Reklama
Biznes

Słowa ministra przetrwały tylko miesiąc. Odpowiedzialność z krótką datą ważności

– Prowadzimy odpowiedzialną politykę fiskalną – powiedział mi 19 sierpnia minister finansów Andrzej Domański. Te słowa źle się zestarzały. Minął miesiąc i okazało się, że jedna z trzech czołowych agencji ratingowych ma na ten temat inne zdanie: 18 września Moody’s obniżył ocenę wiarygodności kredytowej Polski.

Katarzyna Dybińska
Opinia autorstwa: Katarzyna Dybińska
Dzisiaj 17:13
7 min
Minister finansów i gospodarki Andrzej Domański
Minister finansów i gospodarki Andrzej Domański (fot. Leszek Szymański / PAP)

Miesiąc w politycznej i gospodarczej rzeczywistości to wieczność. W 30 dni może runąć stary porządek geopolityczny i ekonomiczne dogmaty, co w 2022 r. pokazał pełnoskalowy atak Rosji na Ukrainę, a w tym roku wybuch wojny na Bliskim Wschodzie. Tyle też wynosił „maksymalny okres przydatności” słów ministra finansów Andrzeja Domańskiego o „odpowiedzialnej polityce fiskalnej” rządu.

Krótki termin ważności słów ministra

19 sierpnia podczas konferencji prasowej, na której minister Domański i premier Donald Tusk przedstawiali założenia reformy podatkowej, zapytałam szefa resortu finansów, czy nie obawia się, że zmiany w podatkach – będące ukłonem w stronę obywateli, ale jednocześnie obciążeniem dla strony dochodowej budżetu – mogą spowodować pogorszenie się ratingu Polski.

Ponad 150 miliardów na minusie. Rząd pokazał nowe dane o budżecie

Zadałam jeszcze drugie pytanie – o stosunek Brukseli do tych zmian w świetle obietnicy, którą rząd zawarł w średniookresowym planie budżetowo-strukturalnym. W dokumencie tym gabinet Donalda Tuska zobowiązał się do tego, że sprowadzi deficyt sektora finansów publicznych do wartości 2,9 proc. do 2028 r., a sprzyjać temu będzie m.in. zamrożenie progów podatkowych. Przypomnijmy, że plan ten ma na celu przywrócenie stabilności w finansach państwa i wyjście z procedury nadmiernego deficytu, którą objęła nas Komisja Europejska.

Reklama
Reklama

Minister Domański zapewnił mnie, że zmiany w podatkach „mniej więcej się bilansują” (w założeniu podwyżkę drugiego progu PIT oraz wprowadzenie nowej stawki 24 proc. ma sfinansować m.in. podwyższenie podatku CIT dla największych firm) – w związku z czym proponowana zmiana w systemie podatkowym nie stanowi kosztu dla budżetu. Jak dodał, jest to również odpowiedź na pytanie o ocenę działań rządu przez KE. – Prowadzimy odpowiedzialną politykę fiskalną – zapewnił.

Minęło dokładnie 30 dni – i 18 września późnym wieczorem agencja Moody's, należąca do „wielkiej trójki” agencji ratingowych, obniżyła rating Polski o jeden poziom (do „A3” z „A2”). W komunikacie Moody's w wielu miejscach pojawia się przymiotnik „fiskalny” – ale bynajmniej nie w połączeniu z odpowiedzialnością. Agencja pisze o „oczekiwaniach dotyczących trwałego pogorszenia się kondycji fiskalnej Polski”, o „dużych deficytach fiskalnych”, wskazuje, że skuteczność polityki fiskalnej w naszym kraju uległa osłabieniu. Trudno o większy rozdźwięk.

Żółta kartka dla Polski. Rosnący dług i deficyt zebrały gorzkie żniwo

I żeby była jasność: Moody's nie obniżył nam ratingu dlatego, że rząd postanowił podarować symboliczną ulgę klasie średniej, której przedstawiciele coraz liczniej wpadają w „pułapkę drugiego progu”. Ale potraktował to jak dowód na to, o czym wprost pisze: że „zbliżające się wybory parlamentarne w listopadzie 2027 r. (...) ograniczają zakres możliwości przeprowadzenia znaczącej konsolidacji fiskalnej” (czytaj: uzdrawiania finansów publicznych). Mówiąc wprost: Moody's widzi, że dbałość o budżet przegrywa nad Wisłą z rozdawnictwem wyborczej kiełbasy. I uznaje to za czynnik ryzyka dla finansów publicznych, bo przecież rząd na razie tylko lekko uchylił worek z obietnicami, a prawdziwy koncert politycznej hojności dopiero przed nami.

