po kilku miesiącach okazuje się, że nauczyciel miałby jeszcze chętnie zeznawać, kto dzieckiem interesował się bardziej. Bywają też sytuacje, w których jeden rodzic oczekuje, żeby nie przekazywać informacji drugiemu albo nie pozwalać mu odebrać dziecka. Nauczyciel może mieć poważne obawy i jednocześnie wiedzieć, że jego intuicja nie zastępuje rozstrzygnięcia sądu.

Reklama
Reklama

Szkoła oczekuje więc od nauczyciela empatii, dyskrecji, znajomości prawa, psychologicznego wyczucia i umiejętności reagowania kryzysowego. A jednocześnie nie zawsze daje mu czas, wsparcie i narzędzia, żeby te oczekiwania spełniać.

W takich warunkach pojawia się pokusa najprostszej strategii: nie wiedzieć. Im mniej zauważysz, tym mniej problemów będziesz musiał rozwiązać. Nie dlatego, że każdy nauczyciel jest obojętny, lecz dlatego, że system często nie odróżnia człowieka, który odpowiedzialnie stawia granice, od tego, który nauczył się niczego nie zauważać. To bardzo skuteczny sposób, żeby nauczyć ludzi ostrożności zamiast odpowiedzialności.

Najbezpieczniejsza jest piątka

Podobne dwie postawy widać przy ocenianiu. Wystawienie uczniowi dobrej oceny jest bardzo łatwe. Najczęściej nikt nie przyjdzie z pretensją, że piątka była za wysoka. Uczeń zadowolony, rodzic zadowolony, dyrektor nie musi odpowiadać na skargę.

Problemy zaczynają się zwykle wtedy, kiedy nauczyciel próbuje powiedzieć, że uczeń czegoś jednak nie umie. Można więc stworzyć system ocen, w którym niemal wszyscy są zadowoleni. Tyle że świadectwo stopniowo przestaje informować o rzeczywistych osiągnięciach, a za pozorną empatię płaci ostatecznie sam uczeń oraz ci, którzy otrzymali podobną ocenę za znacznie większą pracę.

Reklama
Reklama

Zawisza o atakach w szkołach: Młodzież się radykalizuje, a psychologów brakuje

W skrajnej postaci ten sam mechanizm zobaczyliśmy w edukacji domowej. Wystarczyło zmienić egzamin klasyfikacyjny w procedurę, której praktycznie nie dało się nie zdać. Uczniowie byli zadowoleni, rodzice byli zadowoleni, szkoła rosła. Tylko wiarygodność całego systemu zaczęła się sypać.

Nie zawsze więc nauczyciel, który jest przez uczniów lubiany, jest nauczycielem dobrym. Czasem popularność można zdobyć wyjątkowo tanio. Wystarczy nie wymagać.

Punkty zamiast uważnego osądu

Podobny problem ujawnia ocena z zachowania. Jedna droga wymaga poznania ucznia. Trzeba zastanowić się nie tylko nad tym, co zrobił, lecz także dlaczego to zrobił. Szczególnie wtedy, gdy mamy do czynienia z uczniem w spektrum autyzmu, z ADHD czy innymi trudnościami. Trzeba umieć odróżnić zachowanie wynikające z problemów, nad którymi dziecko ma ograniczoną kontrolę, od zwyczajnego łamania zasad.

Noże w szkołach, państwo w panice. Najgorsze, że znów wyciągniemy złe wnioski

Druga metoda jest prostsza: minus pięć za przeszkadzanie, minus dziesięć za niewykonanie polecenia, plus pięć za udział w akademii. Excel wszystko policzy i pod koniec roku wyda „sprawiedliwy” wyrok. Tyle że zachowanie człowieka nie jest programem lojalnościowym na stacji benzynowej. Rzecznik Praw Dziecka zwracał uwagę, że punktowe systemy oceniania mogą szczególnie uderzać w uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi. Bezskutecznie.

Reklama
Reklama

Rzetelna, indywidualna ocena wymaga czasu, wiedzy i odpowiedzialności. Tabela punktowa wymaga kalkulatora. Nietrudno zgadnąć, która metoda jest dla szkoły wygodniejsza.

Prawa ucznia, czyli komu właściwie czegoś (nie) zabrano

Przez lata podstawowe prawa ucznia były rozproszone po różnych przepisach, a szkoły próbowały przekładać je na własne statuty. Rzadko kiedy z dobrym skutkiem. Ustawowe zebranie praw i obowiązków w jednym miejscu powinno więc być wygodne także dla nauczyciela: uczeń wie, czego może oczekiwać, nauczyciel wie, czego może wymagać, a dyrektor nie musi zgadywać, czy zapis statutu sprzed kilkunastu lat nadal jest zgodny z prawem.

