- Pozornie dobre średnie wyniki egzaminu ósmoklasisty maskują dramatyczną polaryzację wśród uczniów. Co czwarty piszący uzyskał z matematyki wynik poniżej 30 proc., co w praktyce oznacza niemal całkowity brak podstawowej wiedzy.
- Konstrukcja arkuszy egzaminacyjnych paraliżuje sprawiedliwą rekrutację do szkół średnich. Podczas gdy test z angielskiego jest zbyt prosty i nie różnicuje najlepszych. O dostaniu się do klas ścisłych paradoksalnie decydują punkty z języka polskiego.
- Miejsce zamieszkania wciąż determinuje edukacyjne szanse młodzieży. Uczniowie z dużych miast osiągają wyniki z angielskiego i matematyki nawet o 10–12 punktów procentowych wyższe niż ich rówieśnicy z małych miasteczek.
Centralna Komisja Egzaminacyjna ogłosiła właśnie wyniki egzaminu ósmoklasisty (E8) oraz podała statystyki tegorocznej majowej sesji (tzw. termin główny). Średnie wyniki wyglądają pozornie dobrze: język polski: 65 proc., matematyka: 55 proc., język angielski: 73 proc. Na tle ostatnich lat widać nawet wyraźny wzrost w matematyce względem 2025 r. – z 50 proc. do 55 proc. – oraz utrzymanie wysokiego poziomu z angielskiego. Wyniki z języka polskiego właściwie są takie same jak w ostatnich trzech latach.
Przeczytaj także: Kryzys kadrowy w szkolnictwie: problem jakości, nie tylko liczby
Wydawać by się więc mogło, że system działa, uczniowie dają radę, a szkoła dowozi. A jednak w E8 najciekawsze nie są średnie. One potrafią przykryć prawie wszystko. Jeśli część uczniów pisze bardzo dobrze, a część dramatycznie słabo, to średnia nadal może usypiać czujność. Dopiero rozkład wyników pokazuje, czy mamy do czynienia z jedną, zróżnicowaną populacją uczniów, czy raczej z kilkoma światami, które coraz słabiej się ze sobą stykają. Tegoroczny E8 właśnie to pokazuje.
Z języka polskiego widzimy egzamin, który wciąż dość sensownie różnicuje uczniów. Wyniki z matematyki odsłaniają głębokie pęknięcie i istnienie bardzo dużej grupy matematycznych wręcz analfabetów. A test z angielskiego jest dla bardzo wielu uczniów po prostu zbyt prosty.
Polski: główny rozgrywający w rekrutacji
Zacznijmy od polskiego, bo jest on na tle pozostałych egzaminów po prostu wzorcowy. Jego wyniki rok do roku mają bardzo zbliżone, stabilne rozkłady. Są uczniowie słabsi, jest szerokie centrum, są uczniowie bardzo dobrzy, ale nie ma masowego dobijania do maksymalnych wyników. Innymi słowy: egzamin z polskiego mierzy wiedzę i umiejętności, świetnie różnicując uczniów.
Przynosi to nieoczywisty skutek, bowiem coraz częściej właśnie polski może decydować o wyniku rekrutacji do najlepszych szkół. Brzmi to paradoksalnie, ale uczeń idący do klasy matematyczno-fizycznej może przegrać miejsce nie dlatego, że jest słabszy z matematyki, lecz dlatego, że straci kilka punktów na polskim. Z matematyki i angielskiego najlepsi kandydaci będą często mieli po prostu po 100 proc., więc to polski odegra rolę czynnika selekcyjnego. Czy to dobrze? Dla zdolnych matematyków i osób uzdolnionych językowo nie bardzo. Ale z drugiej strony język polski jest jedynym egzaminem, którego rozkład wyników wskazuje na właściwe opracowanie arkusza.
Przeczytaj także: Podyplomowe Eldorado: geneza i anatomia
Matematyka: dotkliwy brak „klasy średniej”
Najciekawsza i najbardziej niepokojąca jest matematyka. Tegoroczny wynik jest lepszy niż rok temu, ale nie powinien nas uspokajać. Problem nie polega wyłącznie na tym, czy średnia jest trochę wyższa, czy trochę niższa. Problem polega na tym, że rozkład wyników z matematyki ukazuje (zresztą od kilku lat) istnienie dwóch dużych grup uczniów: tych, którzy opanowali podstawy, rozumieją typowe zadania i potrafią przejść przez arkusz z przyzwoitym lub bardzo dobrym wynikiem, oraz tych, którzy mają tak duże braki, że nawet zadania umiarkowanie łatwe i średnie są dla nich nie do przejścia.
