Kraj

Referendum w Krakowie i burzliwa historia walki o władzę w Polsce

Polska polityka rzadko była spokojna – obok wyborów pojawiały się spiski i zamachy stanu. Od puczu Januszajtisa, przez przewrót majowy Piłsudskiego, po walkę o władzę na emigracji, historia pokazuje, że demokracja nad Wisłą nie była oczywista. W obliczu krakowskiego referendum warto przypomnieć, jak cienka bywa granica między polityką a siłą.

Tomasz Czapla
Opinia autorstwa: Tomasz Czapla
Wczoraj 06:04
22 min
Czy pijarowcy Koalicji Obywatelskiej trzymają asa w rękawie? Jeśli tak, mają już niewiele czasu na jego wyciągnięcie. (fot. Getty Images)
TYLKO NA

Wyborczy maraton zakończył się w Polsce zeszłoroczną elekcją prezydencką i na kolejne głosowanie musimy poczekać do 2027 roku. W tej sytuacji miłośnikom wszelkich kampanii pozostają pojedyncze epizody, jak przedreferendalna debata i referendum nad odwołaniem prezydenta Krakowa, Aleksandra Miszalskiego. Czy potencjalne wotum nieufności wobec polityka KO zmieni bieg wydarzeń na ogólnopolskiej scenie politycznej? Z pewnością. Pytanie: jak bardzo? A to będzie zależeć już od wyboru jego następcy.

Tak czy siak, pozostaje pociecha, że zmiana dokona się demokratycznie, a to w naszej historii wcale nie jest takie oczywiste. Przykładami są pucz Januszajtisa, przewrót majowy czy zablokowanie przez Władysława Sikorskiego kandydatury Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego na prezydenta francuskimi rękami.

Oratorski Tusk, Miszalski na dachu i Kac Wawa

Donald Tusk jak Tomasz Raczek? Owszem, premier idzie w ślady znanego krytyka filmowego, który niegdyś życzył „klęski frekwencyjnej” filmowi (czy może raczej wyrobowi filmopodobnemu) „Kac Wawa”. Szef rządu z pewnością życzyłby natomiast sobie, a zwłaszcza Aleksandrowi Miszalskiemu, aby podobną klęską zakończyło się referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa, zaplanowane na 24 maja.

Z kolei Raczek wykazał się niezłym wyczuciem marketingowym, ogłaszając przy okazji krytyki niesławnej produkcji promocję na swoje książki. Wystarczyło, że czytelnicy w trakcie zamawiania którejś z jego publikacji wpiszą w jednym z pól hasło „kacwawa”, a mogli liczyć na kilkunastoprocentowy rabat. Czy pijarowcy Koalicji Obywatelskiej trzymają podobnego, tyle że wyborczego, a w zasadzie antywyborczego – chodzi przecież o to, aby krakowianie na referendum nie poszli – asa w rękawie? Jeśli tak, mają już niewiele czasu na jego wyciągnięcie.

Reklama
Reklama

Pseudokomedia Łukasza Karwowskiego może „poszczycić” się 16 nominacjami i 7 statuetkami „Węży”, czyli „nagród” dla tego, co najgorsze w kinematografii nad Wisłą. Aby Miszalski mógł się chwalić wynikami głosowania bez cudzysłowu, potrzebuje natomiast frekwencji poniżej 158 tys. osób. Taka liczba ludzi przy urnach sprawi, że referendum będzie nieważne, i to główna, a właściwie jedyna nadzieja włodarza Krakowa.

Można bowiem założyć w ciemno, że większość z tych, którzy udadzą się do lokali wyborczych, opowie się za pozbawieniem go funkcji prezydenta. Lista zarzutów stawianych wobec polityka KO (stoi na czele partii w Małopolsce) jest długa, nie ciągnie się może do Kielc czy Warszawy, ale i tak obejmuje m.in. wprowadzenie Strefy Czystego Transportu, serię podwyżek opłat – od podatku od nieruchomości, przez ceny biletów komunikacji miejskiej, po opłaty za wywóz śmieci czy wysokie nagrody dla współpracowników (np. za okres od stycznia do września 2025 r. zastępcy Miszalskiego otrzymali 158 tys. zł brutto).

