Krasnojarsk to już właściwie Azja. Daleka Syberia, cztery tysiące kilometrów od Moskwy. Nawet tam, na końcu świata, rodzą się jednak wielkie tenisowe talenty. Jeden z nich, 19-letnia Mirra Andriejewa, stanie w sobotnim finale Rolanda Garrosa naprzeciw Mai Chwalińskiej.

- Choć niedawno skończyła 19 lat, jej obecność w wielkoszlemowym finale nikogo nie dziwi.
- Mirra Andriejewa to jeden z największych talentów kobiecego tenisa. Na drodze do jej pierwszego wielkoszlemowego tytułu stanie w sobotę Maja Chwalińska.
- Rosjanka nie wypiera się swojej narodowości. Kilka ostatnich lat spędziła jednak we Francji, gdzie żyje i trenuje pod okiem Conchity Martinez.
- Pierwsze tenisowe kroki stawiała... na Syberii, w rodzinnym Krasnojarsku.
Za każdym genialnym dzieckiem stoi historia wielkich wyrzeczeń jego rodziców. W przypadku tenisa: najczęściej finansowych. Młodemu piłkarzowi wystarczy kawałek trawnika, kilku kolegów, no i buty. Raz na jakiś czas. Do biegania czy koszykówki też nie trzeba wiele.
W tenisie zaczyna się od kortów – najczęściej płatnych. Przydałby się, jak najszybciej, trener, bo „próg wejścia” jest w tej dyscyplinie – wbrew pozorom – całkiem wysoki. Żeby z satysfakcją poprzebijać płynnie kilka piłek potrzebnych jest, nawet w przypadku wielkich talentów, co najmniej kilka lekcji. Jeśli dziecko ma „to coś”, trenować trzeba częściej. A jeśli okaże się naprawdę genialne, to – by nie stać w miejscu – musi jeździć na turnieje, żeby mierzyć się z równie utalentowanymi rówieśnikami.
Mirra Andriejewa miała „tego czegoś” sporo. Starsza o trzy lata siostra, Erika, też. Pięknie, z perspektywy czasu, brzmią historie o „wykuwaniu charakteru” w syberyjskim mrozie. O treningach w oszronionej hali. Na dłuższą metę Krasnojarsk nie miał jednak sensu. Wiedzieli to trenerzy, szybko zorientowali się też rodzice. Musieli postawić wszystko na jedną kartę.
„Wszystko” nie jest w tym przypadku wyłącznie figurą retoryczną. Nie klepali biedy, ale przenosiny bliżej cywilizacji, do Soczi, oznaczały, że życie w całości podporządkują marzeniu: pewnie nawet w większym stopniu swoim niż córek. Zaryzykowali.
Im się udało. Ale ilu jest takich, którym podobny zakład z przeznaczeniem nie wychodzi na dobre?
Drugi dom
W piątek światowe media obiegły zdjęcia Mirry Andriejewej trenującej na paryskiej mączce w koszulce reprezentacji Francji. Miły ukłon w stronę gospodarzy? Też, choć… nie tylko. 19-latka jest oczywiście Rosjanką. Wychowała się na Syberii, spędziła jeszcze jakiś czas w Soczi, potem Moskwie, ale tuż przed ukończeniem szkoły podstawowej przeniosła się do Cannes. To tam, dzięki pomocy słynnej agencji IMG, która wzięła obie siostry pod swoje skrzydła, rozwijała tenisowy talent. Siedem lat we Francji to dostatecznie dużo, by mogła nazywać ją „drugim domem”.
Choć młoda, choć wciąż jest nastolatką, tak naprawdę nikomu nie trzeba jej przedstawiać. Już trzy lata temu przedarła się przez kwalifikacje, niczym teraz nasza Maja, robiąc sobie w Paryżu prezent na szesnaste urodziny. Przegrała po walce, w trzech setach, dopiero w trzeciej rundzie: z rozstawioną z „szóstką” CoCo Gauff. Chwilę później, na Wimbledonie, dotarła jeszcze dalej. Minął rok, a w Paryżu dobiła aż do półfinału, ogrywając po drodze m.in. Arynę Sabalenkę.
Wydawało się, że już, zaraz, tenisowy świat rozłoży jej czerwony dywan i zaprosi na wielkoszlemowe salony. Impreza musiała jednak chwilę poczekać: w 2025 r. ani razu nie minęła ćwierćfinału. W tym, w Australii, zatrzymała się na czwartej rundzie.
No ale jest. Wreszcie jest. I – to zła wiadomość dla polskich kibiców – niewiele wskazuje na to, by gdzieś się ze ścisłej czołówki w najbliższych latach wybierała.
