Reklama
Reklama
Reklama

Czego szukamy pod lodem Grenlandii? Kolejny tydzień przy wiertnicy na krańcu świata

TYLKO NA
grenlandia8-listing
Na Grenlandii drogą do stanowisk wiertniczych są woda, powietrze i doświadczenie ludzi poruszających się w surowym terenie (fot. Kanał Zero)

Stoimy teraz przy wiertnicy, w mrozie i śniegu, patrzymy na rdzeń i próbujemy zrozumieć, co znajduje się pod naszymi stopami. Wiele lat później materiał z takiego złoża może trafić do elektroniki, systemów energetycznych, technologii wodorowych czy urządzeń przemysłowych – rozwiązań, których dziś jeszcze nawet nie potrafimy sobie wyobrazić.

  • Kiedy patrzę na rdzeń wychodzący z otworu, coraz częściej myślę o drodze, która może zaczynać się właśnie tutaj. Nasz projekt dotyczy przede wszystkim złota, palladu i platyny, a program poszukiwawczy obejmuje również możliwość występowania metali krytycznych, takich jak wanad i gal.
  • Sezon wiertniczy kończy się wraz z pogarszającą się pogodą – ostatnie, najgłębsze stanowisko zostało uruchomione mimo spadających temperatur i zamykającego się okna czasowego.
  • O tym, jak wygląda moja praca i codzienność na Grenlandii, piszę w dzienniku z ekspedycji na Zero.pl oraz w mediach społecznościowych: na Instagramie i TikToku.

Przenosiny na nowe stanowisko

13 września. Kolejny dzień rozpoczął się na lodołamaczu. Po śniadaniu zeszliśmy na ponton, który przewiózł nas do miejsca, w którym czekał już helikopter. Tutaj ten schemat jest już niemal codziennością: lodołamacz, ponton, lot nad lodowcem i wreszcie stanowisko, do którego w normalnym świecie nie prowadzi żadna droga. Na Grenlandii drogą są woda, powietrze i doświadczenie ludzi, którzy potrafią poruszać się w tak surowym terenie.

Najważniejszym zadaniem było dziś przeniesienie wiertnicy na nowe stanowisko. Sama maszyna wygląda na ciężką i nieporęczną, ale w projekcie takim jak ten staje się częścią ekspedycyjnej układanki. Każdy element trzeba odpowiednio przygotować, zabezpieczyć i przetransportować. Helikopter zabierał kolejne podzespoły, a my dbaliśmy o to, by na miejscu docelowym wszystko mogło zostać ponownie złożone i uruchomione.

 

Wiertnica ustawiona na lodowcu (fot. Piotr Kornacki/Kanał Zero)

Kiedy sprzęt był już ustawiony, przystąpiliśmy do osadzania rur osłonowych. To etap, który dla obserwatora z zewnątrz może wydawać się mało efektowny, ale ma kluczowe znaczenie. Rury osłonowe stabilizują otwór i zabezpieczają jego ściany, zanim zaczniemy właściwe pobieranie rdzenia. W warunkach lodowca, przy zmiennej temperaturze i ograniczonym dostępie do wody, dobre przygotowanie otworu jest fundamentem dalszej pracy.

Reklama
Reklama

Po zakończeniu zadań wróciliśmy najpierw helikopterem, a następnie pontonem na lodołamacz. Patrzyłem z oddali na miejsce, w którym jeszcze chwilę wcześniej pracowaliśmy. Wiertnica została na nowym stanowisku. My wracaliśmy na statek z poczuciem, że kolejny fragment planu został wykonany.

Pomiędzy zorzą a śnieżycą. Tydzień przy wiertnicy na arktycznym pustkowiu

Jeszcze zostajemy

14 września. Poranek znów wyglądał podobnie: lodołamacz, ponton, helikopter i droga na lodowiec. Z każdym kolejnym dniem ten rytuał stawał się coraz bardziej naturalny, choć przecież nadal byliśmy w miejscu, które dla większości ludzi pozostaje niemal nierzeczywiste. Wokół lód, skały i góry, a nad wszystkim pogoda, która potrafi zmienić plan szybciej, niż zdążymy go wypowiedzieć.

