Reklama
Biznes

Po nas choćby potop. Rząd zostawi niezły bałagan następcom

Po nas choćby potop – to powiedzenie nasuwa się na myśl po przestudiowaniu rządowej strategii zarządzania długiem na nadchodzące cztery lata. Wskaźniki zadłużenia i deficytu najpierw wystrzelą, a potem jakimś cudem mają spaść. Jak? To już nie będzie problem obecnego kierownictwa resortu finansów i obecnej Rady Ministrów. Martwić się będzie kto inny.

Katarzyna Dybińska
Opinia autorstwa: Katarzyna Dybińska
Dzisiaj 13:48
5 min
Minister finansów i gospodarki Andrzej Domański
Minister finansów i gospodarki Andrzej Domański (fot. Paweł Supernak / PAP)

Strategia zarządzania długiem sektora finansów publicznych na lata 2027–2030, którą rząd Donalda Tuska przyjął wraz z projektem ustawy budżetowej na przyszły rok, nie pozostawia złudzeń. Obecne kierownictwo resortu finansów widzi już na horyzoncie próg ostrożnościowy dla państwowego długu publicznego (PDP). Określono go na 55 proc. PKB i zapisano w ustawie o finansach publicznych jako swoistą „czerwoną linię”.

Według Andrzeja Domańskiego, ministra finansów i gospodarki, linię tę przekroczymy już w 2028 r. I to z naddatkiem, bo relacja PDP netto (czyli po korekcie o wolne środki na rachunkach budżetowych) do PKB wyniesie wtedy 57,4 proc.

Liczby, które straszą. Poziom alarmowy zadłużenia jest bardzo blisko

Cóż szkodzi obiecać?

Niewesoło wygląda też sytuacja z unijną miarą zadłużenia, za którą rozlicza nas Bruksela. To tzw. dług EDP, który uwzględnia też zobowiązania zaciągane poza budżetem (np. przez fundusze w Banku Gospodarstwa Krajowego, nie wliczane do PDP). Tu zderzenie ze ścianą nastąpi wcześniej, bo już w tym roku. EDP w relacji do PKB ma wynieść 67,6 proc. Naruszymy tym samym kryterium fiskalne z Maastricht, według którego w państwach członkowskich Unii Europejskiej relacja EDP do PKB nie może przekraczać 60 proc. PKB.

Reklama
Reklama

A przecież już jedno kryterium z Maastricht naruszyliśmy. Przekroczyliśmy próg dla deficytu w relacji do PKB, określony na 3 proc. Dlatego zresztą Polska została objęta unijną procedurą nadmiernego deficytu.

Co ciekawe, w 2024 r. rząd zobowiązał się, że ten deficyt zredukuje w cztery lata. W średniookresowym planie strukturalno-budżetowym wysłanym do Brukseli zapisano, że deficyt w relacji do PKB wyniesie (według unijnej metodologii) 2,9 proc. W strategii zarządzania długiem nie ma po tym śladu. Deficyt w tym i w przyszłym roku ma wynieść 7,1  proc. PKB, a w 2028 r. ukształtuje się na poziomie 6,8 proc. PKB.

Chciałoby się powiedzieć: cóż szkodzi obiecać?

Ale jest światełko w tunelu. Według MF, w 2030 r. deficyt sektora w relacji do PKB wyniesie już „tylko” 4,2 proc. Czyli „zjedzie” o 2,6 pkt proc. w porównaniu z 2028 r. Jak ma się to stać?

Kto tak naprawdę zapłaci za zły stan finansów publicznych?

Jedna z odpowiedzi jest zapisana w ustawie o finansach publicznych. Po przekroczeniu progu 55 proc. dla PDP netto w relacji do PKB (przypomnijmy, stanie się to w 2028 r.) trzeba będzie zacisnąć pasa. W 2029 r., do końca maja, MF policzy, czy faktycznie przekroczyliśmy ten próg. Jeśli to się potwierdzi (a raczej tak będzie), to budżet na 2030 r. będzie musiał zostać skonstruowany w oparciu o żelazne zasady oszczędzania. Na przykład na podwyżkach dla budżetówki. Albo na waloryzacji emerytur i rent.

Takie oszczędności nigdy nie są popularne i na pewno nie spodobają się społeczeństwu. Ale o to nie będzie się już raczej martwić obecne kierownictwo resortu finansów i, bardziej ogólnie, obecny rząd. Idą wybory – i konstelacje polityczne, a także obsady stanowisk w ministerstwach, mogą być w 2030 r. zupełnie inne. To nowa Rada Ministrów będzie zachodzić w głowę, jak poprawić wskaźniki długu i deficytu.

Reklama
Reklama

Ale i tak to nie ona zapłaci największą cenę. Jakoś tak się dzieje, że rząd szuka zawsze oszczędności w kieszeniach obywateli. To właśnie ich najboleśniej dotkną procedury sanacyjne wprowadzone w budżecie 2030 r.

Łatwiej docisnąć emerytów niż bigtechy

A przecież można inaczej. Można poszukać pieniędzy u tych, którzy mają ich najwięcej. Pierwszy lepszy przykład z brzegu – można na serio wziąć się za opodatkowanie gigantów technologicznych obecnych nad Wisłą i zadać sobie pytanie, czy proponowana przez resort cyfryzacji stawka 3 proc. od przychodów nie jest zbyt niska. Owszem, to nie jest prosta sprawa. Po stronie ryzyka są opór lobbystyczny bigtechów i odwet handlowy ze strony USA. Można jednak próbować.

Jednak druga Grecja? Arak: Nie byłem alarmistą, ale teraz idziemy na ścianę

A na pewno trzeba zmienić kierunek myślenia na taki, w którym wysiłki na rzecz naprawy finansów publicznych nie będą koncentrować się na tych, od których najłatwiej jest wymagać wyrzeczeń.

Może zainteresuje Cię także:

Reklama
Reklama