CKE w tegorocznym raporcie omawia jedno zadanie (18), które statystycznie poszło „najgorzej”. Wymagało ono łączenia różnych działów matematyki i myślenia bardziej abstrakcyjnego. Poradziło sobie z nim jedynie 11 proc. To jednak jest coś więcej niż tylko „trudne zadanie”. To symptom szerszego problemu: szkoła zbyt często uczy rozpoznawania schematów i ich powtarzania, a zbyt rzadko – samodzielnego myślenia matematycznego. Matematyka jest bezlitosna, bo jest kumulatywna.
Kto nie opanował ułamków, proporcji, równań czy podstaw geometrii, ten nie wchodzi spokojnie na kolejny poziom. On zostaje z tyłu. A im dłużej zostaje, tym trudniej wrócić. Wyniki egzaminu bezlitośnie obnażają problem z systematycznością pracy uczniów i jakością nauczania. W matematyce nienadrobione braki z klasy czwartej potrafią okazać się miną w klasie ósmej.

Wyniki egzaminu ósmoklasisty ujawniają głębokie pęknięcie. (fot. Autor)
Najbardziej niepokojąca jest grupa osób z wynikiem poniżej 30 proc. (i tak przyjmuję tę granicę bardzo „życzliwie”). Taki wynik osiągnął przeciętnie co czwarty uczeń. To zwykle nie są osoby, które znają matematykę na 20–30 proc. To głównie tacy, którzy nie znają jej wcale. Dlaczego? W obecnym roku zadania zamknięte odpowiadały za 47 proc. punktów na egzaminie (w poprzednich latach było to 50 proc., a nawet 60 proc.). W tej części zwyczajnie można strzelać i statystycznie zawsze wyjdzie się poza wynik zerowy, choć realnie taki powinno się mieć.
Za dużo osób zdaje
W tym miejscu nie da się uciec od pytania: jakim cudem uczeń, który po ośmiu latach szkoły podstawowej nie radzi sobie z elementarną matematyką, przechodził z klasy do klasy i otrzymywał pozytywne oceny? Czy szkoła naprawdę tego nie widziała? A może wszyscy przyzwyczailiśmy się do tego, że z matematyki „część po prostu nie umie” i jakoś trzeba ich przepchnąć dalej? I nauczyciele robią to dla świętego spokoju, żeby rodzice im „nie marudzili”?
Przeczytaj także: Matematyka jest dziś niezbędna na maturze, jak nigdy wcześniej
Matematyczna zapaść trwa od lat, nie jest to żadne zaskoczenie. Zmieniały się arkusze, zmieniały się średnie, raz było trochę lepiej, raz trochę gorzej, ale polaryzacja na bardzo dobrych i totalnie słabych wciąż trwa. A szkoła ma problem z uczniami, którzy wypadają z torów na wcześniejszych etapach, i realnie nic z tym nie robimy. E8 jedynie na koniec wystawia rachunek. Szkoda, że tego egzaminu nie da się nie zdać.
Gdyby istniał choć próg 30 proc., wiele szkół zmieniłoby podejście. Zmusiłoby je do tego realne ryzyko, że nic niepotrafiący uczniowie, dla świętego spokoju przepychani z klasy do klasy, na koniec będą raz lub więcej razy powtarzać u nich klasę ósmą. Aż się nauczą. I żeby było jasne – tak dużej skali problemu nie da się wyjaśnić obecnością uczniów neuroatypowych czy mających specyficzne trudności w uczeniu się. To nie ta skala!
Angielski: podium dla wszystkich
Język angielski jest z kolei przypadkiem odwrotnym do matematyki. Tu wynik wygląda znakomicie. Z punktu widzenia ucznia i rodzica to oczywiście powód do zadowolenia. Te świetne wyniki są jednak w pewnym wymiarze iluzoryczne, bo są efektem zbyt prostego egzaminu, który nie różnicuje uczniów. I tym samym powoduje kłopot przy rekrutacji. Podkreślmy – wynik od 90 proc. do 100 proc. z angielskiego otrzymało 42,9 proc. zdających!
Przeczytaj także: Telefon komórkowy w szkole? Tu nie ma miejsca na półśrodki
Problem polega więc nie na tym, że wynik jest wysoki, ale na tym, że egzamin nie nadąża za najlepszymi. Dobija do sufitu. A gdy wielu uczniów ma wynik bliski maksymalnemu, test przestaje pełnić funkcję selekcyjną. Mierzy podstawową i średnią sprawność, ale nie pokazuje, kto naprawdę jest bardzo dobry.
Miejsce zamieszkania nadal ma znaczenie
Tegoroczne wyniki przypominają też o czymś, o czym w edukacji mówi się dużo, ale często bez konsekwencji: miejsce zamieszkania nadal silnie wpływa na szanse ucznia.