Tego dnia zakończyliśmy etap osadzania rur osłonowych. Dla mnie był to również początek kolejnego obowiązku. Następnego dnia miałem zmienić wiertnicę, a ktoś inny miał przejąć moje stanowisko. Taka mała roszada: jedna z maszyn skończyła już pracę, więc musieliśmy się na nowo podzielić zadaniami. Ja przejmowałem obowiązki innych, a ktoś inny moje, ponieważ dwóch kolegów – wiertacz z Kanady i wiertacz z Australii – kończyło swoją pracę i wracało do domu.

Ponton to na Grenlandii jeden z niewielu sposobów, by w ogóle dotrzeć do lądu (fot. Piotr Kornacki/Kanał Zero)

Można powiedzieć, że byli szczęściarzami. Za chwilę mieli wrócić do świata ciepłej wody, normalnego prysznica, wygodnego łóżka, sklepów, restauracji i wszystkich drobiazgów, których na co dzień nawet nie zauważamy. Wracali do cywilizacji, do luksusów życia w XXI wieku. Jak śmiesznie brzmi „normalne życie", kiedy od tygodni mieszkamy na lodołamaczu, podróżujemy pontonem i helikopterem, a rytm pracy wyznaczają temperatura, wiatr, widoczność i stan lodowca.

Reklama
Reklama

Bo życie pracowników takiego projektu ani trochę nie przypomina normalnej egzystencji. Nie ma tu luksusów. Nie ma spontanicznego wyjścia do sklepu czy kawiarni. Nie ma własnego mieszkania i poczucia, że wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Jest za to coś innego – świadomość, że robi się coś ważnego. Ważnego dla nas samych, bo uczymy się, sprawdzamy własne granice i zdobywamy doświadczenie, którego nie da się zdobyć za biurkiem. Ale także ważnego dla przyszłych pokoleń.

Kiedy patrzę na rdzeń wychodzący z otworu, coraz częściej myślę o drodze, która może zaczynać się właśnie tutaj. Nasz projekt dotyczy przede wszystkim złota, palladu i platyny, a program poszukiwawczy obejmuje również możliwość występowania metali krytycznych, takich jak wanad i gal. Nie oznacza to oczywiście, że każdy z tych metali zostanie tutaj ekonomicznie odzyskany. Najpierw trzeba potwierdzić ich występowanie, koncentrację, ciągłość i możliwość odpowiedzialnego przetwarzania. Ale właśnie po to jesteśmy tutaj – żeby zdobyć dane, które pozwolą odpowiedzieć na te pytania.

I wtedy człowiek zaczyna patrzeć na tę pracę trochę inaczej. Złoto kojarzy się z biżuterią, ale jest również używane w elektronice, precyzyjnych stykach i urządzeniach, w których liczy się przewodność oraz odporność na korozję. Pallad i platyna znajdują zastosowanie między innymi w katalizatorach, przemyśle chemicznym i elektronice. Platyna ma także znaczenie dla technologii wodorowych, między innymi w części elektrolizerów i ogniw paliwowych. To oznacza, że surowiec znaleziony w skale może po wielu kolejnych etapach trafić do technologii, które pomagają ograniczać emisje, produkować energię albo budować urządzenia pracujące w trudnych warunkach.

Reklama
Reklama

Odebrali sygnał radiowy spoza Układu Słonecznego. Pochodzi z egzoplanety

 

Wanad jest interesujący również z punktu widzenia magazynowania energii. Jego związki mogą być wykorzystywane w bateriach przepływowych, które są projektowane do przechowywania energii w dużych instalacjach. Takie rozwiązania mogą w przyszłości pomagać stabilizować sieci energetyczne i lepiej wykorzystywać energię z farm wiatrowych i słonecznych. Gal z kolei ma znaczenie dla nowoczesnej elektroniki – jego związki są wykorzystywane w półprzewodnikach, diodach LED, telekomunikacji i energoelektronice. Azotek galu pozwala budować mniejsze i wydajniejsze układy zasilania, a technologie na nim oparte znajdują zastosowanie między innymi w szybkiej elektronice i systemach wysokiej częstotliwości.

