Od lat większość internetowych wojenek wokół etatu nauczyciela zaczyna się od dwóch liczb: „dwóch” miesięcy wakacji i „osiemnastu” godzin pracy tygodniowo. Obrońcy tego stanu rzeczy argumentują wtedy, skądinąd słusznie, że owe „osiemnaście godzin” to nie czas pracy, lecz pensum dydaktyczne. Typowy nauczyciel przedmiotowy ma bowiem w ramach etatu obowiązek poprowadzenia osiemnastu 45-minutowych lekcji tygodniowo. Całkowity czas jego pracy wynosi przy tym formalnie 40 godzin tygodniowo. Czas poza lekcjami to godziny, które powinny obejmować przygotowanie lekcji, sprawdzanie prac, zebrania, rozmowy z rodzicami, rady pedagogiczne, prowadzenie dokumentacji, wycieczki, projekty, konkursy i doskonalenie zawodowe. Wszystko się więc zgadza. Sęk w tym, że jedynie na papierze.
Nauczyciele będą zdawać państwowy egzamin? Jest propozycja zmian
Osiemnaście to mało
Kiedy nauczyciele (także ja) słusznie zwracają uwagę na niskie wynagrodzenia, jednym z argumentów podejmowanych przez rządzących jest: „Macie wyjątkowo niskie pensum”. Tego argumentu nie da się zwyczajnie wyśmiać, bo jest on po prostu prawdziwy.
Według najnowszych danych OECD nauczyciel przedmiotowy na poziomie ISCED 2, odpowiadającym mniej więcej starszym klasom naszej szkoły podstawowej, powinien w ramach etatu poprowadzić w Polsce zajęcia trwające łącznie 486 godzin zegarowych. Średnia OECD wynosi zaś 710 godzin. W ogólnokształcącej szkole średniej jest to u nas 481 godzin, podczas gdy średnia OECD wynosi 678. Dla porównania, w Czechach nauczyciel prowadzi odpowiednio 630 i 573 godziny, w Niemczech 642 i 620, w Hiszpanii po 642, a we Francji po 720. Polski nauczyciel jest jednym z tych, którzy w ciągu roku w ramach swojego „gołego” (czyli bez nadgodzin) etatu spędzają „przy tablicy” najmniej czasu.
Noże w szkołach, państwo w panice. Najgorsze, że znów wyciągniemy złe wnioski
Oczywiście sama liczba godzin dydaktycznych nie mówi wszystkiego. Nauczyciel nie kończy pracy wraz z dzwonkiem. Tyle że właśnie tutaj zaczyna się problem: skoro 18 godzin ma odpowiadać pełnemu, 40-godzinnemu tygodniowi pracy, dlaczego godziny pensum podlegają skrupulatnemu rozliczaniu, podczas gdy pozostałe obowiązki już niekoniecznie? Bo „zawsze tak było”?

Gdzie znika 40 godzin?
Wyobraźmy sobie nauczyciela, który pracuje nie na jednym etacie, ale ma w dwóch szkołach publicznych łącznie półtora etatu. Jego tygodniowy wymiar zajęć to więc nie osiemnaście godzin lekcyjnych, ale dwadzieścia siedem. Przy przedmiotach deficytowych to nic niezwykłego. Jeśli mielibyśmy teraz relację 18 godzin dydaktycznych do 40 godzin całej pracy potraktować poważnie i konsekwentnie skalować wraz z wymiarem zatrudnienia, to trzeba by uznać, że taki człowiek pracuje 60 godzin tygodniowo. I właśnie w tym tkwi problem: półtora etatu nie jest przecież „18 godzinami plus dziewięcioma nadgodzinami”. To półtora etatu, a więc półtora pełnego wymiaru czasu pracy.
Pięć problemów nauczycieli i dziesięć decyzji do podjęcia natychmiast
Nie chcę wspominać nawet o tych nauczycielach, którzy w kilku szkołach potrafią łącznie odrabiać nawet dwa etaty (36 lekcji tygodniowo – tak, są tacy!). Każdy może sobie policzyć, ile czasu pracy wynikałoby wtedy z prostego skalowania relacji 18 do 40. Taka ekstrapolacja nie jest oczywiście sposobem faktycznego rozliczania czasu pracy nauczyciela. Pokazuje jednak fikcyjność traktowania „18 godzin pensum” jako stałego przelicznika całego czasu pracy.
