Kiedy minuta lotu śmigłowca kosztuje 300 zł, a tydzień pracy lodołamacza to wydatek rzędu 800 tys. zł, nie ma miejsca na błędy ani amatorszczyznę. Na Grenlandii, w cieniu lodowca, gdzieś głęboko pod naszymi stopami, skała czekała miliony lat, aż ktoś po nią sięgnie. I właśnie po nią sięgamy.

- Grenlandzka intruzja Skaergaard skrywa wciąż niezagospodarowane złoża palladu, złota i platyny.
- Po zbudowaniu bazy od zera przyszedł czas na pierwsze wiercenia. Pracujemy na dwie zmiany – dzienną i nocną. Z lodołamacza płyniemy pontonem na brzeg, potem śmigłowcem lecimy na stanowisko, a po zakończeniu zmiany wracamy tą samą drogą.
- O tym, jak wygląda moja praca i codzienność na Grenlandii piszę w dzienniku z ekspedycji na Zero.pl oraz w mediach społecznościowych: na Instagramie i TikToku.
W drugim tygodniu nasza wyprawa przestała być tylko podróżą w nieznane, a zaczęła przypominać dobrze funkcjonujący organizm. Lodołamacz, ponton, śmigłowiec, drewniane platformy i wiertnice połączyły się w jeden system działający w miejscu, gdzie natura nie wybacza błędów. Nie patrzyliśmy na zegarki. Liczyło się to, co było do zrobienia: dostarczyć sprzęt, zbudować platformę, uruchomić maszynę i w końcu sięgnąć pod powierzchnię Skaergaard. Była w tym również świadomość historii. Dawne ekspedycje na Grenlandię wymagały odwagi i determinacji; my mieliśmy nowoczesną technologię, ale poczucie, że zostawiamy wygodny świat i wchodzimy tam, gdzie wszystko trzeba stworzyć niemal od podstaw, było podobne.
Pierwszy brzeg
2 sierpnia. Poranek na lodołamaczu. Za oknami lód, góry i lodowiec. Po śniadaniu opuszczamy ponton na wodę i płyniemy na brzeg, który ma stać się zapleczem przyszłych stanowisk wiertniczych.

Poranna mgła nad fiordem podczas przeprawy pontonem na brzeg pierwszego dnia budowy stanowiska. (fot. Piotr Kornacki)
Tutaj nie ma drogi, magazynu ani możliwości szybkiego uzupełnienia zapasów. To, czego potrzebujemy, musi zostać dostarczone przez śmigłowiec. Helikopter zaczyna więc swoją niekończącą się pracę: drewno, paliwo, wyposażenie, kolejny ładunek i następny lot. Pojedyncza paczka może ważyć ok. 900 kg, minuta lotu kosztuje ok. 300 zł, a tydzień pracy lodołamacza ok. 800 tys. zł. Liczby robią wrażenie, ale na miejscu nikt nie patrzy na koszty. Najważniejsze są bezpieczeństwo i wykonanie zadania. Wieczorem płyniemy pontonem zwiedzać okolicę. Wśród skał, lodu i gór czujemy, jak mały jest człowiek wobec tej przestrzeni. I właśnie wtedy dociera do nas, że nie przyjechaliśmy tu tylko oglądać Grenlandii. Przyjechaliśmy zajrzeć pod jej powierzchnię.
Więcej na ten temat: Złoto, pallad i platyna. Życie i praca na złożu wartym miliardy dolarów
Budujemy od podstaw
3 sierpnia. Przed lodowcem Forbindelsegletscher zaczynamy budowę drewnianej platformy. Śmigłowiec przenosi kolejne elementy, a my odbieramy je i układamy na miejscu. Każdy kawałek drewna ma swoją rolę, bo za chwilę będzie musiał utrzymać ciężar maszyny i całego systemu wiercenia. Praca idzie szybko, ponieważ działamy jak prawdziwa drużyna.

Materiały na budowę drewnianej platformy dostarczone śmigłowcem na brzeg przed lodowcem. (fot. Piotr Kornacki)
Nie trzeba nam mówić, co mamy robić. Jeden zaczyna zadanie, drugi już wie, czego potrzeba, trzeci zabezpiecza miejsce. Żartujemy, śmiejemy się i mimo zmęczenia jesteśmy szczęśliwi. Obiad jemy na platformie z widokiem na lodowiec, a po chwili znowu wracamy do pracy, odbierając paczki zawieszone pod śmigłowcem. Wieczorem na lodołamaczu znajdujemy chwilę wytchnienia, bierzemy prysznic i przechodzimy odprawę. Brzeg powoli przestaje być pustą przestrzenią. Zaczyna wyglądać jak zalążek przyszłej bazy.
Czytaj także: Grenlandia ostrzega USA. Firma powiązana z Trumpem szykuje odwierty naftowe
Ostatnie elementy
4 sierpnia. Po szkoleniu bezpieczeństwa śmigłowiec staje się naszym głównym narzędziem. Wiertnica Tactex X-10 jest transportowana w częściach i składana na drewnianej platformie. Kolejne elementy znikają w powietrzu i po chwili pojawiają się na stanowisku. Z pozoru to chaos, ale dla nas każdy ruch ma swoje miejsce. Po dniach transportu i budowania mamy przed sobą prawdziwy cel całej operacji: maszyna stoi przed lodowcem. Lodołamacz jest już pusty. Wszystko, co miało znaleźć się na lądzie, zostało dostarczone. Jutro kończy się etap budowy. Zaczyna się etap poszukiwań.