Prezydentowi nie pomogło też tańcowanie na dachu urzędu miasta w rytm piosenki, której fragment brzmi „Ona próbuje mi wcisnąć kłamstwa, suk..., nie kupuję tego gówna”. Wszystko na tle Wawelu i pod biało-czerwoną flagą – tak krakowski gospodarz „uczcił” Święto Wojska Polskiego. No i last, but not least: tolerowanie nominacji po linii partyjnej, jak choćby szefa krakowskich struktur KO, Szczęsnego Filipiaka, który został doradcą prezesa Krakowskiego Holdingu Komunalnego.

Reklama
Reklama

Wspomniany „dorobek” poskutkował wyborczym (o)sądem nad Miszalskim, który, niestety dla rządzącej partii, się odbędzie. Nie pomogą tu nawet oratorskie zdolności Tuska, który „uroczyście unieważniał” referendum zorganizowane przez PiS (skądinąd z absurdalnymi pytaniami) przy okazji wyborów parlamentarnych w 2023 roku.

Urząd miasta stoi za prezydentem murem, i to nie byle jakim, bo papierowym. Zdecydował się bowiem na zwiększenie nakładu samorządowej gazety „Kraków.pl” z 30 tys. do 220 tys. egzemplarzy. Wzrost blisko ośmiokrotny, ponieważ jak wyjaśniał urząd: „samorząd ma obowiązek zapewniać mieszkańcom dostęp do rzetelnej, bezpośredniej informacji o usługach publicznych, zmianach w funkcjonowaniu miasta czy kwestiach bezpieczeństwa”.

Czy taką informacją jest zamieszczone w jednym z ostatnich numerów „Kalendarium Prezydenta Krakowa”, donoszące o spotkaniu Miszalskiego z przedszkolakami albo zbieraniu przezeń datków na WOŚP? Śmiem wątpić, a tymczasem kolejne wpisy polityków Koalicji Obywatelskiej w mediach społecznościowych i wypowiedzi w mediach nt. referendum każą poddawać w wątpliwość ich demokratyzm.

Państwowcy kończą na politycznym marginesie

Wystarczy włączyć Radio Kraków i posłuchać posłanki Doroty Marek:

Reklama
Reklama

Jesteśmy w stanie wskazać jeden kardynalny błąd, który popełnił prezydent Miszalski? Taki błąd na miarę referendum? [...]. To wielki teatr polityczny wywołany tylko po to, żeby wzbudzić emocje w krakowianach.

Reprezentantka KO pozwoliła też sobie w eterze na przypuszczenie, że nawet odbyte referendum niekoniecznie będzie wiążące, i to nie z powodu frekwencji:

Jest wiele przesłanek, choćby nieprawidłowości przy zbiórce podpisów, które wykazała PKW.

Szkoda, że ona i jej koleżanki oraz koledzy nie byli równie gorliwi w respektowaniu decyzji Państwowej Komisji Wyborczej, gdy ogłaszała, że zwycięzcą wyborów prezydenckich jest Karol Nawrocki. Gwoli sprawiedliwości, druga strona również ma swoje za uszami – to nie kto inny, a Jarosław Kaczyński, w dobie pandemii i wbrew zdrowemu rozsądkowi, próbował przeforsować korespondencyjne wybory głowy państwa.

Reklama
Reklama

Skończyłoby się to zapewne, w krótkiej perspektywie, zwycięstwem Andrzeja Dudy w I turze. W dłuższej – podważaniem przez ówczesną opozycję legalności elekcji i jej wyniku, destabilizacją państwa, a może i protestami społecznymi, znanymi w PRL jako tzw. „kryterium uliczne”. Podobnym torem mogły się zresztą potoczyć wydarzenia w 2025 roku, ale polityczną dojrzałością wykazał się wtedy Szymon Hołownia (a w 2020 roku Jarosław Gowin).

Jak Polacy pokłócili się o wybory na Węgrzech?

Obydwaj panowie, w przeciwieństwie do Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska, zachowali się odpowiedzialnie i nieprzypadkowo obydwaj znajdują się dzisiaj na marginesie polityki lub wręcz poza tym światem. Niemniej, dzięki nim obyło się bez polityczno-społecznych turbulencji, co w naszej historii wcale nie jest takie oczywiste. Przykładami są Druga Rzeczpospolita i II wojna światowa, gdzie o zamachy stanu bądź ich próby było naprawdę nietrudno.