Dlaczego tak jest? Doświadczony nauczyciel nie przygotowuje każdej lekcji od początku. Ma doświadczenie, własne materiały, zna program, przez lata zgromadził zadania. Poza tym czasy się naprawdę zmieniły. Wydawnictwa oferują dziś gotowe prezentacje, testy, kartkówki, generatory prac, a nawet narzędzia pomagające je sprawdzać. O AI nawet nie wspomnę, to wciąż jednak nowinka.
Dwadzieścia lekcji nierówne dwudziestu
Nawet sama liczba godzin przy tablicy jest kiepskim miernikiem nakładu pracy. Weźmy dla przykładu dwóch nauczycieli. Jeden pracuje w małej szkole, gdzie uczy matematyki w klasach V, VI, VII i VIII (w każdej po cztery lekcje tygodniowo), a do tego fizyki w VII i VIII (po dwie lekcje tygodniowo). Drugi ma trzy równoległe klasy ósme i dwie siódme z matematyki.
Obaj prowadzą po dwadzieścia lekcji tygodniowo. Tyle że pierwszy co tydzień przygotowuje znacznie więcej różnych zajęć (lekcji o unikalnym temacie). Drugi przygotowany scenariusz może wykorzystać dwa albo trzy razy. Jedno jest pewne – obaj na pewno nie pracują tyle samo.
Podobnie jest z różnicami między przedmiotami. Polonista czyta wypracowania, powinien też czytać sporo literatury. Nauczyciel chemii, biologii czy fizyki, prowadzący doświadczenia, musi przygotować sprzęt, stanowiska i materiały, a czasem później wszystko jeszcze posprzątać. Inne zajęcia wymagają znacznie mniej pracy poza samą lekcją. Nie odpalam teraz bomby, a jedynie stwierdzam to, co wszyscy w pokojach nauczycielskich wiemy. Są kraje, w których rządzący oświatą nie udają, że tego nie widzą. Finlandia już od dawna różnicuje pensum nauczycieli zależnie od przedmiotu. W Austrii również stosowane są mechanizmy, w których niektóre godziny mają większą wagę niż inne. Problemem nie jest więc tylko to, że polskie pensum wynosi 18 godzin. Problemem jest również założenie, że całkowity czas, jaki poświęca się na przygotowanie, przeprowadzenie i dokonanie ewaluacji każdej godziny lekcyjnej, jest dokładnie taki sam.
Piątka już nie znaczy „bardzo dobry”. Szkolne oceny tracą sens
A może 24?
Nie uważam, że 18-godzinnego pensum należy bronić jak niepodległości. Wręcz przeciwnie. Gdyby ktoś zapytał mnie, jaka liczba mogłaby być rozsądnym punktem wyjścia dla nowego modelu etatu, odpowiedziałbym: około 24 godzin. Ale nie dlatego, że odkryłem magiczną liczbę 24. Właśnie o to chodzi: żadna pojedyncza liczba nie powinna być traktowana jak dogmat.
24 godziny mogłyby być bazowym pensum w systemie, w którym inaczej niż dziś rozliczamy całą pozostałą pracę nauczyciela, różnicujemy obciążenie poszczególnych zajęć i znacznie lepiej wynagradzamy cały etat. Nie chodzi więc o prostą operację: zabieramy nauczycielowi sześć godzin czasu wolnego i dokładamy sześć lekcji. Chodzi o wymianę całego kontraktu.
Taka liczba nie byłaby zresztą żadną abstrakcją. Według badania NIK sprzed pięciu lat co najmniej 41 proc. nauczycieli przedmiotów ogólnokształcących w Polsce prowadziło w wybranym wtedy tygodniu roku szkolnego 24 lub więcej lekcji. Jestem pewien, że dziś, gdy wakatów jest znacznie więcej, odsetek ten jest również wyższy. Warto tu też spojrzeć na rynek niepubliczny. Rzadko która szkoła niepaństwowa ustala pensum poniżej 20 lekcji tygodniowo.
„Po tym jest praca”. To może być najgorszy sposób wyboru studiów
Ale z tych danych nie wynika wcale, że każdy nauczyciel powinien dostać po prostu sześć godzin więcej. Wynika raczej coś innego: 18 godzin nie jest liczbą, której trzeba bronić z powodów ustrojowych. Jeśli chcemy zmienić konstrukcję zawodu, możemy zacząć od innej liczby – pod warunkiem, że zmienimy także sposób rozliczania pozostałej pracy i poziom wynagrodzeń.
