Reklama
Reklama
Reklama

Człowiek za burtą, koniec lata i fałszywy alarm. Kolejny tydzień na Grenlandii

TYLKO NA
grenlandia6-listing
Szósty odcinek dziennika z ekspedycji na Grenlandię – tydzień pełen zwrotów pogodowych i jedno naprawdę niebezpieczne zdarzenie na wodzie. (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)

Kiedy patrzę na ten tydzień, najbardziej uderza mnie jego zmienność. Jednego dnia słońce i quady na lodowcu, chwilę później gęsta mgła i śnieg. Jednego dnia idealne trzy metry rdzenia, drugiego – spękana skała. Była też chwila naprawdę poważna, kiedy sternik pontonu wpadł do lodowatej wody, a później zupełnie inny rodzaj napięcia podczas alarmu pożarowego.

  • Zamarzająca woda i wszechobecny szron przypominają, że to surowa natura Grenlandii ostatecznie dyktuje warunki i ramy czasowe prowadzonych odwiertów. Chwila grozy ze sternikiem, który wpadł do lodowatej wody, udowadnia, że na lodowcu żaden etap pracy nie pozwala na utratę czujności.
  • Z wnętrza ziemi płyną kolejne metry rdzeni skalnych, ale czy rzeczywiście kryją w sobie złoto, ostatecznie potwierdzą dopiero laboratoryjne analizy.
  • O tym, jak wygląda moja praca i codzienność na Grenlandii, piszę w dzienniku z ekspedycji na Zero.pl oraz w mediach społecznościowych: na Instagramie i TikToku.

Koniec lata

30 sierpnia. Poranek przywitał nas chłodem, który coraz wyraźniej przypominał, że grenlandzkie lato zbliża się do końca. Podczas przeprawy pontonem na brzeg na tafli wody pojawiały się pierwsze warstewki lodu. Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że helikopter jest oszroniony. Trzeba było odszronić szyby, niemal tak jak zimą samochód przed wyjazdem. Niby zwykła czynność, ale tutaj stała się dla nas ważnym sygnałem: temperatura zaczyna odgrywać coraz większe znaczenie.

Do wiercenia potrzebujemy wody, ponieważ płuczka wiertnicza pomaga chłodzić narzędzie, wynosić zwierciny z otworu i stabilizować proces wiercenia. Jeśli woda zacznie zamarzać, nie będziemy mogli prowadzić prac tak jak wcześniej. Grenlandia sama zaczyna więc wyznaczać granice naszego sezonu.

Sprawdź również: Złoto, pallad i platyna. Życie i praca na złożu wartym miliardy dolarów

Reklama
Reklama

Tego dnia zakończyliśmy wiercenie rur osłonowych i rozpoczęliśmy właściwe wiercenie rdzeniowe. Z otworu zaczęły wychodzić około trzymetrowe odcinki rdzenia, jeden za drugim. Dla wiertacza to jeden z najlepszych widoków, jakie może zobaczyć podczas pracy. Długi, dobrze odzyskany rdzeń oznacza, że narzędzie pracuje prawidłowo, a skała daje się wydobywać w dobrej jakości.

W tym czasie dotarły do nas quady. Oczywiście nie mogliśmy odmówić sobie krótkiej przejażdżki po lodowcu. Tutaj nie ma dróg, znaków ani typowego terenu, do którego przywykliśmy. Jest lód, skała, nierówności i ogromna przestrzeń. Taki krótki przejazd dostarczył nam sporej dawki adrenaliny, ale był też świetną odskocznią od ciężkiej pracy.

Krótka przejażdżka quadem po lodowcu (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)

Po południu wyszło słońce. W Arktyce potrafi bardzo szybko opalić twarz, dlatego używamy kremu SPF 50. Czasami jednak o nim zapominamy i żartujemy, że wyglądamy już tak, jakbyśmy wrócili z Afryki, a nie z Arktyki.

Wieczorem obejrzeliśmy film „Gold” z Matthew McConaugheyem. Obraz ten opowiada o poszukiwaniu złota w Indonezji i jest luźno inspirowany historią Bre-X z lat 90. Oczywiście to fabuła, a nie dokument, ale oglądanie go właśnie tutaj było wyjątkowo ciekawe. Tam tropikalna dżungla, tutaj lód, skały i arktyczne pustkowie. W obu miejscach człowiek próbuje jednak odpowiedzieć na podobne pytanie: co znajduje się pod powierzchnią?

