Jeszcze tydzień wcześniej kończyłem zmianę przy wiertnicy w Irlandii. Teraz stoję przed grenlandzkim lodowcem. Jestem częścią ekspedycji badającej jedno z najcenniejszych złóż metali na świecie. Oto historia pierwszych dni wyprawy – zanim w ogóle pierwszy rdzeń wyjechał ze skały.

- Grenlandzka intruzja Skaergaard to jedno z największych na Ziemi niezagospodarowanych złóż palladu, złota i platyny. Szacowana wartość ukrytych tam metali liczona jest w dziesiątkach miliardów dolarów.
- W ciągu siedmiu dni zamieniłem rutynę znanej pracy na pokład lodołamacza zmierzającego ku Grenlandii. Jako wiertacz nie jadę tam na wycieczkę. Mój cel to dotarcie tam, gdzie nie ma dróg, i wydobycie spod lodu rdzeni skalnych – nośników informacji, których człowiek jeszcze nigdy nie widział.
- O tym, jak wygląda moja praca i codzienność na Grenlandii piszę w dzienniku z ekspedycji na Zero.pl oraz w mediach społecznościowych: na Instagramie i TikToku.
Są miejsca, które długo istnieją dla nas tylko na mapie. Grenlandia była dla mnie jednym z nich – białą wyspą, kojarzącą się z lodem, górami i przestrzenią. Aż nagle przestała być tylko punktem na mapie. Stała się kierunkiem podróży, miejscem pracy i początkiem historii, której zakończenia jeszcze nie znam.
26 lipca jestem jeszcze w Irlandii. Kończę dzień przy wiertnicy. Hałas maszyny, rury, płuczka i codzienna rutyna są mi dobrze znane. Wiercenia prowadziły mnie już przez różne projekty i kraje, ale tym razem z tyłu głowy cały czas mam jedną myśl: jutro ruszam na Grenlandię. Nie na wakacje i nie po zdjęcie z lodowcem. Jadę tam pracować przy projekcie, którego skali na tym etapie jeszcze do końca nie czuję.
Nie ma filmowego pożegnania. Kończę zmianę, zabieram rzeczy i ruszam na lotnisko. Wyprawa zaczyna się więc zupełnie zwyczajnie.
Wciąż na północ
Kilka minut po północy 27 lipca samolot ląduje w Warszawie. Odbieram bagaż, wsiadam do samochodu i ruszam do Łęczycy. Nocna droga jest niemal pusta. Zmęczenie miesza się z ekscytacją. Jeszcze kilka godzin wcześniej pracowałem w Irlandii, teraz jadę do domu tylko po to, żeby po krótkim odpoczynku ponownie ruszyć w drogę.

Im dalej na północny zachód, tym więcej oceanu i mniej tego, co znajome. (fot. Piotr Kornacki)
Mam przed sobą około sześciu godzin snu. Rano ostatnie pakowanie: dokumenty, ubrania, elektronika, kamera i rzeczy osobiste. Na Grenlandii zdanie „najwyżej kupię na miejscu” może okazać się wyjątkowo drogim przejawem optymizmu. Robię ostatnie zakupy, sprawdzam bagaż i około południa opuszczam Łęczycę.
Po czternastej jestem na Lotnisku Chopina. Trzy godziny później samolot startuje do Kopenhagi. Plan został uruchomiony. Teraz każdy kolejny etap ma prowadzić dalej na północ.
Kopenhaga jest tylko przystankiem. Następnego ranka, 28 lipca, lecę do Reykjaviku. Im dalej na północny zachód, tym więcej oceanu i mniej tego, co znajome. Islandia dla wielu byłaby końcem podróży. Dla mnie jest bramą.

Po przylocie jadę do portu i po raz pierwszy widzę lodołamacz, który przez kolejne tygodnie będzie naszą bazą i centrum logistycznym. Dostaję kabinę i rozpakowuję się. Za kilka dni ważniejsze od jej wielkości będzie to, co zobaczę za oknem.
Przy pierwszym wspólnym posiłku poznaję ludzi: wiertaczy, geologów, mechaników, logistyków i załogę statku. Przez kilka tygodni będziemy wspólnie pracować daleko od normalnej infrastruktury. Łączy nas jeden kierunek: Skaergaard.
Miliardy w skale
Dopiero podczas odpraw zaczyna odsłaniać się skala przedsięwzięcia. Skaergaard leży na południowo-wschodnim wybrzeżu Grenlandii. Program 2026 obejmuje rozbudowane badania terenowe, w tym kilka tysięcy metrów wierceń rdzeniowych. Zebrane rdzenie mają dostarczyć nowych danych geologicznych potrzebnych do lepszego rozpoznania projektu związanego między innymi z palladem, złotem i platyną.