Tylko po co wszystkim ta sama liczba?
Tu dochodzimy do rzeczy ciekawszej od samego zwiększania pensum. Można sobie wyobrazić system, w którym istnieje pensum bazowe, ale poszczególne godziny mają różną wagę. Godzina przedmiotu wymagającego wielu prac pisemnych mogłaby liczyć się nieco więcej. Laboratorium chemiczne również. Duża klasa – tak samo. Jeżeli w grupie jest ponad trzydziestu uczniów albo wyjątkowo wielu wymagających indywidualnych dostosowań, jedna godzina lekcyjna generuje po prostu więcej pracy. No i jest olbrzymia różnica w trudności prowadzenia chemii w 7. klasie szkoły podstawowej i w liceum w zakresie rozszerzonym.
Co się dzieje z polską szkołą? „Tyrają po 60 godzin, a my mówimy: płatki śniegu”
Współczynniki mogłyby się nakładać. Nie mam zamiaru proponować, że polski ma być liczony jako 1,3, laboratorium jako 1,2, a WF jako 0,8. Liczby wyciągnięte z kapelusza wyglądałyby efektownie do pierwszego pytania: „dlaczego akurat tyle?”. Ale przecież można to zbadać. Można sprawdzić na dużej próbie, ile rzeczywiście czasu nauczyciele różnych przedmiotów poświęcają na przygotowanie, poprawianie, dokumentowanie i inne obowiązki. Uwzględnić liczbę uczniów, rodzaj zajęć, liczbę różnych przygotowywanych lekcji i doświadczenie zawodowe.
Dyrektor mógłby dodatkowo mieć ograniczoną możliwość zwiększenia wagi konkretnych zajęć. Jeżeli nauczyciel prowadzi trzy klasy ósme z matematyki, ale jedna z nich wymaga niemal całkowicie odrębnych materiałów i znacznie większej indywidualizacji, system powinien pozwalać to uwzględnić. Przecież nie każdą szkołę da się opisać ministerialnym Excelem.
Początkujący powinien mieć mniej
Podobnie trudno bronić założenia, że absolwent rozpoczynający pierwszą pracę ma dokładnie taką samą zdolność do prowadzenia zajęć jak człowiek, który robi to od dwudziestu lat. Początkujący nauczyciel powinien mieć mniejsze pensum. Nie dlatego, żeby oszczędzać go przed wysiłkiem, lecz dlatego, że powinien starannie przygotowywać lekcje, analizować, co zadziałało, obserwować innych, poprawiać materiały i zwyczajnie uczyć się zawodu. Jeśli nabędzie wprawy w porządnym prowadzeniu lekcji, będzie tak działał dalej. Jeśli natomiast od początku będzie uczył się masowego chałturnictwa, trudno będzie tę mentalność później zmienić.
Można więc wyobrazić sobie 24-godzinne pensum bazowe, ale przez pierwszy rok pracy 18 albo 20 godzin.
Czterdzieści godzin? Proszę bardzo
Można też pójść w drugą stronę. Skoro nauczyciel ma pracować 40 godzin, bądźmy konsekwentni. Każmy mu wszystkie czterdzieści spędzać w szkole. Temu rozwiązaniu chętnie przyklasnęłoby wielu nauczycieli. Państwo jednak nie. Typowa szkoła publiczna, zatrudniająca kilkudziesięciu albo nawet stu nauczycieli, musiałaby zapewnić im przestrzeń i stanowiska pracy. Nie dwa–trzy komputery w pokoju nauczycielskim i kserokopiarkę z odliczającym miesięczny przydział kopii licznikiem. Potrzebne byłyby biurka, komputery, drukarki, materiały, miejsca na dokumenty i przestrzeń do spokojnego przygotowania zajęć. Nagle okazałoby się, że jeśli państwo chce widzieć nauczyciela przez 40 godzin w szkole, musi także stworzyć warunki do czterdziestogodzinnej pracy.
Nie jestem zwolennikiem obowiązkowego siedzenia w budynku. Trzydzieści wypracowań można równie dobrze sprawdzić w domu. Ale jeśli 40 godzin ma być rzeczywistym czasem pracy, powinniśmy przynajmniej wiedzieć, co się w nich mieści.
Pokazujesz dziecko w internecie? To nie jest tylko niewinne zdjęcie
Wycieczka, czyli rozliczanie czasu pracy wg Kalego
Problem toporności systemu opartego na pensum staje się też dobrze widoczny, gdy podejmiemy temat opieki nad uczniami podczas wycieczki. Tu system okazuje się mieć wręcz moralność sienkiewiczowskiego Kalego!