Od kawałka skały do technologii przyszłości prowadzi jednak długa droga. Najpierw jest geologia i rozpoznanie złoża. Potem analizy laboratoryjne, badania geofizyczne, modelowanie geologiczne, ocena zasobów, metalurgia, testy technologiczne, infrastruktura, transport i przemysł. Samo znalezienie minerału nie oznacza jeszcze powstania kopalni ani produktu. Każdy etap musi potwierdzić, że projekt jest technicznie, ekonomicznie i środowiskowo możliwy do realizacji. My jesteśmy jednym z pierwszych ogniw tego łańcucha.

Reklama
Reklama

Paraliż lotnisk, odwołane wydarzenia. Nor’easter uderzy w USA

Dlatego każdy metr rdzenia ma znaczenie. Rdzeń nie jest tylko kawałkiem skały. Jest zapisem historii geologicznej i materiałem, na podstawie którego można określić skład, strukturę, mineralizację i zmienność skał. To właśnie z takich danych powstaje później obraz tego, co znajduje się pod powierzchnią. Wiertacz widzi kilka metrów rdzenia, geolog widzi kolejną część modelu, a cały projekt próbuje z pojedynczych fragmentów zbudować możliwie dokładny obraz systemu geologicznego.

Być może kiedyś ktoś będzie korzystał z urządzenia wykonanego z metalu pochodzącego z miejsca takiego jak Skaergaard i nawet nie będzie wiedział, że jego historia zaczęła się od rdzenia wyciągniętego przez wiertnicę na grenlandzkim lodowcu. My wiemy. I właśnie ta świadomość pomaga wytrzymać kolejne dni, kiedy inni już wracają do domu.

My musimy jeszcze poczekać. Przetrwać jeszcze kilka dni zmagań z mrozem, śniegiem, wodą i zmęczeniem. Nasi koledzy wracają wcześniej, a my zostajemy i walczymy do końca. Nie poddajemy się. Niestraszny nam mróz ani śnieg. W końcu i na nas przyjdzie czas, żeby wrócić do normalnego życia. I wtedy chyba jeszcze bardziej docenimy wszystko to, co na co dzień wydaje się oczywiste.

Reklama
Reklama

Nie uścisnąłem dłoni papieża. Zobaczyłem za to Francję, której nie widać w telewizji

Woda zaczyna stawiać opór

15 września. Kolejny poranek rozpoczęliśmy od przeprawy pontonem, a następnie lotu helikopterem na stanowisko wiertnicze. Temperatura spadła poniżej zera i bardzo szybko przypomnieliśmy sobie, że woda jest jednym z najważniejszych elementów całej operacji.

Wiercenie wymaga płuczki, czyli wody lub odpowiednio przygotowanego płynu, który chłodzi koronkę diamentową, wynosi zwierciny i pomaga utrzymać właściwe warunki w otworze. Na Grenlandii woda nie jest jednak czymś oczywistym. Kiedy temperatura spada, węże, przewody, pompy i zbiorniki trzeba cały czas kontrolować, bo woda bardzo szybko może zamienić się w lód. Problem, który w innych miejscach byłby tylko drobną niedogodnością, tutaj może zatrzymać całą pracę.

Helikopter na lodowcu – codzienny środek transportu między lodołamaczem a stanowiskiem wiertniczym (fot. Piotr Kornacki/Kanał Zero)

Pracowaliśmy mimo trudności. Każda przerwa wymagała myślenia o tym, co dzieje się z wodą i instalacją. W takich warunkach wiercenie nie polega wyłącznie na zagłębianiu narzędzia w skałę. To ciągła walka o utrzymanie całego systemu przy życiu.

Po zakończeniu pracy wróciliśmy helikopterem, a następnie pontonem na lodołamacz. Zmęczenie było coraz bardziej odczuwalne, ale rosła też satysfakcja. Każdy kolejny metr zdobyty w takich warunkach miał swoją cenę.

Mgła odbiera drogę

16 września. Dzień rozpoczął się podobnie: ponton, helikopter i droga na stanowisko wiertnicze. Temperatura nadal była ujemna, a problem z wodą nie zniknął. Płuczka mogła zamarzać w przewodach, więc cały czas trzeba było obserwować sprzęt i reagować, zanim kłopot przerodzi się w awarię.

