Reklama

Były ambasador RP w Kijowie: Po rosyjskim ataku poczułem ulgę

Reklama
TYLKO NA

– Byliśmy przygotowani na różne scenariusze. Na ten z wejściem Rosjan do ambasady oczywiście również – mówi Bartosz Cichocki, były ambasador RP w Kijowie. Dyplomata w rozmowie z Zero.pl wspomina pierwsze godziny napaści na Ukrainę i mówi, dlaczego został, jako jeden z niewielu dyplomatów, w mieście niemal otoczonym przez wojska agresora.

artykul_glowne-foto
Na zdjęciu Bartosz Cichocki, były ambasador RP w Kijowie (fot. Matthew Rodier/Nicolas Cleuet/Hennadii Minchenko / East News/Ukrinform/Newspix)

Jacek Prusinowski, Zero.pl: Bał się pan w nocy 24 lutego 2022 r.?


Reklama

Bartosz Cichocki, dyplomata, były wiceminister spraw zagranicznych, w latach 2019-2023 ambasador RP na Ukrainie: Strach pojawił się później. 24 lutego, jakkolwiek by to nie brzmiało, wojna nadal wydawała się odległa i bezkształtna. W dniu rozpoczęcia rosyjskiego najazdu przełączyliśmy się na ćwiczony od dawna protokół postępowania.

Od miesięcy szykowaliśmy się do tego. Mieliśmy informacje, te jawne i niejawne, o możliwych scenariuszach działania Rosjan. Skupialiśmy się więc bardziej na realizowaniu zadań niż na emocjach, także na strachu. Pamiętam przede wszystkim męczące wyczekiwanie, co się w końcu stanie. I nie wiem, czy to dobrze zabrzmi, ale poczułem pewien rodzaj ulgi, kiedy pierwsze rakiety spadły pod Kijowem. Dobrze słyszałem huk uderzenia, a w sypialni zrobiło się jasno jak w dzień od łuny wybuchu.

Różnych emocji mogłem się spodziewać, ale nie spodziewałem się poczucia ulgi.


Reklama

Mówię szczerze, jak było. Być może chodzi o konstrukcję mojego układu nerwowego. Jestem człowiekiem zadaniowym. Dla mnie ćwiczenie w kółko pewnych scenariuszy, powtarzanie tego, analiza protokołów bezpieczeństwa – to było niesłychanie męczące i stresujące. I tak mówię szczerze, było to bardziej stresujące niż moment, w którym zaczęło się to, do czego się przygotowywaliśmy.


Reklama

Jak wyglądała noc? Kto pana obudził?

Zaczęła się zwyczajnie. Poprzedniego dnia w Kijowie odbyła się wizyta prezydentów Polski i Litwy: Andrzeja Dudy i Gitanasa Nausedy. Krótko po ich wyjeździe odczytałem w ambasadzie niejawną depeszę, w której była informacja, co się wydarzy następnego dnia. Wydałem polecenia podwładnym i wróciłem do swojej rezydencji. Zasnąłem absurdalnie głębokim snem. Byłem w pidżamie.

To z perspektywy czasu ciekawe, bo przez wiele kolejnych tygodni moją sypialnią był warsztat w ambasadzie, a łóżkiem poduszki zdjęte z foteli lub materac leżący w korytarzu. Spaliśmy w ubraniach, w butach. Budziliśmy się po kilka razy każdej nocy, cały czas gotowi do ewakuacji. Tymczasem w przeddzień ataku spałem doskonale. Wybudził mnie dopiero potworny huk i oślepiające światło.


Reklama

I naprawdę bez strachu?


Reklama

Bez. Włączył się u mnie tryb: mam zadania do zrealizowania, trzeba robić.

Popędził pan do ambasady?

Tak, szybko zorganizowaliśmy spotkanie w ambasadzie. Mieliśmy w niej już zgromadzone zapasy paliwa, przygotowane samochody, żywność. Przygotowania do tego dnia trwały od października 2021 r., kiedy to porządkowaliśmy archiwa i decydowaliśmy, co spalić, a co wywieźć.


Reklama

A co z waszymi bliskimi? Przecież pracownicy ambasady mają żony, dzieci.


Reklama

Zrobiliśmy rzecz, za którą sam sobie bym przyznał wysokie odznaczenie państwowe. Otóż półtora tygodnia przed inwazją wysłaliśmy nasze rodziny do Polski. Pod pretekstem pracy zdalnej. Jako kierownik placówki nie miałem prawa do ewakuowania tych osób, ale jako że większość żon była pracownikami ambasady lub konsulatu – mogłem śmiało zarządzić pracę zdalną.