Reklama
Reklama

Czytaj także: Minuta warta 300 zł. Ekspedycja na Grenlandię sięga pod powierzchnię Skaergaard

My szukamy odpowiedzi inaczej. Wiercimy, odzyskujemy rdzeń, dokumentujemy go, wykonujemy badania i pomiary geofizyczne. Żółtawe drobinki widoczne czasami w rdzeniu mogą przyciągać uwagę, ale sam wygląd nie wystarcza, żeby stwierdzić obecność złota. Ostateczne potwierdzenie wymaga odpowiednich analiz laboratoryjnych. Geologia uczy cierpliwości – skała może coś sugerować, ale dopiero badania pozwalają powiedzieć, co naprawdę w niej jest.

Prace nad naszym projektem ruszyły około pięciu lat temu. Przez te lata pozostawał on w sferze planów, przygotowań, dokumentacji i rozmów. Teraz, po pięciu latach, jesteśmy tutaj i robimy to, co kiedyś było tylko założeniem. To chyba jedna z najbardziej niezwykłych rzeczy w całej tej wyprawie.

To, co naprawdę ważne

31 sierpnia. Zanim ruszyliśmy do pracy, miałem jeszcze jeden ważny, prywatny moment. Tego dnia mój chrześniak Maksymilian miał urodziny. Ze względu na trzygodzinną różnicę czasu zadzwoniłem do niego z samego rana, jeszcze przed rozpoczęciem zmiany, żeby złożyć mu życzenia. Jest jeszcze mały, ale bardzo się ucieszył. Taka krótka rozmowa z domem, przeprowadzona tysiące kilometrów od najbliższych, potrafi człowiekowi przypomnieć, co jest naprawdę ważne.

Reklama
Reklama

Potem przyszła pora na pracę. Nad wodą wisiała gęsta mgła. Pontonem przeprawiliśmy się na brzeg, a następnie wsiedliśmy na quady i ruszyliśmy w stronę stanowiska. Widoczność była tak słaba, że na lodowcu bardzo szybko straciliśmy orientację. Zajechaliśmy trochę za daleko i przez chwilę nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy. Na lodowcu wszystko może wyglądać podobnie – biel, śnieg, skały i odległe zbocza. W końcu odnaleźliśmy wiertnicę.

Na Grenlandii też kończy się lato (fot. Piotr Kornacki / Newspix)

Pierwsza połowa dnia była bardzo dobra. Kolejne trzymetrowe odcinki rdzenia wychodziły z otworu niemal jeden za drugim. Wiertaczowi taki moment daje ogromną satysfakcję. Wiadomo wówczas, że narzędzie pracuje, odzysk jest dobry, a każdy kolejny wyciąg daje geologom następny fragment historii zapisanej w skale. Po południu wszystko się zmieniło. Skała stała się bardziej spękana, a do tego zaczął padać śnieg. Był to pierwszy taki opad od naszego przyjazdu. Jeszcze niedawno cieszyliśmy się słońcem podczas jazdy na quadach, a teraz zima zaczęła przypominać o sobie coraz wyraźniej.

Wiercenie na Grenlandii jest mocno uzależnione od sezonu. Potrzebujemy wody do płuczki, odpowiednich warunków dla ludzi i sprzętu oraz możliwości transportu. Pogoda wpływa także na loty helikoptera. Dlatego każdy dobry dzień ma tutaj większą wartość niż w normalnym miejscu pracy.

Reklama
Reklama

Polecamy także: Sztuczna inteligencja zastąpi matematyków? Dragan o przełomie AI i przyszłości nauki

Zmiana perspektywy

1 września. O poranku ponownie ruszyliśmy quadami w stronę stanowiska. Moim zadaniem było wyciągnięcie rur, a następnie pomagałem przy badaniach geofizycznych w otworze.

Najprościej rzecz ujmując, rdzeń pokazuje nam skałę fizycznie – możemy go wyjąć, obejrzeć i opisać. Geofizyka pozwala natomiast uzyskać dodatkowe informacje z całej długości otworu. Specjalistyczne przyrządy rejestrują właściwości skał i ich zmiany wraz z głębokością. Dzięki temu można połączyć to, co widzimy na rdzeniu, z informacjami pochodzącymi z wnętrza odwiertu.