Miejsca dla siebie niewiele, ale widoki z pokładu lodołamacza rekompensują niedogodności podróży. (fot. Piotr Kornacki)
Podczas kolejnych rozmów zaczynam rozumieć, dlaczego Skaergaard przyciąga tak dużą uwagę. To projekt związany z ogromnym systemem geologicznym, w którym rozpoznano znaczące zasoby palladu, złota i platyny, a także występowanie tytanu i wanadu. W publikowanych danych pojawiają się liczby robiące wrażenie: ponad 15 mln uncji palladu, około 7,4 mln uncji złota i 1,2 mln uncji platyny. Wartość metali in situ bywa szacowana na dziesiątki miliardów dolarów.
Patrzę jeszcze raz na skrzynie, rury i sprzęt, który musi wytrzymać kilka tysięcy metrów wierceń. Każdy rdzeń będzie kolejnym fragmentem informacji o budowie geologicznej skał Grenlandii.
Po południu zaczyna się załadunek. Kontenery, rury i wyposażenie trafiają na lodołamacz. W terenie mają pracować trzy mobilne zestawy wiertnicze, a ponieważ nie ma dróg – ludzi i sprzęt będą transportować śmigłowce. Każdy kilogram zaczyna mieć znaczenie.
Wieczorem wychodzimy jeszcze do Reykjaviku. Rozmowy szybko skracają dystans. W trudnych projektach zespół powstaje również przy wspólnym stole.
29 lipca po śniadaniu odbieramy odzież do pracy w Arktyce: kurtki, kombinezony, rękawice i buty. Po raz pierwszy fizycznie czuję, że miejsce, do którego płyniemy, będzie wymagało respektu. Tutaj ubranie jest elementem bezpieczeństwa.
Polecamy: W BMW na ekranie wyświetla się reklama. BMW twierdzi, że to nie reklama
Później sprawdzamy pompy, generatory, kompresory i oświetlenie. W miejscu oddalonym od zaplecza technicznego nawet drobna awaria może zatrzymać całą operację.
Po lunchu wracamy do załadunku. Rury, drewno, żywność i wyposażenie znikają z nabrzeża. Zaczynam rozumieć, że zanim koronka dotknie skały, trzeba zaplanować tysiące detali.
Wieczorem spotykamy się całą ekipą. Jest nas blisko pięćdziesiąt osób – różne języki i doświadczenia, ale jeden cel.

Skaergaard jest wskazywany jako jedno z największych jeszcze niezagospodarowanych złóż metali z grupy platynowców i złota. (fot. Piotr Kornacki)
30 lipca trwa dalszy załadunek i odprawa bezpieczeństwa. Przed nami praca z ciężkim sprzętem, przeloty śmigłowcami, izolacja i zmienna pogoda. Tutaj bezpieczeństwo nie jest hasłem z prezentacji na obowiązkowym szkoleniu BHP.
Robimy wspólne zdjęcie przed lodołamaczem. Kilka dni wcześniej większość tych ludzi była mi obca. Teraz będziemy od siebie zależni.
Około północy liny zostają odwiązane. Patrzę z pokładu, jak światła Reykjaviku maleją i znikają. Do tej chwili zawsze można było zejść na ląd. Teraz przed dziobem jest Morze Grenlandzkie.
Właśnie wtedy po raz pierwszy czuję, że nie jadę już na ekspedycję. Jestem jej częścią.
Powitanie z lodowcem
Płyniemy na wschodnie wybrzeże Grenlandii niemal sto lat po Lawrensie Wagerze. W 1930 r., podczas Arctic Air Route Expedition kierowanej przez Gino Watkinsa, to właśnie Wager zwrócił uwagę na niezwykły kompleks skalny w rejonie Kangerlussuaq – późniejszą intruzję Skaergaard. Wager wracał tu w kolejnych latach, a badania tego miejsca stały się ważną częścią historii petrologii.
Teraz płyniemy niemal w tę samą część świata, ale z zupełnie innymi możliwościami technicznymi. I z pytaniami, których Wager nie mógł jeszcze zadać.
Czytaj również: 800+ to za mało. Rozwój Plus Morawieckiego mówi o ponad 3 tysiącach
31 lipca budzę się na morzu. Woda ciągnie się po horyzont, a życie zaczyna przyjmować rytm pokładu: posiłki, odprawy i przygotowania.
Po południu ktoś zauważa wieloryby. Wychodzę na pokład i patrzę, jak ogromne zwierzę pojawia się na powierzchni. Ocean szybko przypomina człowiekowi jego właściwe proporcje.
Kilka godzin później rozpoczyna się szkolenie dotyczące bezpieczeństwa w rejonach występowania niedźwiedzi polarnych. Grenlandia przestaje być pocztówką. Staje się pięknym, ale wymagającym środowiskiem pracy.
Wieczorem spotyka się zespół wiertniczy. Na stole pojawiają się mapy, planowane lokalizacje i głębokości otworów. Za kilka dni śmigłowiec ma dostarczyć tam ludzi i sprzęt. Powstaną stanowiska. Wiertnice ruszą. Zaczniemy wydobywać rdzeń.
Na mapie widzę punkty przyszłych otworów. Linie, współrzędne, planowane głębokości. Dla kogoś z zewnątrz to tylko symbole. Dla nas każdy z tych punktów oznacza transport śmigłowcem, przygotowanie stanowiska, ustawienie wiertnicy, setki metrów rur i długie godziny pracy.
Wykonamy kilka tysięcy metrów wierceń rdzeniowych. Lodołamacz, helikopter, wiertnice, geolodzy, mechanicy i wiertacze muszą działać jak jeden system.
Dla mnie ten moment ma dodatkowe znaczenie. Pracuję jako wiertacz, ale geologia pozwala mi patrzeć na rdzeń inaczej. To nie tylko cylinder skały, lecz zapis procesów trwających miliony lat. Każdy metr może powiedzieć coś nowego o tym, co znajduje się pod naszymi stopami.
1 sierpnia widzę pierwsze wielkie góry lodowe. Ogromne bryły wyrastają z ciemnej wody. Lodołamacz, który w Reykjaviku wydawał mi się wielki, przy nich wygląda skromnie. Człowiek – jeszcze mniej.
Po lunchu schodzimy na ponton i ruszamy w stronę brzegu. Lodołamacz zostaje za nami i z każdą minutą maleje. W końcu wychodzimy na ląd.

