Reklama
Reklama
Reklama

Sto metrów pod lodem. Czego naprawdę szukają geolodzy na krańcu świata?

TYLKO NA
grenlandia5-listing
Ponad sto metrów lodu już przewiercone, a poszukiwana skała wciąż czeka głębiej. (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)

Od rana trafiały na powierzchnię świetnie zachowane rdzenie. Jeden z nich miał prawie trzy metry i był praktycznie nienaruszony. Według naszych szacunków taki odcinek może zawierać ok. 22 mg złota. Wiertnica wykonuje swoją mechaniczną robotę, ale kiedy rdzeń trafia do skrzynki, zaczyna się druga część historii. Geolog patrzy na niego jak na zapis wydarzeń sprzed milionów lat.

  • Praca przy odwiertach na Grenlandii naprawdę nie jest lekka. Wymaga odporności, cierpliwości, działania w trudnych warunkach i wielu wyrzeczeń. Ale właśnie dlatego daje satysfakcję. Myślę, że kiedyś będę wspominał tę wyprawę jako jedno z ważniejszych doświadczeń mojego życia.
  • W kolejnym tygodniu naszego projektu dowiedzieliśmy się, że jedna z osób z zespołu zrezygnowała. Nie każdy wytrzymuje trudne warunki i rozłąkę z rodziną, przyjaciółmi i krajem.
  • O tym, jak wygląda moja praca i codzienność na Grenlandii, piszę w dzienniku z ekspedycji na Zero.pl oraz w mediach społecznościowych: na Instagramie i TikToku.

Zaczyna się rdzeniowanie

23 sierpnia. Od rana zajmowaliśmy się rurami osłonowymi. Ten etap udało się zakończyć, a stanowisko było gotowe do rozpoczęcia właściwego wiercenia rdzeniowego. Nocna zmiana miała przygotować rury wiertnicze, wymienić zużyte reamingi (poszerzacze) i założyć nową koronkę.

To właśnie od tego momentu zaczynała się część pracy, na którą najbardziej czekaliśmy. Wiercenie rdzeniowe nie polega na rozkruszeniu całej skały. Koronka wycina w niej pierścieniowy kanał, a pozostający w środku walec skały trafia do rdzeniówki. W systemie wireline nie trzeba za każdym razem wyciągać całego przewodu. Specjalny chwytak, overshot, opuszczany na linie, zabiera na powierzchnię wewnętrzną rdzeniówkę z odzyskanym rdzeniem.

Platforma wiertnicza w trakcie budowy (po lewej) i już w pełni wyposażona (po prawej), gotowa do wiercenia rdzeniowego. (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)

Dzięki temu kolejne metry można wydobywać znacznie sprawniej. Dla nas każdy taki rdzeń jest czymś więcej niż tylko kawałkiem skały. To zapis tego, co znajduje się pod lodem – struktur, spękań, minerałów i zmian, których z powierzchni nie można zobaczyć.

Reklama
Reklama

Może Cię zainteresować: Antarktyda nagle zaczęła przybierać na masie. Naukowcy odkryli, co się wydarzyło

Nasz otwór znajduje się przed lodołamaczem, do brzegu mamy stosunkowo blisko, więc nie musimy za każdym razem pokonywać długiej drogi po lodowcu. Dopływamy pontonem, a dopiero później ruszamy do pracy. Dzisiaj jest niedziela, więc wieczorem czeka nas jeszcze mały bonus – po kolacji będzie deser. W takim miejscu nawet zwykły deser potrafi smakować wyjątkowo.

Pierwsze metry

24 sierpnia. Dzisiaj wszystko poszło sprawnie. Przypłynęliśmy pontonem, rozpoczęliśmy wiercenie i dzień minął nam bardzo szybko. Po pracy wróciliśmy również pontonem na lodołamacz.

Niebo było bezchmurne, świeciło słońce, a spokojna woda odbijała światło. W takich chwilach człowiek może na moment zapomnieć, że znajduje się na jednym z najbardziej wymagających stanowisk pracy, jakie można sobie wyobrazić. Wokół góry, lód i woda, a pomiędzy nimi nasza mała platforma wiertnicza.

Czytaj także: Wynaleziono lek na jeden z najgroźniejszych nowotworów. „Przełomowa terapia”

Najbardziej niezwykłe jest to, że ten krajobraz nie jest tylko pięknym tłem. Pod lodem znajduje się skała, którą próbujemy odczytać metr po metrze. Właśnie dlatego każdy udany przebieg rdzeniówki ma tutaj znaczenie.

Wokół góry, lód i woda. Łatwo zapomnieć, jak wymagającą pracę się tutaj wykonuje. (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)

75 stopni i kierunek w skałę

25 sierpnia. Rano mieliśmy ważne spotkanie. Szefowie podziękowali nam za ciężką pracę, za wychodzenie na lodowiec mimo kapryśnej pogody oraz za to, że jako zespół nieustannie dążymy do celu. Takie słowa po wielu dniach pracy naprawdę dają energię.