Zacznijmy od stycznia 1919 roku i „puczu Januszajtisa”. Skąd wziął się ów prawicowy zamach, który miał na celu obalenie rządu Jędrzeja Moraczewskiego i naczelnika Józefa Piłsudskiego? Najkrócej mówiąc, z połączenia niecierpliwości i głupoty w wykonaniu grupy wojskowych i polityków, do której należeli m.in. następca Piłsudskiego w I Brygadzie Legionów, Marian Januszajtis i książę Eustachy Sapieha. Panom spiskowcom nie podobała się lewicowa rada ministrów, zdominowana przez przedstawicieli PPS i PSL „Wyzwolenie”, zamierzali więc go zmienić na bardziej koalicyjny, z udziałem polityków centrum i prawicowych.

Reklama
Reklama

Miało się to jednak dokonać siłowo, bez względu na kontekst międzynarodowy. Wyglądał on zaś w ten sposób, że Polska potrzebowała od zwycięskich w I wojnie światowej państw Ententy środków finansowych, dostaw żywności, a zwłaszcza broni i amunicji w obliczu walk o granice. W tym celu Józef Piłsudski starał się dojść do porozumienia z rezydującym w Paryżu (i reprezentującym nas przed mocarstwami zachodnimi) prezesem Komitetu Narodowego Polskiego (KNP) – Romanem Dmowskim.

Deal miałby wyglądać następująco: w miejsce gabinetu Moraczewskiego powstaje rząd złożony z ministrów nie tak wyrazistych politycznie i mający bardziej różnorodne oblicze partyjne. Dmowski miał w zamian poszerzyć skład KNP o przedstawicieli naczelnika państwa. Przewodniczący Komitetu rozumiał, że zawarcie kompromisu wymaga czasu, a siła może tylko zaszkodzić („Otóż na pewno, gdybyśmy rząd stworzyli – przypuśćmy ze mną na czele – bylibyśmy Polskę porządnie zarżnęli”). Postawa na miarę męża stanu, a nie politykierstwo, które reprezentowali Januszajtis i reszta.

Plany mieli takie, aby nowym premierem zrobić wspomnianego już Dmowskiego, a na stanowisku wodza naczelnego widzieli Józefa Hallera. Tyle teoria, a co z praktyką? W rękach zamachowców znalazła się co prawda warszawska Komenda Miasta, udało się też zatrzymać premiera Moraczewskiego i jego ministrów: Leona Wasilewskiego (od spraw zagranicznych) i Stanisława Thugutta (od spraw wewnętrznych). Problem w tym, że na tym sukcesy puczystów się skończyły.

Pucz Januszajtisa, czyli perypetie gangu Olsena

Dlaczego zamach stanu szybko zmienił się w karykaturę? Po odizolowaniu cywilów – członków rządu zamknięto w garażu – przyszła bowiem kolej na wojskowych. Już próba ujęcia szefa Sztabu Generalnego, generała Stanisława Szeptyckiego, zakończyła się klapą, bynajmniej niewidowiskową. Oficer chcącym go zatrzymać żołnierzom wybił te myśli z głowy komendą „Baczność!”, a następnie wydał im inne rozkazy. Przyjazd zamachowców do Belwederu po Piłsudskiego to już natomiast gang Olsena po całości.

Reklama
Reklama

Auto ze skrzynią wypełnioną granatami plus w środku dwóch mundurowych, uzbrojonych w granaty i broń krótką – tak wyglądał żołnierski skład, który chciał pozbawić wolności osobę nr 1 w Polsce. Oddajmy głos porucznikowi Kazimierzowi Stamirowskiemu, ówczesnemu adiutantowi przyszłego Marszałka:

Na moje zapytanie, czego sobie życzą, odpowiedzieli, iż z polecenia Komendy Placu przyjeżdżają po Komendanta Piłsudskiego, który ma się tam zaraz stawić. Na to odpowiedziałem im: Ja panów aresztuję. Bez oporu przeszli z poczekalni do pokoju adiutantury przybocznej, gdzie zaraz złożyli broń i granaty.