Reklama
Reklama

Pracowaliśmy mimo trudności. Na lodowcu nie ma miejsca na pośpiech. Kiedy coś zaczyna się zmieniać, trzeba to zauważyć i odpowiednio wcześnie zadziałać.

Kiedy przyszła pora powrotu, mgła była już tak gęsta, że lot helikopterem okazał się niemożliwy. Widoczność spadła do poziomu, przy którym jakikolwiek transport powietrzny byłby niebezpieczny. Ruszyliśmy więc pieszo przez lodowiec. Zamiast szybkiego lotu mieliśmy przed sobą białą przestrzeń niemal bez punktów odniesienia. Każdy krok wymagał uwagi.

Gdy mgła robi się zbyt gęsta na lot helikopterem, jedynym sposobem dotarcia na miejsce zostaje przeprawa lądem (fot. Piotr Kornacki/Kanał Zero)

Mgła potrafi odebrać człowiekowi poczucie odległości i kierunku. Kiedy dotarliśmy do miejsca, z którego mogliśmy przeprawić się pontonem, poczułem ulgę. Zimna woda i wilgotne powietrze nie przeszkadzały już tak bardzo. Lodołamacz, który jeszcze chwilę wcześniej był po prostu naszym miejscem zakwaterowania, znów wyglądał jak najbezpieczniejszy dom na świecie.

Ostatnie stanowisko w tym sezonie

17 września był dniem, na który czekaliśmy od dawna. Zakończyliśmy drążenie otworu, a następnie wykonaliśmy badania geofizyczne.

Po badaniach rozpoczął się transport wiertnicy na ostatnie stanowisko przewidziane w tym sezonie. Ostatnie, a zarazem najgłębsze. To słowo miało dziś zupełnie inny ciężar. Wiedzieliśmy, że na więcej nie pozwoli już pogoda. Temperatura spada, warunki robią się coraz trudniejsze, a okno czasowe na bezpieczną pracę zamyka się nieubłaganie.

Reklama
Reklama

Zmiana trendu w Arktyce. W 2010 r. stało się coś nieoczekiwanego

Kiedy wróciliśmy na lodołamacz, zauważyliśmy coś nowego – rozłożony namiot. Później okazało się, że to mobilna sauna. Pomysł jest świetny: z jednej strony gorące powietrze, z drugiej lodowata woda i grenlandzka zima. Nie byłem jeszcze na tyle odważny, żeby z niej skorzystać. Zwyczajnie nie chciałem się rozchorować przed końcem pracy. Ale kiedy zakończymy wiercenia, kto wie… Może spróbuję. Może nawet wskoczę do tej lodowatej wody. Zobaczymy. Nie mówię „nie”. Nie mówię „tak”.

Mobilna sauna rozstawiona na pokładzie lodołamacza – gorące powietrze z jednej strony, lodowata woda Grenlandii z drugiej (fot. Piotr Kornacki/Kanał Zero)

Ten dzień miał w sobie coś symbolicznego. Zakończyliśmy otwór, wykonaliśmy badania, przenieśliśmy sprzęt na ostatnie stanowisko i po raz kolejny zobaczyliśmy, jak szybko kończy się sezon. Jeszcze niedawno przyjeżdżaliśmy tutaj z planami na wiele tygodni pracy. Teraz każdy kolejny dzień przybliża nas do końca wyprawy. Wciąż jednak jesteśmy tutaj, wciąż pracujemy i wciąż robimy to, po co przyjechaliśmy – szukamy odpowiedzi ukrytych głęboko pod lodem i skałą.

Dobry rdzeń na koniec dnia

18 września. Rano ponownie ponton, potem helikopter i droga na stanowisko. Temperatura nadal była ujemna, więc problem z wodą nie odpuszczał. Przy każdym etapie trzeba było pilnować przewodów, pomp i przepływu, bo nawet niewielkie oblodzenie mogło utrudnić dalsze wiercenie.