Reklama
Reklama

Później pontonem popłynęliśmy na ląd i wróciliśmy do wiercenia. Odwiedzili nas geolodzy, żeby sprawdzić ustawienie wiertnicy i kierunek otworu. Wiercimy go pod kątem 75 st., a jego azymut wynosi 55 st.

Sprawdź również: Jak naprawdę pływają ryby w ławicy? Nowe odkrycie zaprzecza wcześniejszym teoriom

Najprościej mówiąc: kąt 75 st. określa, jak bardzo otwór odchyla się od pionu. Gdyby było 90 st., wiercilibyśmy pionowo w dół. Przy 75 st. otwór schodzi w skałę pod lekkim nachyleniem. Azymut wskazuje natomiast, w którą stronę świata ten otwór jest skierowany – trochę jak wskazanie kierunku marszu na kompasie.

To bardzo ważne, bo geolog nie chce dostać przypadkowego kawałka skały. Chce wiedzieć dokładnie, w którym miejscu i w jakim kierunku pozyskano każdy metr rdzenia. Dopiero wtedy można prawidłowo odtworzyć budowę skał pod powierzchnią.

Dzień był słoneczny i przyjemny. Zakończył się spokojnie, ale gdzieś pod nami nadal czekała odpowiedź na pytania, z którymi tutaj przyjechaliśmy.

Trzy metry, z których można być dumnym

26 sierpnia. Od rana trafiały na powierzchnię świetnie zachowane rdzenie. Jeden z nich miał prawie trzy metry i był praktycznie nienaruszony. To moment, kiedy naprawdę można docenić dobrą pracę wiertacza. Przy trudnej, miejscami spękanej skale taki odzysk nie jest oczywistością.

Reklama
Reklama

Zrobiliśmy sobie zdjęcie z tym trzymetrowym rdzeniem, bo było się czym pochwalić. W takiej chwili człowiek patrzy na zwykły walec skały trochę inaczej. Dla kogoś z zewnątrz to tylko kamień. Dla nas to trzy metry informacji wydobytej spod lodowca.

Sprawdź również: Złoto, pallad i platyna. Życie i praca na złożu wartym miliardy dolarów

Według naszych szacunków taki odcinek może zawierać ok. 22 mg złota. To oczywiście wartość orientacyjna, a nie laboratoryjne oznaczenie konkretnego rdzenia. Podczas układania próbek często widzimy też drobne, żółtawe minerały, ale ich wygląd sam w sobie nie pozwala stwierdzić, że jest to złoto. Ostateczne potwierdzenie wymaga badań laboratoryjnych.

Mimo że później skała ponownie stała się bardziej spękana, bilans dnia był bardzo dobry. Znowu usłyszeliśmy pochwały za wykonaną pracę. Pogoda dopisała, było słonecznie, a dzień minął w dobrym nastroju.

Oliwin i prawdopodobny diopsyd

27 sierpnia. Nocna zmiana kończyła wiercenie i miała pomóc w badaniach geofizycznych. My skupiliśmy się przede wszystkim na mineralogii rdzeni. Trzy metry wychodziły jeden za drugim, a w skale pojawiały się skupiska oliwinów i piroksenów.

Polecamy także: Rekordowy baby boom kakapo. 90 piskląt uratuje najcięższą papugę świata

Reklama
Reklama

Oliwin to jeden z ważnych minerałów skał magmowych bogatych w magnez i żelazo. Pirokseny również należą do głównych minerałów budujących wiele skał magmowych. W naszym przypadku ich obecność dobrze pasuje do gabra, skały, w której wiercimy.

Helikopter transportuje sprzęt nad wodami fiordu, w tle lodołamacz wspierający ekspedycję. (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)

Piroksen, który obserwujemy, jest prawdopodobnie minerałem zwanym diopsydem. Słowo „prawdopodobnie” jest tutaj ważne: dokładne oznaczenie minerału wymaga odpowiednich badań, a sam wygląd rdzenia nie zawsze wystarcza.

Ciekawostką jest to, że minerały te nie pojawiły się w skale przypadkiem. Ich wzajemne relacje są częścią historii krystalizacji magmy. Kiedy dawna magma stygnęła bardzo powoli w głębi skorupy, kolejne minerały krystalizowały w określonych warunkach. Dzisiaj my oglądamy efekt tego procesu w rdzeniu.

To właśnie lubię w tej pracy. Wiertnica wykonuje swoją mechaniczną robotę, ale kiedy rdzeń trafia do skrzynki, zaczyna się druga część historii. Geolog patrzy na niego jak na zapis wydarzeń sprzed milionów lat.