W międzyczasie Szeptycki zdusił spisek w zarodku, aresztując przywódców ruchu i przetrzymując ich w odbitej Komendzie Miasta. Nad ranem (wydarzenia rozgrywały się w nocy 4/5 stycznia) dołączył do niego Piłsudski, który zbeształ konspiratorów, i cywilnych, i wojskowych, od stóp do głów, po czym… zwolnił do domów wszystkich, prócz Januszajtisa. Ponadto z garażowego potrzasku wyzwolono Moraczewskiego i resztę; politycy, zmarznięci, ale cali, mogli dalej pełnić swoje obowiązki. I co, to na tyle? – zapyta zdziwiony czytelnik.

Tak, gdyż Komendant wolał ośmieszyć prawicowych puczystów niż posyłać ich za kratki, jeśli nie gorzej. Dzięki temu osłabił generalną pozycję swoich przeciwników z prawej strony i mógł się dogadać z nimi na swoich warunkach, czego efektem stał się rząd Ignacego Paderewskiego (od 16 stycznia 1919). A na spiskowców nie czekała więzienna prycza czy, tym bardziej, pluton egzekucyjny, ale wysokie stanowiska i awanse: Januszajtis w 1921 roku został generałem, a Sapieha w krytycznym momencie wojny z bolszewikami pełnił funkcję ministra spraw zagranicznych.

Reklama
Reklama

7 lat po „puczu Januszajtisa” role się odwróciły: tym razem Piłsudski wystąpił nie w roli ofiary, a autora zamachu stanu. Niedawno była setna rocznica przewrotu majowego (12–15 maja); kulisy tej, w zasadzie kilkudniowej i krwawej (zginęło około 350 osób, w tym prawie 200 żołnierzy; rany odniosło ponad 900 osób, wśród nich 600 żołnierzy), wojny domowej to temat na osobny tekst.

Tutaj możemy się skupić na historycznych splotach, jakie niosło ze sobą to wydarzenie. Tak się bowiem złożyło, że Marszałek, który wyprowadził oddziały na ulice Warszawy, co poskutkowało bratobójczymi walkami, po drugiej stronie polityczno-wojskowej barykady miał byłych, nierzadko długoletnich współpracowników.

Najpierw jednak wyjaśnijmy dwie kwestie, z których jedna szczególnie była przez lata, a nawet dekady, przedmiotem sporu w polskiej historiografii. Czy Piłsudski dużo wcześniej zorganizował wojskowy spisek i tylko czekał, aby dokonać przewrotu? A może jednak „majowy bunt”, jak określił zamach biograf Marszałka, profesor Mariusz Wołos, był improwizowaną reakcją na powstanie centroprawicowego gabinetu, na czele z Wincentym Witosem?

Reklama
Reklama

Kobiety, które nie czekały na pozwolenie. Sport, wojna i polityka po polsku

Dziś wydaje się jasne, że nie istniało coś takiego jak piłsudczykowskie, oficerskie podziemie. Komendant, wkraczając z żołnierzami do stolicy, przeprowadzał natomiast demonstrację wojskową. Poprzez taki pokaz siły chciał pokazać prezydentowi Stanisławowi Wojciechowskiemu, że armia stoi po jego stronie, a nie ministra spraw wojskowych, Juliusza Malczewskiego. To z kolei miało doprowadzić do dymisji nie tylko jego, ale całości znienawidzonego przez Piłsudskiego rządu endecji i PSL „Piast”.

Dlaczego znienawidzonego? Otóż były naczelny wódz obarczał właśnie endeków moralną odpowiedzialnością za śmierć prezydenta Gabriela Narutowicza (w 1922 roku zastrzelił go prawicowy fanatyk, Eligiusz Niewiadomski). To w proteście przeciw narodowej demokracji, mającej według niego krew głowy państwa na rękach, odszedł w 1923 roku z wojska. Stwierdził przy tym, podczas pożegnalnego przyjęcia w Hotelu Bristol: „Gdym sobie pomyślał na chwilę, że ja tych panów, jako żołnierz, bronić będę – zawahałem się w swoim sumieniu. A gdym się raz zawahał, zdecydowałem, że żołnierzem być nie mogę. Podałem się do dymisji”.