Wyobraźmy sobie, że nauczyciel jedzie z uczniami na trwającą trzy pełne dni wycieczkę. Od rana do wieczora odpowiada za grupę. Przyjmijmy łaskawie, że osiem godzin każdej doby śpi i wtedy nie pracuje (choć w praktyce odpowiada za uczniów przez całą dobę). Pracuje więc 16 godzin dziennie. To w trzy dni łącznie 48 godzin.
Już więc sama trzydniowa wycieczka przekracza tygodniowy wymiar czasu pracy. A przecież po powrocie nauczyciel zwykle idzie następnego dnia do szkoły i normalnie prowadzi kolejne lekcje. Tymczasem Sąd Najwyższy w uchwale z lutego 2025 r. stwierdził, że praca nauczyciela ponad normę wynikającą z Karty Nauczyciela może być pracą w godzinach nadliczbowych.
Do Energylandii za edukację zdrowotną. Wycieczka tylko dla „wybranych uczniów”
Wycieczki szkolne, odkąd pamiętam, funkcjonują tak, jakby dodatkowe godziny opieki po prostu rozpływały się w powietrzu. Nie ma za nie nadgodzin, nikt na wyjazd nie podpisuje ani tym bardziej nie rozlicza delegacji (diet!). Choć resort wskazywał w nie tak dawnych wyjaśnieniach, że wycieczki są podróżami służbowymi. Niech jednak w komentarzach otrzymaniem wynagrodzenia za godziny ponadliczbowe oraz pieniędzy za diety pochwalą się nauczyciele jakichkolwiek szkół publicznych. Może gdzieś ten kamień filozoficzny istnieje? Ja jednak mam przeczucie, że w całej naszej publicznej oświacie istnieje jakiś nieznany przepisom model wyjazdu służbowego, który dla pracodawcy jest zupełnie bezkosztowy! „Bo pan rozumie, panie kolego. Nie mamy na to pieniędzy”.
Najsmaczniejsze kawałki tortu
Obecny system tworzy jeszcze jeden paradoks. Nauczyciel może pracować w trzech szkołach: osiem godzin tu, dziesięć tam, kolejne dziesięć gdzie indziej. Łącznie znacznie ponad pełne pensum. Kiedy jednak pojawia się projekt, spotkanie czy dodatkowe zadanie, łatwo odpowiedzieć: „nie mogę, wtedy jestem w drugiej szkole”.
„Mówili »wycofać ekrany«, dają pracownie AI”. Burza wokół nowego programu MEN
I czasem rzeczywiście jest, a czasem nie. Tak czy siak, tę pracę musi wykonać ktoś inny. Najczęściej nauczyciel zatrudniony na pełny etat w jednej placówce. To on jest dostępny, jego łatwiej przesunąć w planie, jemu można dać wychowawstwo, projekt czy imprezę.
System bardzo precyzyjnie wycenia więc każdą dodatkową lekcję. Zupełnie pomija wszystko poza nią. Kto chce mieć dobrą wypłatę, wie, że trzeba mnożyć godziny zajęć i unikać pozostałych obowiązków.
Odczarować osiemnastkę
Czy musimy zwiększyć nauczycielskie pensum w Polsce? Być może. Wiele argumentów przemawia za tym, żeby bazowe pensum było bliższe 24 niż 18 godzinom. Ale sama liczba jest tutaj sprawą drugorzędną. Znacznie ważniejsze jest to, żebyśmy wreszcie przestali udawać, że każda godzina lekcyjna oznacza tyle samo pracy.
Lubnauer: Gdy zawyją syreny, będzie za późno. Szkoły muszą być lepiej przygotowane
Duża klasa powinna zwiększać obciążenie. Laboratorium powinno uwzględniać czas przygotowania i sprzątania. Przedmiot wymagający sprawdzania dziesiątek prac powinien być rozliczany inaczej niż zajęcia, po których nauczyciel nie ma stosu zeszytów do przeczytania. Początkujący nauczyciel powinien mieć mniej zajęć, żeby nauczyć się zawodu. Wycieczka nie powinna rozpływać się w systemie tylko dlatego, że nie mieści się w rubryce „pensum”. A za tym wszystkim powinny iść znacznie wyższe wynagrodzenia.