A jednak sama idea praw ucznia i rzecznika praw uczniowskich u części środowiska wywołała reakcję, jakby ktoś próbował odebrać nauczycielom autorytet. To dość osobliwa koncepcja autorytetu. Jeżeli nauczyciel działa zgodnie z prawem, potrafi uzasadnić swoją decyzję i traktuje ucznia uczciwie, możliwość jej zweryfikowania niczego mu nie odbiera. Odbiera najwyżej możliwość działania arbitralnego. Profesjonalny autorytet powinien wytrzymywać pytanie: „na jakiej podstawie pan to zrobił?”. Jeżeli nie wytrzymuje, być może nigdy nie był autorytetem, tylko przewagą dorosłego nad dzieckiem.

Gdzie nauczycieli dwóch…

Współczesna szkoła stawia przed nami jeszcze jeden problem: trzeba nauczyć się pracować zespołowo. Skończyły się czasy teatru jednego aktora. Przynajmniej teoretycznie. W praktyce nauczyciel nadal często funkcjonuje za zamkniętymi drzwiami swojej klasy, a obecność drugiego dorosłego podczas lekcji bywa traktowana bardziej jako komplikacja niż jako szansa.

Reklama
Reklama

Dobrze widać to na przykładzie nauczycieli współorganizujących kształcenie. W jednej z dyskusji na nauczycielskim forum pojawiły się dwa zupełnie różne obrazy ich pracy. Z jednej strony nauczyciel wspomagający, który formalnie jest obecny, ale praktycznie nie uczestniczy w lekcji. Z drugiej – nauczyciel, który rzeczywiście pracuje z uczniem i całą klasą, tylko nauczyciel przedmiotowy właściwie nie wie, jak wykorzystać jego obecność.

Patrole pod szkołami niczego nie zmienią. Prawdziwy problem dzieci ignorujemy od lat

To działa zresztą w obie strony. Jeden może uznać, że druga osoba tylko mu przeszkadza. Drugi może potraktować ucznia wymagającego większego wsparcia jako wyłączną odpowiedzialność nauczyciela wspomagającego. Stąd dobrze znane: „zrób coś z nim, bo przeszkadza”. A najlepiej: „weź go gdzieś”. To nie jest współpraca. To outsourcing problemu.

Obecność drugiego nauczyciela powinna oznaczać wspólne planowanie, dzielenie się obserwacjami, reagowanie na trudności i takie organizowanie zajęć, żeby wsparcie nie było piętnem przyklejonym do jednego dziecka, lecz elementem pracy całej klasy. Do tego potrzebny jest jednak czas na rozmowę, a tego system wyjątkowo chętnie nauczycielom nie daje.

Reklama
Reklama

Podobny problem dotyczy zresztą nie tylko nauczycieli wspomagających. Wychowawca, pedagog, psycholog, nauczyciel przedmiotowy i dyrektor mogą mieć informacje dotyczące tego samego ucznia, ale niekoniecznie mają warunki, żeby wspólnie je wykorzystać. Każdy wykonuje swój fragment pracy, każdy coś wie, a mimo to całość nie zawsze działa.

Nauczyciele będą zdawać państwowy egzamin? Jest propozycja zmian

W szkole można przez trzydzieści lat być świetnym matematykiem czy polonistą, a jednocześnie fatalnym członkiem zespołu. System może tego właściwie nie zauważyć. Nie ma prostego wskaźnika pokazującego, że nauczyciel dzięki rozmowie z pedagogiem zmienił sposób pracy z uczniem albo że problem nie eskalował tylko dlatego, że dwóch dorosłych wcześniej usiadło i porozmawiało. A jednak właśnie z takich rzeczy składa się profesjonalna szkoła. Jeżeli chcemy, żeby nauczyciel był profesjonalistą, musimy zaakceptować, że profesjonalista nie pracuje wyłącznie sam. Umie poprosić o pomoc, przyjąć uwagę, podzielić się odpowiedzialnością i dopuścić drugą osobę do własnej klasy.

Szkoła nie potrzebuje więc tylko lepszych nauczycieli. Potrzebuje również lepszej współpracy między nauczycielami. Wpisanie dwóch nazwisk do dokumentacji nie tworzy zespołu, tak samo jak wpisanie tematu do dziennika nie tworzy dobrej lekcji.

Reklama
Reklama

Szkoła na własny koszt

O jakości systemu sporo mówią nauczycielskie grupy internetowe. Jedna nauczycielka pyta, jaką kupić tanią i wydajną drukarkę, bo w szkole ksero ma limit, a o papier trzeba prosić uczniów. Na grupie fizyków ktoś szuka możliwie taniego multimetru z AliExpress, ktoś inny poleca sprężynki z marketu budowlanego do doświadczeń. To drobiazgi, ale właśnie dlatego są wymowne. Nie chodzi o heroizm nauczycieli ratujących edukację własnym portfelem. Problem zaczyna się wtedy, gdy kupowanie papieru, materiałów czy prostego sprzętu staje się czymś tak zwyczajnym, że przestajemy w ogóle zauważać, iż szkoła przerzuca na pracownika część kosztów własnego funkcjonowania. A przecież w wielu szkołach publicznych to wciąż standard.

Nożownicy w szkołach. Tusk podsumował działania rządu

Robisz lepiej niż inni? To rób więcej!