Początkowo wciąż utrzymywała się mgła, ale po południu wyszło słońce. Znowu mogliśmy zobaczyć, jak szybko Grenlandia potrafi zmienić swoje oblicze. Jeszcze niedawno wszystko było szare i zamglone, a kilka godzin później światło odbijało się od lodu i skał.

Po zakończeniu prac wróciliśmy do bazy helikopterem. Dopiero z powietrza widać skalę miejsca, w którym pracujemy. Wiertnica staje się wówczas tylko małym punktem na ogromnej powierzchni lodu.

Długi, dobrze odzyskany rdzeń oznacza, że wiertnica pracuje prawidłowo (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)

Człowiek za burtą

2 września. Dzień zaczął się spokojnie. Ponton, quady i przygotowanie wiertnicy do kolejnego transportu. Wszystko przebiegało według planu. Do czasu.

Reklama
Reklama

Nagle przez radio usłyszeliśmy komunikat, który w jednej chwili postawił wszystkich na nogi. Grenlandczyk sterujący pontonem napłynął na krę lodową, wypadł za burtę i zaczął wzywać pomocy.

Nie było czasu na zastanawianie się. Drugi ponton natychmiast ruszył w jego kierunku. Po chwili mężczyzna został wyciągnięty z lodowatej wody. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Obserwując tę sytuację, jeszcze mocniej uświadomiliśmy sobie, że tutaj nawet zwykła przeprawa pontonem nie jest czymś, co można traktować całkowicie rutynowo. Woda jest lodowata, a lód morski bywa nieprzewidywalny.

Warto przeczytać: Naukowcy zwracają uwagę na takie wyniki badań krwi. Ostrzegają przed ryzykiem

Po tym zdarzeniu wróciliśmy do pracy. Helikopter przez dużą część dnia kursował niemal jak wahadło, transportując kolejne elementy wiertnicy. Maszyna była rozbierana na części i przenoszona w nowe miejsce. Każdy element musiał trafić dokładnie tam, gdzie trzeba.

Pod koniec dnia pojechaliśmy quadami na nowy punkt widokowy. Przed nami rozciągał się lodowiec, a wokół wyrastały surowe, ostre szczyty. Nie było drzew, dróg ani śladów cywilizacji. Tylko lód, skały, góry i woda. Są takie miejsca, których nie da się dobrze opowiedzieć. Można zrobić zdjęcie, ale fotografia nie oddaje tego, co człowiek czuje, gdy znajduje się tam osobiście.

Reklama
Reklama

Zależni od pogody

3 września. Dzisiejszy dzień był ponury. Od rana utrzymywała się gęsta mgła i nieustannie padał śnieg. Dojazd quadem na odległe stanowisko zajął nam w takich warunkach sporo czasu.

Na miejscu przez kolejne godziny wierciliśmy otwór pod rury osłonowe w lodowcu. Nie było tym razem spektakularnych widoków. Była za to normalna, ciężka praca – dokładnie taka, jakiej wymaga prawdziwa ekspedycja. Śnieg nie przestawał sypać, mgła nie odpuszczała, a sprzęt musiał działać niezależnie od tego, co działo się wokół.

Polecamy również: Ten jeden nawyk zmienił bieg ewolucji człowieka. Nowe odkrycie naukowców

Po zakończeniu pracy zabrał nas helikopter. W takich dniach szczególnie widać, jak bardzo jesteśmy zależni od pogody. Transport, widoczność i bezpieczeństwo są nieodłączną częścią całego procesu. Wiercenie to nie tylko sama wiertnica. To również dotarcie na miejsce, utrzymanie stanowiska i możliwość bezpiecznego powrotu.

Transport, widoczność i bezpieczeństwo — od pogody zależy tu wszystko, łącznie z tym, czy helikopter w ogóle wystartuje (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)

Dzień wolny i kopalnia złota

4 września. Po wielu dniach pracy wreszcie miałem dzień wolny. Trochę odpoczywałem, ale wykorzystałem ten czas również na rozmowę o pracę na stanowisku wiertacza w kopalni złota w Szkocji. Wszystko przebiegło po mojej myśli. Po zakończeniu obecnego projektu nie planuję dwóch miesięcy wakacji. Chcę zrobić zaledwie tygodniową przerwę i znowu polecieć na kolejny kontrakt.