Krwawy rozwód Piłsudskiego i Rozwadowskiego

W maju 1926 roku prawica powróciła do władzy, tworząc rząd wespół z ludowcami „Piasta”. Jeszcze ostrzej niż Piłsudski zareagowała lewica: Polska Partia Socjalistyczna oświadczyła, że „Rząd Wincentego Witosa, oparty o sprzysiężenie najczarniejszej reakcji faszystowsko-monarchistyczno-paskarskiej [...], rząd geszeftów i zysków osobistych – jest zgubą i zakałą Polski”. Socjaliści mieli w pamięci, prócz mordu na Narutowiczu, wydarzenia z 1923 roku w Krakowie, gdzie doszło do starć robotników z wojskiem i policją.

Reklama
Reklama

Po obu stronach byli zabici i ranni, a rządziła wówczas ta sama koalicja, co w maju ’26… Tymczasem Marszałek i Witos zmierzyli się w szermierce słownej na łamach prasy, a następnie pierwszy z nich przystąpił do marszu ku stolicy. Demonstracja zbrojna zakończyła się jednak fiaskiem: prezydent odmówił zdymisjonowania gabinetu, a że Komendant nie chciał się wycofać, rozgorzała wymiana ognia.

O tym, że Piłsudski nie miał planu „B”, niech świadczy fakt, że wierni mu żołnierze nie dysponowali ani planami, ani mapami Warszawy, na ulicach której rzekomo chcieli toczyć boje! Józefowi Beckowi, późniejszemu szefowi dyplomacji, który w trakcie przewrotu pełnił rolę szefa sztabu sił piłsudczykowskich, udało się nadrobić te braki dopiero 13 i 14 maja.

A druga ze wzmiankowanych kwestii? Dotyczy załamania psychicznego Piłsudskiego, który wskutek odmowy Wojciechowskiego i nieuniknionych w tej sytuacji walk miał doznać na tyle silnego wstrząsu, że nie był zdolny do jakiejkolwiek inicjatywy. Zamiast tego przez kilka dni leżał na kanapie, oddając się historyczno-wojskowym rozmyślaniom.

To nieprawda, choć jeden z ojców II RP rzeczywiście ciężko przeżywał przelew polskiej krwi i złożył dowodzenie w ręce generała Gustawa Orlicza-Dreszera; pozostał aktywny. Zwłaszcza politycznie, wyznaczając swoim podwładnym pracę na określonych odcinkach (np. generał Felicjan Sławoj Składkowski został komisarzem rządowym na Warszawę, Roman Knoll miał czuwać nad sprawami zagranicznymi, a niebawem premier Kazimierz Bartel – nadzorować transport kolejowy).

Reklama
Reklama

Z drugiej strony Marszałek udzielał krótkich komentarzy dziennikarzom i próbował rozmawiać ze stroną prezydencko-rządową, m.in. za pośrednictwem marszałka Sejmu, Macieja Rataja. Prezydent Wojciechowski i dowodzący jednostkami mającymi stłumić bunt generał Tadeusz Rozwadowski pozostali jednak nieugięci, aż do 15 maja.

Wówczas to głowa państwa uznała, że lepiej, aby „Piłsudski objął władzę choćby i na dziesięć lat, niż żeby na sto lat Polskę zagarnęły Sowiety”. Zrezygnował zatem ze stanowiska (ten sam krok uczynił Witos) i w ten sposób umożliwił rozładowanie kryzysu grożącego nie tylko wojną domową, która już była faktem, ale rozpadem państwa, a nawet agresją sąsiadów. Kryzysu, za który, niestety, był odpowiedzialny były naczelnik, a zarazem jego dawny towarzysz, wręcz przyjaciel z PPS. Duet Piłsudski–Wojciechowski pod koniec XIX wieku stanowił bowiem filar socjalistycznej konspiracji, wydając razem pismo „Robotnik” i inne podziemne druki.

Panowie realizowali cały proces „gazetotwórczy”, od zaopatrzenia się w papier (najlepiej w kilku sklepach), przez redagowanie przesyłanych materiałów i pisanie swoich tekstów, po skład i druk. Stosunki między nimi były do tego stopnia zażyłe, że „Ziuk (Piłsudski) martwił się, że ‘Adaś’ (Wojciechowski) chodzi zimą po Wilnie, gdzie wyjeżdżał z fałszywym paszportem w celach konspiracyjnych, w lichym letnim paltociku”. Potem drogi konspiratorów się rozeszły, a w maju 1926 nastąpił krwawy rozwód.

