Na horyzoncie nie widać, przynajmniej na razie, równie jednoznacznych oznak przygotowań Federacji Rosyjskiej do bezpośredniego ataku, jakie obserwowaliśmy przed inwazją na Ukrainę jesienią 2021 roku. Oczywiście nigdy nie należy całkowicie wykluczać takiego scenariusza. Każde państwo, w szczególności graniczące z przeciwnikiem, musi prowadzić działania rozpoznawcze i przygotowywać się na najbardziej niekorzystny rozwój wydarzeń.
Analizując jednak konkretny kontekst polityczny, należy uwzględnić funkcjonowanie Polski w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego oraz fakt, że zasadnicza część rosyjskiego potencjału wojskowego pozostaje zaangażowana w wojnę przeciwko Ukrainie.
Dlatego, prognozując, czy Rosja zamierza dokonać konwencjonalnego ataku na NATO, należy przede wszystkim rozpatrywać jej cele polityczne oraz narzędzia, które mogą służyć ich realizacji.
Sikorski o Rosji, NATO i Unii. „Lepiej mieć polisę ubezpieczeniową”
Nim jednak się na nie odpowie, trzeba pamiętać o podstawowej zasadzie: użycie przemocy w stosunkach między państwami służy realizacji określonych celów politycznych, a siły zbrojne są jednym z narzędzi służących ich osiągnięciu. Wojna nie jest bowiem celem samym w sobie, lecz środkiem, którego zastosowanie musi pozostawać w odpowiedniej relacji do oczekiwanych korzyści.
Dlatego, rozważając możliwość rosyjskiego ataku na Polskę lub inne z państw wschodniej flanki NATO, należy dziś postawić inne pytanie: czy Moskwa rzeczywiście musi sięgać po otwartą konfrontację z Sojuszem, skoro jej podstawowym celem pozostaje uzyskanie strategicznego rozstrzygnięcia wojny na Ukrainie?
Chcąc osiągnąć ten cel, Rosja nie może bez istotnych konsekwencji otworzyć kolejnego pełnoskalowego frontu. Z jej perspektywy znacznie bardziej racjonalne jest wykorzystanie narzędzi trudniejszych do jednoznacznego przypisania, bardziej wyrachowanych, a przede wszystkim mniej kosztownych niż bezpośredni atak na państwo NATO.
Przyjmując takie podejście, konieczne jest odwołanie się do głównego rosyjskiego wysiłku, czyli politycznego zwycięstwa Rosji w wojnie na Ukrainie. Rosja nie prowadzi wojny po to, aby zdobywać kolejne obszary terytorium. Sukces na polu bitwy ma znaczenie o tyle, o ile może zostać przełożony na rezultat polityczny, czyli doprowadzić do sytuacji, w której Kijów będzie zmuszony zaakceptować warunki podporządkowania Moskwie.
Z tej perspektywy presja wywierana na państwa NATO nie powinna być traktowana jako odrębny kierunek rosyjskiej strategii ani jako automatyczna zapowiedź bezpośredniej wojny z Sojuszem. Stanowi ona element tego samego wysiłku, którego centrum pozostaje Ukraina. Jeżeli jednym z głównych warunków utrzymania przez Ukrainę zdolności do dalszego prowadzenia wojny jest zachodnie finansowanie, dostawy uzbrojenia, zaplecze logistyczne oraz polityczna gotowość europejskich społeczeństw do ponoszenia kosztów wsparcia, to próba ograniczenia tych elementów staje się logiczną częścią rosyjskich działań.
Tusk ostrzega przed Rosją. Tak europejskie media oceniają zagrożenie dla NATO
Co się dzieje?
Odpowiedzi na to pytanie nie sposób znaleźć bez zdefiniowania kontekstu, w jakim znajduje się dziś wojna w Ukrainie. Od chwili rosyjskiej inwazji w 2022 roku Rosja systematycznie atakuje ukraińską infrastrukturę krytyczną. W ostatnich miesiącach działania te stały się nie tyle liczniejsze, ile skuteczniejsze. Wynika to między innymi z niedoborów ukraińskich zapasów pocisków przechwytujących, wykorzystywanych do zwalczania rosyjskich pocisków rakietowych oraz dronów odrzutowych. Układ kolejnych uderzeń wskazuje na dążenie do całościowego osłabienia gospodarczej i logistycznej zdolności państwa do prowadzenia wojny.