W efekcie w momencie wybuchu wojny nie musieliśmy troszczyć się o nasze żony i dzieci. Poza jednym wyjątkiem – jeden z kolegów zataił, że w mieście pozostała jego narzeczona w zaawansowanej ciąży. Wsadziłem ją do samochodu z przemiłym twardzielem z Lublińca, Bartkiem Fijałką, żeby wyjechali. Natomiast tu muszę powiedzieć, że w tym czasie na Ukrainie działało pięć konsulatów generalnych, na których funkcjonowanie nie miałem wpływu. Ministerstwo Spraw Zagranicznych trzymało tych ludzi na miejscu do końca. Niektórzy ewakuowali się w pośpiechu z małymi dziećmi. Nie zazdroszczę.

Byliście przygotowani na najgorszy scenariusz, w którym rosyjscy żołnierze wchodzą do ambasady?


Reklama

Byliśmy przygotowani na różne scenariusze. Na ten z wejściem Rosjan do ambasady oczywiście również. Na początku było nas w ambasadzie 20 osób. Szybko okazało się, że aż tyle ludzi nie potrzeba. W dodatku z niepokojem patrzyliśmy na kurczące się zapasy jedzenia. Podjąłem decyzję o wysłaniu większości do Polski. Ta odesłana ekipa, na czele z moim zastępcą Michałem Giergoniem, przez wiele miesięcy okazywała nam gigantyczne wsparcie z Warszawy.


Reklama

Kijów, 25 lutego 2022 r. Zniszczone budynki mieszkalne po rosyjskim bombardowaniu stolicy Ukrainy (fot. Drop of Light / Shutterstock)

Kto został w ambasadzie?

W Kijowie zostaliśmy we trzech – z oficerem łącznikowym Agencji Wywiadu płk. Marcinem Grabowiczem, którego nigdy nie opuścił dobry humor, i zastępcą attaché obrony płk. Mariuszem Sadowskim, który okazał się doskonałym kucharzem.


Reklama

Proszę sobie wyobrazić trzech facetów na małej przestrzeni, razem śpią, razem jedzą, jest stres, bywa nerwowo, jest dużo pracy. Wcześniej mało się znaliśmy, ale w trudnym czasie działaliśmy jak jeden organizm. Nigdy nie doszło między nami do spięcia. Staliśmy się sobie bardzo bliscy i do dzisiaj się przyjaźnimy.


Reklama

Łączyło poczucie zagrożenia?

Sprzed ambasady zniknęły ukraińskie patrole. Potem mówiono nam, że byliśmy obserwowani za pośrednictwem kamer i w razie czego otrzymalibyśmy pomoc. Ale informacje o krążących po mieście rosyjskich grupach sabotażowych robiły swoje.

Spaliśmy w podziemiach ambasady. Nie wiedzieliśmy w nocy, co się dzieje nad nami. Obawialiśmy się przede wszystkim grup maruderów, którzy w poszukiwaniu jedzenia i łupów sforsują przestarzałe śluzy. W pewnym momencie zaczęto dużo mówić o Czeczenach. Działało to na wyobraźnię, przyznaję. Czarny humor podpowiadał nam życzenie, by zbyt długo nie znęcali się przed strzałem. Każdego ranka ostrożnie otwieraliśmy ciężkie metalowe drzwi i uważnie przeszukiwaliśmy ambasadę pomieszczenie po pomieszczeniu.


Reklama

Nie mieliście ochrony Służby Ochrony Państwa?


Reklama

Nie. Zemściła się decyzja Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji sprzed kilku lat, by Biuro Ochrony Rządu – przemianowane później na SOP – pozostawić tylko w kilku placówkach na świecie. W Kijowie funkcjonariuszy nie było. Mieliśmy jedynie koleżanki i kolegów ze Służby Ochrony i Kontaktu, ale to ludzie nieuzbrojeni i nieprzygotowani do sytuacji kryzysowych. Odesłałem ich do Polski w pierwszych dniach wojny. Z całej tej sytuacji polskie państwo powinno wyciągnąć konkretne wnioski. Ekipa z SOP przyjechała kilka miesięcy później. Wielu fantastycznych chłopaków, do dziś się przyjaźnimy.

To o tyle ciekawe, że krótko przed i po agresji Rosji przyjmowaliście delegacje z prezydentem czy premierem. I im zapewne towarzyszyły dziesiątki funkcjonariuszy. 


Reklama

Myśmy nawet nieśmiało pytali, czy może kilku by nie zostało. Ale raczej żartobliwie, bo wiedzieliśmy, że nie mogą zostać. I, dla jasności, nie mam dziś do nikogo pretensji. Po prostu na takich przypadkach państwo powinno się uczyć. Ale wracając: po kilkunastu dniach pojawiło się przyzwyczajenie i coraz większa ilość pracy.


Reklama

Domyślam się, że z jednej strony ewakuacja Polaków, z drugiej – pośredniczenie w przekazywaniu pomocy Ukrainie?

Problemu ewakuacji właściwie nie miałem. Ukraińcy polskiego pochodzenia wyjeżdżali sami. Zdecydowanie więcej pracy było przy pomocy dla Ukrainy. Współpracowałem zresztą ze świetnymi ludźmi. Muszę tu wymienić Michała Kuczmierowskiego i jego zespół z Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych. Wiem o jego obecnych kłopotach, ale dla mnie zasługuje on na wielkie uznanie opinii społecznej.