Reklama
Reklama

Mimo zimna pracowaliśmy dalej. Udało się zakończyć osadzanie rur osłonowych i przejść przez kolejny wymagający etap przygotowania otworu. Tutaj każdy metr wymaga koncentracji, a każdy problem z wodą przypomina, że na Grenlandii technika musi cały czas współpracować z naturą.

Otwór wiertniczy w lodzie – to z takich miejsc wydobywa się rdzeń będący zapisem historii geologicznej (fot. Piotr Kornacki/Kanał Zero)

Pod koniec dnia wydarzyło się jednak coś, co poprawiło nam wszystkim humor. Z otworu wyszedł idealny, około trzymetrowy rdzeń. Równy, dobrze zachowany, dokładnie taki, jaki chce zobaczyć wiertacz po całym dniu walki ze sprzętem, wodą i temperaturą. Stanąłem przy nim i pomyślałem, że ten otwór zapowiada się naprawdę nieźle.

Taki moment daje energię. Bo kiedy przez wiele godzin walczysz z warunkami, a na końcu wyciągasz z głębi ziemi piękny, trzymetrowy fragment skały, nagle całe zmęczenie schodzi na dalszy plan. To właśnie dla takich chwil jesteśmy tutaj. Jutro znowu będzie ponton, helikopter, wiertnica, woda, mróz i kolejne metry. Ale dzisiaj możemy spojrzeć na ten rdzeń i powiedzieć sobie: było warto.

Fałszywe nagrania zalewają internet. Oszuści podszywają się pod polską telewizję

Reklama
Reklama

Dzień walki z wodą i deszczem

19 września był jednym z cięższych dni tej części kampanii. Od samego początku zmiany mieliśmy problemy z wodą, a każdy kolejny etap wiercenia wymagał dodatkowej uwagi i cierpliwości. W takich warunkach nawet pozornie prosta czynność potrafi zamienić się w długą walkę ze sprzętem i przeciwnościami losu.

Dwa razy musieliśmy wyciągać i ponownie zapuszczać rury. Za każdym razem oznaczało to dodatkową pracę, stratę czasu i konieczność ponownego przygotowania układu. Do tego wymieniliśmy koronkę, żeby móc kontynuować działania i odzyskać właściwe parametry pracy.

Mimo tych problemów nie odpuściliśmy. Udało się wywiercić kolejne metry, choć tempo było zdecydowanie niższe niż w idealnych warunkach. Tutaj liczył się nie tylko wynik metrażowy, ale przede wszystkim utrzymanie całego systemu wiercenia w ruchu.

 

Przez cały dzień padał deszcz. Woda była wszędzie – na sprzęcie, ubraniach i stanowisku pracy. Ulewa w połączeniu z chłodem jeszcze bardziej utrudniała zadanie i zwiększała zmęczenie. Każda czynność wymagała więcej wysiłku, a mimo to cały zespół konsekwentnie wykonywał swoje obowiązki.

To właśnie takie dni najlepiej pokazują, czym naprawdę jest wiercenie ekspedycyjne. Nie zawsze są idealne warunki, piękny rdzeń i spokojna praca. Czasami trzeba dwa razy wyciągać rury, wymieniać koronkę, walczyć z wodą i pracować w deszczu, żeby na koniec dnia zdobyć choć kilka kolejnych metrów.

Reklama
Reklama

19 września nie był łatwym dniem, ale był kolejnym dniem wykonanej pracy. Na Grenlandii każdy metr ma swoją historię, a ten został zdobyty dzięki cierpliwości, doświadczeniu i determinacji całego zespołu.

Źródło: Zero.pl
Piotr Kornacki
Piotr KornackiGeolog z wykształcenia, wiertacz z zawodu i podróżnik z charakteru. Największą radość sprawia mu odkrywanie nieznanego – zarówno tego ukrytego głęboko pod ziemią, jak i tego, co można znaleźć na powierzchni. Prowadzi profil na Instagramie i TikToku. We współpracy z Nordisk Fundering bierze udział w projekcie Greenland Mines, który zakłada wykonanie na Grenlandii odwiertów rdzeniowych o łącznej długości blisko 7500 m - autor zewnętrzny
Reklama
Reklama