Wiertnica w częściach, helikopter nad lodowcem

28 sierpnia. Rano przypłynął statek z zaopatrzeniem. Był sprzęt potrzebny do wiercenia, ale również żywność i wszystko to, co przez ostatnie dni zdążyliśmy wykorzystać. W takich warunkach logistyka jest równie ważna jak samo wiercenie. Jeśli czegoś zabraknie, nie można po prostu pojechać do najbliższego sklepu.

Reklama
Reklama

Później popłynęliśmy na miejsce, gdzie kończone były badania geofizyczne. Po ich zakończeniu zaczęliśmy rozkładać wiertnicę na części, żeby przygotować ją do transportu. Helikopter przez cały dzień przenosił sprzęt, a później również nas, abyśmy mogli złożyć wiertnicę w nowym miejscu.

Statek zaopatrzeniowy Sighvatur Bjarnason cumuje przy lodołamaczu, dostarczając sprzęt i żywność dla ekipy. (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)

Pogoda była piękna. Patrząc z lodowca w dół, widzieliśmy wodę, góry, lód i drobne kawałki gór lodowych unoszące się na powierzchni. To jeden z tych widoków, przy których człowiek naprawdę zatrzymuje się na chwilę. W pracy łatwo skupić się wyłącznie na zadaniu, ale czasami wystarczy podnieść głowę, żeby przypomnieć sobie, gdzie jesteśmy.

Po powrocie czekało na nas jedzenie – tego dnia były żeberka w sosie BBQ. Każdy dostał też zgrzewkę napojów. Niby drobiazg, ale po ciężkiej pracy takie gesty mają znaczenie. Już wyobrażam sobie moment, kiedy będziemy pili ten napój na lodowcu, patrząc w dół na całą tę przestrzeń.

Polecamy również: Przełomowe odkrycie na Dolnym Śląsku. Kolejna tajemnica historii zamku Książ ujawniona

Dowiedzieliśmy się też, że jedna z osób zrezygnowała. Ta praca naprawdę nie jest lekka. Wymaga odporności, cierpliwości, pracy w trudnych warunkach i wielu wyrzeczeń. Ale właśnie dlatego daje satysfakcję. Myślę, że kiedyś, wiele lat od dzisiaj, będę wspominał tę wyprawę jako jedno z ważniejszych doświadczeń mojego życia.

Reklama
Reklama

Sto metrów lodu

29 sierpnia. Rano znowu ponton, helikopter i stanowisko pracy. Dzisiaj wierciliśmy rury osłonowe w lodowcu. Mamy już ponad 100 metrów, a może się okazać, że w tym miejscu czeka nas jeszcze podobna długość lodu.

Kiedy patrzy się na powierzchnię Forbindelsesgletscher, trudno wyobrazić sobie, że pod nogami może znajdować się ponad 200 metrów lodu. Sto metrów samo w sobie brzmi abstrakcyjnie. Dopiero przy pracy człowiek zaczyna rozumieć tę skalę – każdy metr trzeba przewiercić, kontrolować i zabezpieczyć.

Helikopter na powierzchni lodowca we mgle, przez którą przebija się słońce. (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)

Forbindelsesgletscher jest częścią niezwykłego krajobrazu Skaergaard. Lodowiec leży wśród wysokich, surowych gór, a jego historia jest związana z wieloletnią eksploracją tego obszaru. Skaergaard należy do najsłynniejszych miejsc geologicznych świata i od dziesięcioleci jest ważnym obiektem badań nad skałami magmowymi i procesami krystalizacji magmy. Już w latach 30. XX wieku geolog Lawrence Wager prowadził tutaj przełomowe badania, a później w rejonie wykonywano również wiercenia naukowe.

Najciekawsze jest to, że my dzisiaj kontynuujemy tę tradycję w zupełnie innych warunkach i z nowoczesnym sprzętem. Dawni badacze przemierzali ten teren z dużo prostszym wyposażeniem, a dziś możemy transportować wiertnice helikopterami i odzyskiwać rdzeń metodą wireline.

Reklama
Reklama

Lodowiec z daleka wygląda jak nieruchoma pustynia z białego lodu. W rzeczywistości lód powoli płynie pod wpływem grawitacji. To ogromna masa, która przez długi czas kształtuje teren. Góry, lód, woda i skała tworzą tutaj jeden wielki system, a my jesteśmy tylko małym elementem tej przestrzeni.

Najbardziej fascynuje mnie jednak myśl, co znajduje się pod tym wszystkim. Ponad sto metrów lodu to dopiero początek. Jeszcze nie widzimy skały, którą chcemy badać. Wiertnica będzie musiała pracować dalej, metr po metrze.

I chyba właśnie na tym polega ta wyprawa. Nie na jednym spektakularnym momencie, ale na setkach małych kroków: ponton, helikopter, przygotowanie sprzętu, kolejny metr, kolejny rdzeń. A potem następny dzień. Tutaj każdy metr ma znaczenie.

Źródło: Zero.pl
Piotr Kornacki
Piotr Kornackiautor zewnętrzny
Reklama
Reklama