Szkoła potrafi zresztą sama nauczyć nauczyciela, że zaangażowanie zwyczajnie się nie opłaca. Jeżeli dobrze organizujesz wycieczki, będziesz organizował kolejne. Jeżeli świetnie prowadzisz projekty, dostaniesz następny. Jeżeli masz dobry kontakt z trudnymi uczniami, zgadnij, do kogo trafi trudne wychowawstwo. Jeżeli zawsze można na ciebie liczyć, dyrektor szybko nauczy się, że można na ciebie liczyć. W polskiej szkole nagrodą za dobrze wykonaną pracę wyjątkowo często jest możliwość wykonania jeszcze większej ilości pracy.

Reklama
Reklama

Z drugiej strony nauczyciel przedmiotu deficytowego może pracować w dwóch czy trzech placówkach i mieć znacznie więcej niż etat. Kolejną godzinę lekcyjną przyjmie chętnie, bo ta godzina ma konkretną cenę. Wychowawstwo, projekt, organizacja imprezy czy dodatkowa praca zespołowa są już mniej atrakcyjne. Potrafią być bardzo obciążające, ale ich przełożenie na wynagrodzenie bywa mizerne, jeśli w ogóle jest jakiekolwiek.

Tymczasem nauczyciel związany z jedną szkołą pełnym etatem staje się również idealnym materiałem do przesuwania w planie. „Przecież jesteś tutaj cały tydzień”. Paradoksalnie więc ten, kto najbardziej związał się ze szkołą, może mieć najmniejszą kontrolę nad własnym czasem. Trudno potem dziwić się, że ludzie „uczą się systemu”: jedni, że trzeba, drudzy, że najlepiej nigdy nie zgłaszać się jako pierwszy.

Papier wszystko przyjmie

Do tego dochodzi pytanie o przygotowanie do zawodu. Można być nauczycielem, który czyta, uczy się, aktualizuje materiały i naprawdę rozwija warsztat. Można także kolekcjonować kolejne formalne kwalifikacje, szczególnie że polski rynek studiów podyplomowych stworzył w ostatnich latach imponujące możliwości zdobywania papierów przy relatywnie niewielkim wysiłku.

Problem kadrowy polskiej szkoły od dawna nie jest zresztą wyłącznie problemem liczby wakatów. Równie ważne jest pytanie, kogo system wpuszcza do zawodu, czego od niego później wymaga i jak reaguje na różnicę jakości pracy.

Reklama
Reklama

Bo jeśli brakuje ludzi, każdy człowiek z odpowiednim dokumentem staje się cenny. A skoro trudno znaleźć następcę, jeszcze trudniej powiedzieć słabemu nauczycielowi, że jest słabym nauczycielem.

Do Energylandii za edukację zdrowotną. Wycieczka tylko dla „wybranych uczniów”

Medal nie wystarczy

Nie chodzi więc o prosty podział na dobrych i złych nauczycieli. Dobry nauczyciel może przekraczać rozsądne granice. Odbieranie wiadomości wieczorami, przeżywanie każdego problemu ucznia i zgadzanie się na każde dodatkowe zadanie nie jest przecież wzorem profesjonalizmu. Z kolei nauczyciel, który po godzinach wyłącza telefon, odmawia kolejnego projektu albo mówi, że nie weźmie następnego zastępstwa, nie staje się przez to złym nauczycielem. Problem zaczyna się wtedy, gdy zdrowa granica zmienia się w obojętność, profesjonalny dystans w strategię niewidzenia problemów, autonomia w przekonanie, że za zamkniętymi drzwiami klasy nikomu nic do tego, jak wygląda lekcja, a empatia w rozdawanie ocen, na które uczniowie nie zapracowali.

Profesjonalizm musi działać w obie strony. Nauczyciel powinien mieć prawo do rozsądnych granic, ale szkoła ma prawo oczekiwać od niego odpowiedzialności, przygotowania, uczciwego oceniania i współpracy. Problem w tym, że obecny system często nie potrafi dobrze nagrodzić pierwszego ani wyegzekwować drugiego. Dlatego nie potrzebujemy ani armii bohaterów z powołania, ani armii mistrzów formalnego minimum. Potrzebujemy zwyczajnie profesjonalistów. A profesjonalny system powinien być urządzony tak, żeby dobry nauczyciel nie musiał się poświęcać, żeby dobrze wykonywać swoją pracę, i żeby nauczyciel wykonujący ją źle nie mógł przez trzydzieści lat spokojnie tłumaczyć, że przecież wszystkie rubryki się zgadzają.

Reklama
Reklama

Medal może być podziękowaniem. Nie zastąpi jednak systemu, który potrafi odróżnić nauczyciela naprawdę dobrego od tego, który po prostu nauczył się nie popełniać błędów widocznych w dokumentacji.

Źródło: Zero.pl
Łukasz Wolański
Łukasz WolańskiDoktor nauk chemicznych, pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego, członek zespołu ds. praw i obowiązków ucznia przy MEN - autor zewnętrzny
Reklama
Reklama