Mówiąc w skrócie: Rosjanie atakują magazyny, zakłady przemysłowe, infrastrukturę energetyczną, ukraińską kolej i inne środki transportu oraz przejścia graniczne, przez które do Ukrainy trafiają towary i pomoc wojskowa. Celem tych działań jest stopniowe osłabianie zdolności Ukrainy do dalszego prowadzenia wojny. W ten sposób Rosjanie chcą utrudnić jej finansowanie wysiłku wojennego, transport uzbrojenia, zaopatrzenie armii oraz funkcjonowanie całego państwa. Mówiąc najprościej, Rosjanie chcą odciąć Ukrainie tlen.
Jak NATO odpowie na atak Rosji? Wysoki rangą dowódca: „Sojusz jest gotowy”
W tym miejscu dochodzimy do znaczenia działań wymierzonych w państwa europejskie, które stanowią fundamentalne zaplecze ukraińskiego wysiłku wojennego.
Rosjanie nie muszą atakować państw NATO w taki sam sposób, w jaki atakują Ukrainę. Nie mogą sobie zresztą pozwolić na otwarcie kolejnego frontu. Mogą jednak wywierać presję na państwa europejskie za pomocą działań hybrydowych, które pozostają poniżej progu otwartej wojny. I nie jest to wyłącznie teoretyczne zagrożenie. Od 2022 roku państwa europejskie mierzą się z zakłóceniami sygnału GPS, które wpływają również na lotnictwo cywilne. Do tego dochodzą incydenty z dronami pojawiającymi się w pobliżu lotnisk, instalacji wojskowych i infrastruktury krytycznej, a także przypadki naruszania przestrzeni powietrznej.
Każdy taki incydent wymusza konkretną reakcję. Trzeba poderwać samoloty, czasowo zamknąć przestrzeń powietrzną, wstrzymać ruch na lotnisku, zwiększyć ochronę danego obiektu albo uruchomić działania odpowiednich służb. Właśnie na tym polega skuteczność tego rodzaju presji: nawet pojedyncze zdarzenie może zmusić państwo do zaangażowania ludzi, sprzętu i środków.
Mobilizacja, godzina policyjna na granicy i więcej Shahedów. Co szykuje Rosja?
Osobną kategorię stanowią rosyjskie uderzenia na cele po ukraińskiej stronie granicy w bezpośrednim sąsiedztwie terytorium NATO. Atakowane są obiekty logistyczne, porty oraz infrastruktura położona w rejonach graniczących z Polską i Rumunią. Formalnie nadal są to ataki na Ukrainę. Jednak prowadzenie ich tak blisko terytorium Sojuszu zwiększa ryzyko incydentu, a jednocześnie zmusza państwa NATO do monitorowania przestrzeni powietrznej, reagowania na potencjalne zagrożenia i utrzymywania podwyższonej gotowości.
Katalog takich działań jest bardzo szeroki. Wojna nie ogranicza się wyłącznie do czołgów przekraczających granicę. Liczy się przede wszystkim efekt. Każde kolejne zdarzenie wymusza działania ochronne. To z kolei oznacza konieczność podnoszenia gotowości oraz angażowania służb, wojska i systemów obrony.
Dlatego przy analizie rosyjskiej presji nie należy koncentrować się wyłącznie na pojedynczym zdarzeniu. Znacznie ważniejsze są powtarzalność określonych działań oraz kierunek, w którym zmuszają one państwa europejskie do reagowania.
W takim ujęciu presja na Europę jest przedłużeniem tej samej logiki, którą Rosja stosuje wobec Ukrainy, choć wykorzystuje do tego inne narzędzia.
Nie musi więc chodzić o przygotowanie jednego wielkiego uderzenia. Z rosyjskiej perspektywy bardziej użyteczne jest utrzymywanie Europy w stanie ciągłego zagrożenia. Państwa europejskie nie wiedzą, czy kolejny incydent jest pojedynczym działaniem, testem ich reakcji czy początkiem następnego etapu eskalacji. Mówiąc najprościej, Rosjanom chodzi o wywołanie poczucia ciągłego zagrożenia, które z czasem może osłabiać gotowość europejskich społeczeństw do dalszego wspierania Ukrainy.