Reklama
Reklama

Z kolei wojskowy przeciwnik nr 1 Piłsudskiego w tamtych dniach, czyli Rozwadowski, współpracował z nim bardzo blisko w 1920 roku, w przededniu i podczas bitwy warszawskiej. Jako szef sztabu, na podstawie koncepcji Marszałka, przygotował szczegółowy plan tego starcia. Tenże projekt Piłsudski nakazał realizować i w ten sposób obydwu wojskowym należy się miano zwycięzców spod Warszawy. Nim zaczęły narastać między nimi rozdźwięki, Komendant doceniał zasługi Rozwadowskiego, pisząc o nim jeszcze w 1922 roku: „w nieszczęściach jedyny [pomocny]”.

Relacje między Marszałkiem i generałem zaczęły się psuć, gdy do głosu doszła polityka. Piłsudski, któremu endecja odbierała wszelkie prawa do zwycięstwa nad bolszewikami, odpowiedział bowiem książką „Rok 1920”. Komendant lansował w niej siebie jako jedynego architekta „cudu nad Wisłą”, a rolę pozostałych oficerów, w tym Rozwadowskiego, pomniejszał tak bardzo, jak się dało.

Chodziło nie tylko o miejsce w historii, ale i bieżącą rozgrywkę, konkretnie zwalczanie konkurentów do władzy nad wojskiem. Stosunki na linii były szef sztabu – były naczelny wódz były coraz bardziej napięte, a do reszty uległy destrukcji podczas przewrotu majowego. Generał rozkazał wówczas dowódcy 30 Pułku Piechoty „dostać w swe ręce przywódców ruchu, nie oszczędzając ich życia”, innymi słowy zezwolił na zabicie Piłsudskiego i jego najbliższych podkomendnych, takich jak Dreszer czy Beck.

Marszałek „odwdzięczył się” zatrzymaniem Rozwadowskiego i wielomiesięcznym przetrzymywaniem go w celi pod wydumanymi zarzutami. Na wyjście z więzienia oficer czekał rok, ale nie nacieszył się długo wolnością. Schorowany, zmarł w 1928 roku.

Reklama
Reklama

Porachunki z sanacją, a sprawa francuska

Majowy zwycięzca zaprowadził nad Wisłą rządy sanacji, która niepodzielnie rządziła do 1939 roku. Dopiero klęska wrześniowa i okupacja kraju przez Wehrmacht oraz Armię Czerwoną otworzyły opozycji drzwi do władzy, ale przejęcie rządów nie obyło się bez gorszących epizodów. Na szczęście przeciwnicy piłsudczyków zrezygnowali z najgorszego scenariusza, czyli nieuznawania rządu Felicjana Składkowskiego i zastąpienia go jakimś samozwańczym „komitetem narodowym”.

Pociągnęłoby to za sobą przerwanie ciągłości państwa polskiego, co miałoby dramatyczne konsekwencje, a tego domagali się niektórzy opozycjoniści (Herman Lieberman, Stanisław Mikołajczyk). Sami wiele wycierpieli od sanacji, spędzając tygodnie i miesiące za kratkami, a Lieberman został dodatkowo bestialsko pobity przez policjantów w trakcie transportu do więzienia wojskowego w Brześciu. Niemniej obaj zatracili się w nienawiści do rządzących, gotowi ryzykować istnieniem odzyskanej w 1918 roku państwowości.

Ostatecznie do tego nie doszło; pierwszy premier na uchodźstwie, Władysław Sikorski, został następcą Składkowskiego. Niestety, przy okazji ujmowania władzy w swoje ręce generał zaangażował do rozrachunków z piłsudczykami Francuzów, a to nie wszystko. Ale po kolei: we wrześniu 1939 roku wojskowy wielokrotnie zwracał się z prośbą o przydział bojowy do naczelnego wodza, marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza.

Prośby nic nie dały, a w międzyczasie spotykali się z nim różni politycy i oficerowie, proponując utworzenie i przewodzenie alternatywnemu ośrodkowi władzy. Sikorski oparł się tej pokusie, ale gdy Śmigły-Rydz, prezydent Ignacy Mościcki i inni zostali uziemieni w Rumunii, nie miał już skrupułów.