Dopiero taki system miałby sens. Więcej dydaktyki tam, gdzie rzeczywiście można ją zwiększyć. Mniej tam, gdzie przygotowanie i ewaluacja zajęć pochłaniają więcej czasu. Osobne rozliczanie pracy, której nie da się sensownie przeliczyć na lekcje. I wynagrodzenie, które nie wymaga od nauczyciela zbierania godzin w kilku szkołach, żeby przyzwoicie zarobić.
Dziś osiemnastka jest wygodna dla wszystkich stron sporu. Krytycy nauczycieli mogą mówić, że nauczyciel pracuje trzynaście i pół godziny tygodniowo. Nauczyciele odpowiadają, że za tymi godzinami kryją się kolejne dziesiątki obowiązków. Państwo zaś może zachować system, w którym jednych godzin nie liczy prawie wcale, a inne próbuje upchnąć w czterdziestu.
Może więc największym problemem nie jest to, że nauczycielskie pensum wynosi 18 godzin. Problemem jest to, że 18 godzin próbuje udawać informację o czymś, czego już dawno nie potrafi zmierzyć. W tak skonstruowanym systemie znakomicie mogą funkcjonować ludzie o dwóch zupełnie różnych sposobach wykonywania zawodu, jedni kosztem drugich. Ale o tym następnym razem.
Uzupełnienie: Kilka godzin po przekazaniu powyższego tekstu do publikacji ze zdziwieniem przeczytałem, że to, co wydawało mi się szczytem absurdu, powróciło jako realna propozycja polityczna. Jak relacjonuje to m.in. Business Insider, podczas kongresu PiS w Warszawie dr hab. Mariusz Andrzejewski zaproponował dobrowolne zwiększenie pensum z 18 do 22 godzin. W zamian zaoferował wynagrodzenia zasadnicze wynoszące około 6100, 6700 i 8000 zł brutto, odpowiednio dla nauczycieli początkujących, mianowanych i dyplomowanych. Rozwiązanie nazwał „bezkosztowym dla budżetu państwa”.
Atak w podstawówce na Podlasiu. 11-latek zaatakował dziewczynkę toporkiem
Prosty rachunek pokazuje, na czym polega ta „podwyżka”. Obecne stawki dla magistrów z przygotowaniem pedagogicznym, przemnożone przez 22/18, dają odpowiednio 6488, 6684 i 7819 zł. Propozycja oznacza więc, w przeliczeniu na jednostkę pensum, około 6 proc. straty dla początkującego, praktycznie zero zmiany dla mianowanego i zaledwie 2,3 proc. zysku dla dyplomowanego. Więcej lekcji, niemal proporcjonalnie więcej pieniędzy – a dla najmłodszych nawet mniej, niż wynikałoby z proporcji. To nie dowodzi jeszcze neutralności budżetowej, ale dobrze pokazuje jakość oferty.
W 2021 r. proponowano już zwiększenie pensum do 22 godzin, przy korzystniejszych procentowo podwyżkach płacy zasadniczej. Pakiet spotkał się ze sprzeciwem wszystkich nauczycielskich central związkowych. Powrót z jeszcze słabszą ofertą każe zapytać: to niewiedza czy polityczny sabotaż własnego obozu?
Przede wszystkim jest to dowód niezrozumienia, że sam mechanizm pensum jest archaiczny. Jego podniesienie bez zabezpieczeń płacowych otwiera drogę do dalszego obniżania wynagrodzenia w przeliczeniu na obowiązkową lekcję. Płace początkujących już dziś szorują niebezpiecznie blisko najniższej krajowej (pisałem o tym w tekście „Dwie dekady spadku. Co stało się z wynagrodzeniami nauczycieli”). Wystarczy kilka lat podwyżek wolniejszych od wzrostu płacy, aby także wynagrodzenie za etat z 22-godzinnym pensum ponownie zbliżyło się do tego minimum. W takim scenariuszu miesięczna płaca przypadająca na jedną godzinę lekcyjną realizowaną co tydzień zbliży się do 1/22 zamiast 1/18 najniższej krajowej – poziomu o ponad 18 proc. niższego. Ustawowa ochrona płacy minimalnej dotyczy przy tym wynagrodzenia z uwzględnianymi dodatkami, a nie samej pensji zasadniczej ani odrębnej stawki za lekcję.
Właśnie taki sposób rozmowy o zawodzie nauczyciela jest przykładem ignorancji, przez którą środowisko woli, żeby już lepiej zostało tak, jak jest.