Maszyna zaczyna żyć
5 sierpnia. Kończymy montaż Tactex X-10. Łączymy przewody hydrauliczne, sprawdzamy instalacje i przygotowujemy maszynę do pracy. Obiad jemy kilka metrów od wiertnicy, z lodowcem za plecami. Żartujemy jak zawsze. To chyba jedna z najbardziej niezwykłych rzeczy tej wyprawy: miejsce, które dla większości ludzi byłoby celem ekstremalnej ekspedycji, dla nas zaczyna być po prostu stanowiskiem pracy. Wieczorem wykonujemy próbne uruchomienie. Maszyna odpowiada na nasze polecenia, wszystko działa i napięcie powoli ustępuje. Wiemy, że następnego dnia stal po raz pierwszy wejdzie w skałę.
Pierwszy rdzeń
6 sierpnia. Rano płyniemy pontonem na brzeg, a potem śmigłowcem lecimy na stanowisko. Tym razem emocje są inne. Po dniach przygotowań zaczyna się właściwa część ekspedycji. Wiercimy rdzeniowo metodą wireline, przewodem HQ, a próbnik ma długość 1,5 m. Naszym zadaniem jest odzyskanie możliwie pełnego i nieuszkodzonego rdzenia. Każdy centymetr jest zapisem tego, co znajduje się pod powierzchnią. Rdzenie trafiają do skrzynek: każda mieści trzy rdzenie po metrze każdy. Kolejność i dokumentacja muszą być perfekcyjne. Pierwsze rdzenie wyglądają bardzo dobrze. Patrzymy na skałę, która jeszcze chwilę wcześniej znajdowała się głęboko pod naszymi stopami. To nie jest już tylko materiał. To wiadomość z wnętrza Skaergaard. Geolodzy opisują rdzenie i dokumentują ich położenie. Pobierają próbki, a czasem wycinają fragmenty skały kątówką i dokładnie oznaczają miejsce pobrania. Każda próbka może zmienić obraz tego, czego szukamy. Około dwudziestu metrów rdzenia staje się pierwszym namacalnym rezultatem wielu dni przygotowań. Wieczorem stanowisko przejmuje zmiana nocna. Wiertnica zaczyna żyć całą dobę.

Może Cię zainteresować: 400 tysięcy za milczenie. Kulczyk, Nisztor i „taśmy Giertycha”
Dwie wiertnice, jedna misja
7 sierpnia. Następnego dnia skala pracy rośnie. Działają już dwie wiertnice, a wokół nich pracuje cały system ludzi i sprzętu. Obie maszyny wiercą pełną parą, a my przechodzimy przez kolejne cykle odzysku rdzenia. Pracujemy na dwie zmiany – dzienną i nocną. Z lodołamacza znów płyniemy pontonem na brzeg, potem śmigłowcem lecimy na stanowisko, a po zakończeniu zmiany wracamy tą samą drogą. To nasza codzienna trasa do pracy, choć trudno uwierzyć, że może spowszednieć.
Największą siłą pozostaje drużyna. Dogadujemy się bez słów. Dzięki temu robota idzie jak po maśle. W takich warunkach zaufanie jest równie ważne jak stal, hydraulika i wiertło. Kiedy jedna zmiana schodzi ze stanowiska, druga natychmiast przejmuje pracę. My odpoczywamy, ale gdzieś przed lodowcem wiertnica nadal pracuje.
Sprawdź również: Zaćmienie Słońca pod lupą NASA. Naukowcy wyślą samolot i dziesiątki balonów
W rytmie wiertnic
8 sierpnia. Mamy już własny rytm. Ponton, brzeg, śmigłowiec, stanowisko i praca. Śmigłowiec lata jak szalony, przewożąc ludzi, sprzęt i próbki.

Śmigłowiec w locie z ładunkiem nad fiordem — codzienny widok ósmego dnia pracy na stanowisku. (fot. Piotr Kornacki)
Patrzymy na dwie pracujące maszyny i przypominamy sobie, od czego zaczęliśmy kilka dni wcześniej: lodołamacz pełen sprzętu, ponton, pusty brzeg, drewno, paliwo, setki operacji śmigłowca, budowa platform, montaż Tactex X-10, testy i pierwszy rdzeń. Teraz wszystko działa. I chyba właśnie na tym polega prawdziwa wyprawa życia. Nie na jednym wielkim momencie, lecz na tysiącach małych decyzji, żeby rano znowu wstać, wejść do pontonu, polecieć śmigłowcem i wykonać swoje zadanie najlepiej, jak potrafimy. Gdzieś głęboko pod naszymi stopami skała czekała miliony lat, aż ktoś po nią sięgnie. My jesteśmy tutaj tylko przez chwilę, ale rdzenie, próbki, dane i wspomnienia tej wyprawy mogą zostać na długo.