Rosyjska „maskirowka”
Wywoływanie i podtrzymywanie strachu wśród europejskich państw NATO jest więc elementem celowego zacierania granicy między wojną a pokojem. Chodzi o tworzenie niepewności, testowanie reakcji przeciwnika i utrzymywanie go w ciągłym napięciu. W ten sposób Rosja zmusza państwa europejskie do ponoszenia kosztów związanych z reagowaniem na kolejne zagrożenia.
Nie jest to innowacyjne działanie. Taki sposób działania wpisuje się w tradycję rosyjskiej sztuki wojennej. Wiąże się z nim pojęcie „maskirowki”, wywodzące się z sowieckiej doktryny wojskowej XX wieku. Z grubsza pojęcie to obejmuje działania służące ukrywaniu własnych zamiarów, wprowadzaniu przeciwnika w błąd oraz kształtowaniu jego obrazu sytuacji w taki sposób, aby podejmował decyzje korzystne dla Rosji.
Zełenski: Rosja wysyła sygnały gotowości do rozszerzenia wojny
W obecnej sytuacji skuteczność takiego działania nie polega wyłącznie na ukrywaniu własnych zamiarów. Rosjanie wykorzystują niepewność i strach do tworzenia sytuacji, w której trudno ocenić, które sygnały należy traktować poważnie, a które są jedynie demonstracją, dezinformacją lub elementem rutynowej aktywności wojskowej. Z takim problemem mierzą się dziś państwa wschodniej flanki NATO.
Dobrym przykładem takiego działania jest Narwa w Estonii. Od początku roku europejskie media informowały o rzekomej aktywności grupy rosyjskich separatystów, którzy mieli dążyć do utworzenia „Narwskiej Republiki Ludowej”. Jednak, jak informowały estońskie służby, w rzeczywistości chodziło o zaledwie kilkuosobową grupę. Skala realnego zagrożenia była więc niewielka. Znacznie ważniejsze było samo stworzenie wrażenia, że problem rzeczywiście istnieje.
Podobnie można interpretować szeroko komentowane ograniczenia wprowadzone po rosyjskiej stronie granicy z Estonią. Zakaz nocnego przemieszczania się w części pasa przygranicznego, ograniczenia żeglugi oraz dostępu do broni miały sprawiać wrażenie przygotowywania terenu do operacji wojskowej. Interpretacje te studzili jednak sami Estończycy, zwracając uwagę, że podobne środki stosowano już wcześniej. Sam sygnał pozostaje więc niejednoznaczny. I właśnie ta niejednoznaczność zmusza państwa NATO do ciągłego analizowania sytuacji i utrzymywania podwyższonej gotowości.
Dron „dopłynął” na polską plażę. Prowokacja i możliwy test obrony przeciwlotniczej NATO
Ten sam mechanizm widać w ostatniej aktywności wojskowej na Białorusi. W ubiegłym tygodniu odbyły się tam ćwiczenia na kilku poligonach położonych niemal w strefie przygranicznej z Polską i Litwą. Oficjalnie scenariusz ćwiczeń zakładał osłonę granicy, zwalczanie grup dywersyjnych oraz przeciwdziałanie dronom. Choć Mińsk przedstawiał manewry jako działania o charakterze obronnym, istotniejsze znaczenie miało miejsce ich przeprowadzenia. Ćwiczenia odbywały się bowiem w najbardziej newralgicznym obszarze wschodniej flanki NATO, w pobliżu Przesmyku Suwalskiego.
Na potencjalne zagrożenie z terenów Białorusi nakłada się jeszcze wymiar logistyczny, który wydaje się szczególnie istotny. Pod koniec sierpnia na Kolei Białoruskiej odnotowano niedobór sprawnych platform kolejowych dostępnych dla przewozów cywilnych. Według Białoruskiego Stowarzyszenia Kolejarzy część taboru została skierowana do transportów wojskowych. To samo wskazuje również na stałą obecność przedstawicieli struktur wojskowych w centrum zarządzania transportem kolejowym.
Nie oznacza to jednak, że na Białorusi, w pobliżu naszej granicy, trwa obecnie koncentracja wojsk przy pomocy kolei. Jak dotąd nic na to nie wskazuje. Bardziej prawdopodobny wydaje się kierunek presji związany z Ukrainą. Jak podają media, w obwodzie homelskim, z którego w lutym 2022 roku rozpoczęło się rosyjskie natarcie na Kijów, powstaje infrastruktura umożliwiająca przyjmowanie składów liczących do 60 wagonów kolejowych. Również tutaj dostępne informacje nie wskazują na przerzut wojsk o skali porównywalnej z koncentracją, która poprzedzała rosyjską inwazję na Ukrainę w 2022 roku.