Reklama
Reklama

Program telewizji ZERO. Mazurek i Ziemkiewicz rozmawiają z historykami o Piłsudskim i zamachu majowym

Tym bardziej że zaczęli się na niego orientować dyplomaci – przykładem attaché wojskowy nad Dunajem, podpułkownik Tadeusz Zakrzewski. Samowolnie podporządkował on Sikorskiemu, niepełniącemu żadnej oficjalnej funkcji, swoich urzędników i przekazał zgromadzone pieniądze. Jak argumentował, „istnieje konieczność zmiany kierownictwa politycznego i wojskowego oraz [...] dokonania swego rodzaju rewolucji”.

Generał nie tylko skorzystał z tych środków, ale polecił Zakrzewskiemu zorganizować selekcję polityków i wojskowych przebywających w Rumunii. Jednym, związanym z sanacją, podpułkownik miał zablokować drogę do Francji. Innym, reprezentującym dotychczas opozycję, umożliwić jak najszybsze dotarcie nad Sekwanę.

Sikorski dysponował nawet gotową listą osób przeznaczonych do dalszej ewakuacji. Znalazły się na niej takie nazwiska, jak generał Józef Haller, Maciej Rataj (były marszałek Sejmu, Stronnictwo Ludowe – SL), Mieczysław Niedziałkowski (PPS) czy Stanisław Kot (SL).

Reklama
Reklama

Gdy wreszcie zaś sam dotarł do Paryża, zrobił wiele, aby nowym prezydentem nie został generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski. Mościcki miał bowiem prawo wyznaczyć swojego następcę i zdecydował się na ulubieńca Piłsudskiego, a obecnie ambasadora we Włoszech. Sikorski nie zamierzał do tego dopuścić – raz, że Wieniawa był piłsudczykiem aż nadto wyrazistym, dwa, że osobiście go nie lubił.

W związku z tym zaczął intrygować przeciw „pięknemu Bolkowi”, na dodatek wciągając do tego Francuzów. Zachowały się świadectwa, że generał rozpowiadał wśród tamtejszych elit, jaki to z Wieniawy alkoholik i hazardzista, do tego człowiek z trzeciego, a nawet czwartego szeregu politycznego. Te i inne oszczerstwa (wygłaszane zresztą nie tylko przez Sikorskiego), ale także sama niechęć paryskich polityków do sanacyjnych władz sprawiły, że nie uznali tej nominacji.

Francuski ambasador w Rumunii zakomunikował Polakom wprost, że „nie mamy zaufania do wyznaczonej osoby, nie widzimy, ku żywemu swemu żalowi, możliwości uznania jakiegokolwiek rządu powołanego przez gen. Wieniawę”. W efekcie Mościcki wskazał na kolejnego kandydata, tym razem do przełknięcia przez „sikorszczaków” – byłego marszałka Senatu, Władysława Raczkiewicza. Ten z kolei powołał na premiera Sikorskiego, który równocześnie objął stanowiska ministra spraw wojskowych i ministra sprawiedliwości.

Pozostał tylko jeden problem: we Francji rozpoczęto już druk „Monitora Polskiego” z informacją o Wieniawie jako nowej głowie państwa. Ale i na to antysanacyjny, a przy okazji antypaństwowy Sikorski i jego otoczenie mieli radę. Marian Romeyko, attaché wojskowy we Włoszech: „Równolegle z akcją druku pewne koła polskie rozpoczęły przeciwakcję, alarmując [...] francuskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych [...]. Francuzi tak dalece poszli na rękę opozycji, że otoczyli gmach drukarni, gdzie odbywał się druk numeru „Monitora”, i skonfiskowali nakład.

Reklama
Reklama

Mimo to znaczna część egzemplarzy numeru bocznymi drogami „wyszła na ulice” i znalazła się w posiadaniu szeregu osób, które później zrobiły na tym kokosy, ponieważ – być może na polecenie nowo sformowanego rządu – egzemplarze numeru „Monitora” były wykupywane, i to za wielkie pieniądze”.

Źródło: Zero.pl
Tomasz Czapla
Tomasz CzaplaPublicysta, historyk, członek Stowarzyszenia Pamięci Generała Kazimierza Sosnkowskiego - autor zewnętrzny