Najlepiej wypadają największe miasta. Najsłabiej, co ciekawe, nie wsie, lecz miasta do 20 tysięcy mieszkańców. Różnice są niemałe. Średni wynik z języka polskiego różni się dla wielkich i najmniejszych miast o 5 punktów procentowych, dla matematyki o 10, a dla języka angielskiego aż o 12! To są bardzo duże różnice i zupełnie nieprzypadkowe. Angielski szczególnie mocno zależy od kapitału rodzinnego: dostępu do korepetycji, szkół językowych, wyjazdów, kontaktu z kulturą anglojęzyczną, ale też od tego, czy w domu traktuje się ten język jako realne narzędzie awansu.
Przeczytaj także: Ruszają egzaminy. Co piąty maturzysta nie zda
Matematyka pokazuje z kolei różnice w jakości systematycznego nauczania i w dostępie do pomocy wtedy, gdy uczeń zaczyna mieć braki. W dużym mieście łatwiej znaleźć korepetytora, zajęcia dodatkowe, szkołę z mocniejszym nauczycielem. W małym mieście często nie ma dokąd uciec. Jeśli uczeń trafi na słabsze nauczanie albo przez kilka lat nie zostaną wychwycone jego braki, konsekwencje widać dopiero na egzaminie.
I znów wracamy do nierozwiązanego od lat problemu „równości szans”. Formalnie wszyscy piszą ten sam egzamin. W praktyce startują z bardzo różnych miejsc.
Egzamin, który deformuje szkołę
Największy problem z E8 polega jednak na tym, że on nie tylko mierzy szkołę. On ją organizuje. Skoro liczy się polski, matematyka i język obcy, to w klasach siódmych i ósmych właśnie te przedmioty stają się najważniejsze. Pozostałe schodzą na drugi plan. Historia, biologia, geografia, fizyka, chemia – wszystko to łatwo staje się dodatkiem do „prawdziwego” przygotowania egzaminacyjnego. Uczniowie, rodzice i szkoły zachowują się racjonalnie: inwestują czas tam, gdzie są punkty rekrutacyjne.
Tylko że z punktu widzenia edukacji to jest bardzo wąskie ustawienie całego systemu. Egzamin ósmoklasisty ma ogromne znaczenie, ale obejmuje bardzo mały fragment szkolnego doświadczenia. Jeśli chcemy, by szkoła traktowała poważnie więcej przedmiotów, egzamin też powinien to odzwierciedlać. Obecna formuła wzmacnia tunelowe uczenie się pod trzy arkusze.
Przeczytaj także: Biorą publiczne pieniądze, pozbywają się problemów. Ciemna strona szkół niepublicznych
Co należałoby zmienić? Po pierwsze, trzeba poważnie przemyśleć konstrukcję arkuszy. Matematyka potrzebuje większej liczby zadań średniej trudności i kilku zadań naprawdę trudnych. Bez tego nie zobaczymy pełnej skali umiejętności. Będziemy tylko odróżniać tych, którzy „łapią podstawy”, od tych, którzy już ich nie łapią. No i dobrze byłoby zupełnie zrezygnować z zadań testowych.
Po drugie, angielski potrzebuje mocniejszej górnej części. Nie po to, by uczniom zrobić krzywdę, ale po to, by wynik z egzaminu cokolwiek mówił o najlepszych. Skoro tak wielu uczniów osiąga bardzo wysokie wyniki, to znaczy, że arkusz nie spełnia już dobrze swojej funkcji rekrutacyjnej.
Po trzecie, matematyka wymaga interwencji dużo wcześniej niż w klasie ósmej. Nie da się zasypać kilkuletnich braków kursem przygotowawczym przed egzaminem. Jeśli uczeń ma problem z ułamkami, proporcjami czy równaniami, trzeba reagować od razu, a nie czekać, aż w ósmej klasie okaże się, że nie rozumie połowy arkusza.
Po czwarte, warto wrócić do pytania, czy egzamin ósmoklasisty nie powinien obejmować większej liczby przedmiotów. Nie dlatego, że uczniom trzeba dokładać stresu, ale dlatego, że obecna formuła zbyt mocno zawęża sens ostatnich lat szkoły podstawowej. Jeżeli egzamin ma być tak ważny, nie powinien sprowadzać szkoły do trzech przedmiotów.
Przeczytaj także: Wakacje. Radość dla dzieci i zmartwienie dla rodziców
To wszystko są bardzo realne problemy, które dopraszają się reakcji, a których ignorowanie przyniesie skutki społeczne szybciej, niż nam się wydaje. Egzamin ósmoklasisty nie mówi nam tylko, kto zdobył 55 proc., a kto 73 proc. Mówi nam, gdzie szkoła jeszcze mierzy, gdzie tylko przepuszcza dalej, a gdzie sam egzamin przestał nadążać za uczniami. I właśnie dlatego tegoroczne wyniki są w pewnych aspektach tak niepokojące.