W poszukiwaniu odpowiedzi
Przede mną jest lodowiec.
Przez chwilę nie myślę o harmonogramie ani wiertnicach. Patrzę na lód, skały i góry. Człowiek jest tutaj tylko punktem. Im mniejszy wydaje się wobec natury, tym bardziej imponuje to, co potrafi osiągnąć dzięki wiedzy i współpracy.
Stojąc przed lodowcem, trudno myśleć o pieniądzach. A jednak pod tym krajobrazem znajduje się powód, dla którego dotarły tu dziesiątki ludzi, wiertnice, śmigłowce i ogromne zaplecze logistyczne. Skaergaard jest wskazywany jako jedno z największych jeszcze niezagospodarowanych złóż metali z grupy platynowców i złota.
Ale my nie przyjechaliśmy tutaj po miliardy dolarów. Przyjechaliśmy po informację – po rdzeń, po metr skały z miejsca, którego człowiek wcześniej nie widział. Zanim będzie można mówić o kopalni, trzeba odpowiedzieć na podstawowe pytanie: co naprawdę znajduje się pod naszymi stopami?

I właśnie po tę odpowiedź będziemy wiercić.
Przypłynęliśmy tu lodołamaczem z ogromnym zapleczem. Za chwilę śmigłowiec ma przetransportować ludzi i elementy wiertnic w miejsca, do których nie prowadzą drogi. Potem metr po metrze będziemy wydobywać skałę, która przez miliony lat pozostawała ukryta pod powierzchnią.
Właśnie dlatego tu jestem. Chcę wykorzystać wcześniejsze doświadczenie, nauczyć się czegoś nowego i zobaczyć od środka, jak działa duża operacja eksploracyjna, w której logistyka, pogoda, technika i ludzie muszą funkcjonować jak jeden organizm.
Pierwszy tydzień odsłaniał wyprawę warstwa po warstwie: lodołamacz, ludzie, sprzęt, mapy przyszłych otworów, Morze Grenlandzkie, wieloryby, szkolenie dotyczące niedźwiedzi polarnych i wreszcie pierwsze góry lodowe.

Teraz stoję u wybrzeży Grenlandii i wiem już, że najważniejsze wydarzenia są dopiero przed nami.
Człowiek wobec lodowca jest niewielki. Nie zatrzyma oceanu, nie przesunie góry i nie zmusi arktycznej pogody do przestrzegania harmonogramu. Potrafi jednak planować, uczyć się, współpracować i wykonywać kolejne kroki mimo trudności.
Moja podróż zaczęła się przy wiertnicy w Irlandii. Siedem dni później jestem na Grenlandii.
Przede mną intruzja Skaergaard i skała, której jeszcze nie dotknęliśmy. I problemy, o których jeszcze nie wiemy.
Podróż właśnie się kończy.
Prawdziwa ekspedycja dopiero się zaczyna.