Reklama
Reklama

To może brzmieć dziwnie dla kogoś z zewnątrz, ale właśnie tak wygląda życie, które człowiek świadomie wybiera. Ta praca jest ciężka i wymaga wielu wyrzeczeń, ale daje mi satysfakcję. Czuję, że kolejne wyjazdy są częścią mojej drogi i że takie doświadczenia zapamiętam na całe życie.

Po południu nasz spokój przerwał alarm pożarowy. Syreny zaczęły wyć tak głośno, że wszyscy zebraliśmy się na zewnątrz. Przez chwilę sytuacja wyglądała poważnie. Dopiero później okazało się, że był to jedynie test. Kiedy wszystko się wyjaśniło, zaczęliśmy się śmiać. Kapitan wiedział, kiedy zarządzić próbną ewakuację, a my mieliśmy z tego niezły ubaw.

Reszta dnia minęła spokojniej. Obejrzeliśmy kilka filmów w dużej sali, a później poszedłem spać. Pojedynczy dzień wolnego to dobra okazja do odpoczynku, ale po wielu dniach ciągłej pracy wyrywa człowieka z rytmu. Następnego dnia trzeba ponownie wrócić na właściwe tory.

Kolejny dobry dzień

5 września. Dzisiaj pogoda była zupełnie inna niż w ostatnich dniach. Było pogodnie i słonecznie, a wiercenie przebiegało bez problemów. Rano pontonem przeprawiliśmy się na brzeg, a później helikopterem polecieliśmy na stanowisko.

Po niedawnym paśmie mgły, śniegu i zmiennej pogody taki dzień był naprawdę potrzebny. Przy dobrej widoczności wszystko staje się prostsze. Możemy skupić się na pracy, zamiast zastanawiać się, czy za chwilę pogoda nie odetnie nam drogi powrotnej.

Reklama
Reklama

Czytaj też: Arktyka zaskoczyła naukowców. „To nie może być poprawne”

Na stanowisku wiertnica pracowała bez zarzutu. Kolejne zadania wykonywaliśmy płynnie i spokojnie, bez większych niespodzianek. Właśnie takie dni są dla wiertacza szczególnie cenne – kiedy sprzęt działa, skała pozwala pracować, a człowiek może skupić się na tym, co najbardziej lubi.

Wieczorem wróciliśmy tą samą drogą – helikopterem, a następnie pontonem. Kolejny dzień zakończył się bez żadnych zakłóceń.

Pogodny i słoneczny dzień – po tygodniu mgły i śniegu taki widok był naprawdę potrzebny (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)

Kiedy patrzę na ten tydzień, najbardziej uderza mnie jego zmienność. Jednego dnia słońce i quady na lodowcu, chwilę później gęsta mgła i śnieg. Jednego dnia idealne trzy metry rdzenia, drugiego – spękana skała. Była też chwila naprawdę poważna, kiedy sternik pontonu wpadł do lodowatej wody, a później zupełnie inny rodzaj napięcia podczas alarmu pożarowego.

Wszystko to dzieje się w ramach projektu, który pięć lat temu pozostawał jedynie w sferze planów. Dzisiaj jesteśmy tutaj naprawdę. Pracujemy przy wiertnicy, wyciągamy rdzenie, wykonujemy badania i każdego dnia próbujemy dowiedzieć się czegoś więcej o skale ukrytej pod lodem. Czasami człowiek zatrzymuje się na chwilę i myśli, jak niezwykłą drogę trzeba było przejść, żeby znaleźć się właśnie tutaj.

Reklama
Reklama

I chyba dlatego nawet zmęczenie ma tutaj inne znaczenie. Za kilka lat mogę nie pamiętać każdego przejechanego kilometra ani każdego wydobytego metra rdzenia, ale wiem, że zapamiętam Grenlandię – lód, góry, helikopter, wiertnicę, ludzi i te wszystkie dni, kiedy po prostu robiliśmy swoje, mimo że świat wokół nas zmieniał się z godziny na godzinę.

Źródło: Zero.pl
Piotr Kornacki
Piotr Kornackiautor zewnętrzny
Reklama
Reklama