Reklama
Reklama

Zadłużenie wypchnięte poza budżet

Ale Moody's zwraca uwagę nie tylko na to. Wskazuje na zadłużenie, które narosło „za pośrednictwem funduszy zarządzanych przez Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK) oraz niektórych kontrolowanych przez państwo podmiotów” (tu aluzja do Polskiego Funduszu Rozwoju).

Chodzi o praktykę, którą bardzo polubili politycy nad Wisłą: pożyczania na różne cele (np. na tarcze antykryzysowe czy zbrojenia) za pomocą różnych państwowych instytucji. Co więcej, od lat udają, że tego długu po prostu nie ma, bo nie wlicza się on do państwowego długu publicznego (PDP). Owszem, widzi je Unia Europejska (dług pozabudżetowy jest częścią unijnej miary zadłużenia, czyli EDP). Ale to nie zmienia faktu, że wypychanie miliardów złotych do BGK i PFR pozwala nam zwiększać zadłużenie, bo do krajowych limitów konstytucyjnych przecież jeszcze trochę nam zostało – a ponadto zmniejsza kontrolę Sejmu nad częścią wydatków państwa.

„Przywrócimy przejrzystość finansów publicznych” – zapowiadała KO w słynnych „100 konkretach na pierwsze 100 dni rządów” (konkret nr 69). Na stronie poświęconej tym obietnicom jest on zaznaczony na zielono, co oznacza „postulat zrealizowany” – rządzący uzasadniają to tym, że opublikowali Białą Księgę Finansów Publicznych. Ale trudno mówić o przejrzystości, kiedy poza budżetem wciąż mamy mnóstwo zobowiązań, a te rosną. Dla przykładu – wzrost skonsolidowanego zadłużenia Funduszu Przeciwdziałania COVID-19 (FPC), zarządzanego przez BGK, w II kwartale wyniósł 12,7 mld zł, a zadłużenie Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych powiększyło się o 31,8 mld zł. Są to oficjalne dane MF.

Reklama
Reklama

Wreszcie, Moody's wskazuje na „ograniczoną zdolność” rządzących do „wykorzystania sprzyjających warunków gospodarczych w celu wzmocnienia finansów publicznych”. To tak, jakby mówił: chwalicie się tempem waszego wzrostu gospodarczego, ale nie potraficie wykorzystać tych sprzyjających okoliczności do poprawy wskaźników deficytu i zadłużenia. Wydatki wciąż są wyższe od wpływów do budżetu.

Ani „wina Nawrockiego”, ani „wina Tuska”

Rząd chwyta się jak deski ratunkowej innego stwierdzenia z komunikatu Moody's – a mianowicie, że naprawie finansów publicznych nie sprzyja „utrzymujący się impas między rządem a prezydentem”. Minister Andrzej Domański z upodobaniem wylicza weta Karola Nawrockiego wobec ustaw, które miały zwiększyć wpływy podatkowe. W połowie lipca oszacował, że będą one kosztować budżet 5–6 mld zł „w tym i w przyszłym roku” (wymienił w tym kontekście m.in. weto dla podwyżki akcyzy na alkohol i dla objęcia monitoringiem SENT obrotu betonem, co miałoby zredukować szarą strefę). Ale minister zapomina – lub nie chce pamiętać – że Karol Nawrocki podpisał ustawę zwiększającą CIT dla banków, a w ocenie jej skutków rząd prognozował, że przyniesie ona budżetowi 11,3 mld zł w latach 2026-2027. Nie do końca jest więc tak, że „zły prezydent wetuje wszystko, jak leci” i to „jego wina”.

Reklama
Reklama

Ale trzeba też uczciwie powiedzieć, że stan finansów publicznych nie jest też „winą Tuska”, bo nie wziął się znikąd. To lata licytacji na to, kto da więcej – i ten narastający rachunek obciąża dziś całą klasę polityczną. Byłoby dobrze, gdyby obecny rząd do odziedziczonych problemów nie dokładał nowych, zwłaszcza jeśli – jak twierdzi – prowadzi „odpowiedzialną politykę fiskalną”. Tą odpowiedzialnością może w najbliższym czasie okazać się przegląd wydatków państwa i dokonanie cięć tam, gdzie można to zrobić, a na końcu gotowość do zapłacenia za to politycznej ceny.