Nie można jednak zakładać, że brak widocznej koncentracji wojsk oznacza również brak przygotowań do takiego wariantu w przyszłości. Od miesięcy Ukraina zwraca uwagę na możliwość ponownego wykorzystania terytorium Białorusi do działań wojskowych.
Obecnie nie ma jednak oznak, że na Białorusi zgromadzono siły wystarczające do przeprowadzenia operacji lądowej. Sytuacja ta może się jednak zmienić wraz ze wzrostem rosyjskich możliwości mobilizacyjnych. Od miesięcy ukraińskie i zachodnie służby wywiadowcze wskazują, że Rosja przygotowuje wariant dodatkowej mobilizacji żołnierzy. Najpierw, po wyborach, miałoby zostać zmobilizowanych około 300 tysięcy osób, a kolejnych 300 tysięcy w następnym roku. W tym miejscu znaczenia nabiera modernizowana infrastruktura kolejowa na Białorusi.
Podpalenia, sabotaże, drony. Tak Rosja przygotowuje grunt pod większy kryzys w NATO
Na co powinniśmy być gotowi?
Sytuacja, w której się znajdujemy, oznacza, że bezpieczeństwo państwa funkcjonuje dziś w warunkach ciągłego napięcia i oczekiwania na kolejną możliwą eskalację ze strony Rosji. Problem polega jednak na tym, że eskalacja nie musi przybrać formy otwartego konfliktu zbrojnego.
W warunkach konfliktu hybrydowego, w którym dzisiaj uczestniczymy, samo pytanie „czy grozi nam wojna?” jest postawione niewłaściwie. Najpierw należałoby ustalić, gdzie dokładnie kończy się pokój, a zaczyna konflikt. Tymczasem w warunkach działań hybrydowych jednoznaczne wyznaczenie takiej granicy staje się niemożliwe. Podział między pokojem a konfliktem uległ całkowitemu rozmyciu.
Poznał ją na Tinderze. Romans oficera NATO postawił służby na baczność
To ciągłe zagrożenie działaniami hybrydowymi powoduje niepewność w państwach NATO. Niepewność ta oraz umiejętne zarządzanie naszym strachem stają się jednym z najważniejszych instrumentów rosyjskiej presji wobec europejskich państw Sojuszu. Rosja nie musi bowiem planować pełnoskalowej wojny z NATO, aby osiągać część swoich celów. Wystarczy, że będzie w stanie zwiększać w europejskich społeczeństwach przekonanie, że dalsze wspieranie Ukrainy wiąże się z coraz większym ryzykiem dla ich własnego bezpieczeństwa.
Dlatego w najbliższym czasie powinniśmy być przygotowani na dalsze działania hybrydowe, a nie na scenariusz nagłego pojawienia się rosyjskich czołgów na polskiej granicy. Będą to kolejne „incydenty” wtargnięć „zbłąkanych” dronów lub pocisków rakietowych. Należy liczyć się z kontynuacją aktów sabotażu i dywersji, w tym ataków na infrastrukturę energetyczną oraz ujęcia wody, a także z cyberatakami i kampaniami informacyjnymi podsycającymi nastroje antyukraińskie oraz zwiększającymi polaryzację społeczną przed przyszłorocznymi wyborami.
Kosiniak-Kamysz u Stanowskiego broni art. 5 NATO. I chwali Dudę
I właśnie w tym ostatnim obszarze znajduje się zasadnicze niebezpieczeństwo. Skuteczność rosyjskiej presji nie musi zależeć od przekonania Europejczyków, że Rosja jest zdolna wygrać pełnoskalową wojnę z NATO. Wystarczy, że część społeczeństw zacznie postrzegać dalsze wspieranie Ukrainy jako działanie zwiększające ryzyko przeniesienia wojny na ich własne terytorium. W takim scenariuszu strach przestaje być jedynie społeczną reakcją na zagrożenie. Staje się narzędziem strategicznym, które wpływa na postawy społeczne oraz decyzje podejmowane przez państwa wspierające Ukrainę.
Na takie właśnie warunki powinniśmy być przygotowani. Nie na jeden moment eskalacji, po którym wszystko stanie się jasne, lecz na długi okres funkcjonowania w warunkach strachu i niepewności.