Wydaje mi się, że to temat na odrębną historię, którą zresztą piszą teraz polskie i brytyjskie sądy. Jak do pańskiej obecności w Kijowie odnosił się MSZ? To była decyzja kierownictwa resortu, by pan został w ambasadzie?


Reklama

Nie dostałem polecenia, żebym został, nie byłem też przez nikogo namawiany. Dla mnie było jasne, że dopóki nie zostanę odwołany, to jestem na miejscu. Była dość powszechna wśród osób decyzyjnych świadomość, że to, czy ambasador Polski jest obecny w ambasadzie, czy też pojechałby do Polski, będzie istotne dla Ukraińców. Tuż przed inwazją prezydent Andrzej Duda zapewniał w Kijowie, że będziemy stać z Ukraińcami ramię w ramię. No to stałem.


Reklama

Z tym się wiąże zresztą zabawna historia, bo na samym początku Ukraińcy nie zauważyli, że ciągle jesteśmy w Kijowie. Myśleli, że tak jak wielu dyplomatów z innych państw, wyjechaliśmy. No i gdy zobaczyli, że jesteśmy, zaczęli nas co chwilę odwiedzać. Najróżniejsze grupy do zadań specjalnych odkryły, że w mieście, w którym wprowadzono prohibicję, w polskiej ambasadzie jest alkohol. Było więc sporo odwiedzin na lampkę wina lub czegoś mocniejszego.

Rodzina nie namawiała do powrotu do Polski?

Żona jest takim samym zadaniowcem jak ja. Zaangażowała się w akcje pomocowe przy kościele św. Jacka w Warszawie. I opowiadała mi o tym, a nie o swoich stresach i lękach.


Reklama

To było bardzo ważne, bo widziałem chłopaków, którzy rozsypywali się po rozmowie z przerażoną żoną. Miałem ogromne wsparcie, ale rozłąka z rodziną trwająca półtora roku to coś, czego za żadne skarby nie chciałbym już nigdy powtórzyć.


Reklama

Dużo zmieniło się, gdy Rosja wycofała się z próby zdobycia stolicy?

Było to dla mnie ogromne zaskoczenie i radość. Niewiarygodna rzecz, gdy chwilę wcześniej widziało się wielokilometrowe pancerne kolumny dobijające się do rogatek Kijowa.

Polskie władze rozważały wariant, w którym Rosja zdobywa Kijów, a potem idzie dalej na Zachód?


Reklama

Nikt chyba nie miał wątpliwości, że Polska będzie kolejna. Wystarczy tu sobie przypomnieć słynne słowa prezydenta Lecha Kaczyńskiego z Tbilisi. Jednak przyznaję, że wtedy bałem się głównie o Kijów. Jednocześnie – co odrobinę umyka z perspektywy czasu – zdawałem sobie też sprawę z tego, że to ogromne miasto, wielki organizm i wcale nie byłoby prosto okupantowi je kontrolować.

Tyle że Kijów był już dość wyludniony.

Na ulicach było więcej bezdomnych psów niż ludzi, nie licząc wojskowych. Ale nadal można było się w nim ukrywać, kontynuować walki. Natomiast dopiero kilka tygodni po dniu napaści uświadomiłem sobie, jak blisko było niebezpieczeństwo. Byłem z polskimi delegacjami w Irpieniu, byłem w Buczy. Przy dobrych wiatrach z tych miejsc do ambasady można dojechać w pół godziny. Nad Kijowem czuwał chyba św. Jacek Odrowąż, patron tego miasta oraz św. Michał Archanioł. To wszystko mogło potoczyć się inaczej, dużo gorzej.

Kolejne miesiące to pewne sukcesy ukraińskiej armii.


Reklama

Zgadza się. Rosjanie byli wypierani z kolejnych terytoriów, zwiewali z Charkowszczyzny.


Reklama

Widzi pan dziś szanse na korzystny dla Ukrainy pokój?

Jeśli wymusimy na Ukraińcach ustępstwa oraz uwierzymy w obietnice Rosjan, to zawieszenie ognia jest możliwe szybko. Ale potrwa ono bardzo krótko, bo Rosjanie nie przyszli na Ukrainę po terytorium. Przyszli przekształcić ją w drugą Białoruś. 

Jeżeli jako Zachód wytrzymamy, jeśli odzyskamy w sobie determinację i nauczymy się wreszcie dostosować sposób funkcjonowania gospodarki i społeczeństwa do zmienionych warunków bezpieczeństwa, to być może dociągniemy do momentu, w którym w Rosji coś się załamie. Wtedy pokój byłby możliwy na lepszych warunkach. Ale możliwy jest jeszcze jeden scenariusz: gdy konflikt się rozlewa. Najgorsze może być przed nami. A wtedy nikt już nie będzie mógł powiedzieć, że to sprawa tylko Ukrainy.


Reklama