Cudowna, ale…
Gdyby nie pochodzenie, „cudownym dzieckiem” nazywana byłaby częściej i chętniej. Budzi jednak ambiwalentne odczucia. Z jednej strony: „lubi” zdjęcia z Putinem, nie wypiera się pochodzenia i nie potępia tego, co Moskwa robi w Ukrainie. Z drugiej: to wciąż dziecko. Niewinna dziewczynka, dojrzewająca na oczach całego świata, z urodą nastolatki, której zdarza się śmiać i płakać bez powodu.
Raz na jakiś czas pojawiają się plotki, że może zaraz, za moment, wzorem Jeleny Rybakiny (Kazachstan), Anastasiji Potapowej (Austria) czy kilku innych koleżanek po fachu zmienić obywatelstwo. Francja, kierunek „wydeptany” przez Warwarę Graczową, wydaje się naturalnym kandydatem na wzięcie jej pod swoje skrzydła. Naciskać na taki obrót spraw miała ponoć przede wszystkim agencja IMG, by lepiej wykorzystywać potencjał marketingowy zawodniczki. Temat na razie jednak ucichł.
Nowa nadzieja
Nazywają ją, z oczywistych przyczyn, „nową Szarapową”, ale to porównania do Martiny Hingis wydają się bardziej trafne. Podobnie jak słynna Szwajcarka, Andriejewa największą siłę na korcie czerpie z… mądrości. Z czucia gry. Jako idola wskazuje Andy’ego Murraya: on też myśleniem, szybkimi reakcjami musiał nadrabiać braki względem „Wielkiej Trójki”.
Tomasz Wolfke o sukcesie Mai Chwalińskiej. „Wnosi do tenisa coś zupełnie innego”
Tenis Andriejewej, nie tylko „jak na jej wiek”, wydaje się bardzo chłodny. Dojrzały. Przemyślany. To, czego jej często brakowało, to spokój. Tym zajęła się Conchita Martinez.
Hiszpanka, która błyszczała na kortach Rolanda Garrosa na przełomie wieków, rozpoczęła współpracę z Rosjanką dwa lata temu. „Kliknęłyśmy od razu” – cieszy się, cytowana na oficjalnej stronie turnieju. Uspokoiła ją, ale nie odarła ze spontaniczności.
Przede wszystkim: spokój
Ale to nie opowieść o „genialnym dziecku” i doświadczonej mentorce, która w kilka chwil dociera do głowy podopiecznej i pcha ją na szczyt. – Praca, praca i jeszcze raz praca – powtarza Martinez. I dodaje, że to, czego młoda Mirra potrzebowała najwięcej, to… spokój między punktami. – Od dawna ma już umiejętności, by wygrywać wielkie mecze – zauważa Conchita. – Ale nie zawsze potrafiła „dowozić” je do końca – dodaje.
Czy już potrafi? – Teraz znacznie lepiej rozumie samą siebie na korcie. Radzi sobie świetnie – mówi trenerka.

Conchita Martinez i Raisa Andriejewa dopingują Mirrę w każdym meczu (fot. Getty Images)
Rywalki muszą widzieć, że nastolatce coraz trudniej wejść do głowy. Nie załamuje się. Nie przeżywa. Robi swoje. Trochę jak Iga Świątek w jej wieku, gdy w świetnym stylu wygrywała na paryskiej mączce.
Jednocześnie wciąż jest przede wszystkim młodą dziewczyną. Za kulisami turnieju, gdzieś między meczami, zbiera… przypinki. Można odnieść wrażenie, że powiększanie kolekcji daje jej więcej radości niż wygrywanie kolejnych meczów.
Czas na finał
A trochę ich już wygrała. W Paryżu oddała dotąd tylko jednego seta. Idzie jak burza, jest w formie, jest wypoczęta i na pewno będzie faworytką starcia z Mają Chwalińską.
Zwłaszcza, że wie, jak smakują finały. Wygrała ich już kilka: na czele z zeszłorocznym Indian Wells, w którym w trzech setach ograła światową „jedynkę”, Arynę Sabalenkę. Na początku maja, nieco ponad miesiąc temu, była w finale na madryckiej łączce (przegrała z… Kostiuk). Nie bez powodu jest na szóstym miejscu w rankingu WTA.
French Open: Maja Chwalińska w finale. Pokonała Dianę Sznajder i zagra z Mirrą Andriejewą
Ale przecież to, co wyróżnia Polkę podczas Rolanda Garrosa, to nerwy ze stali. Żelazna psychika. Andriejewa ani razu nie była jeszcze pod ścianą. Przewidywano, że znajdzie się pod nią w półfinale, ale mentalnie nie dojechała rywalka – Marta Kostiuk. Jeśli Maja zagra swój tenis, jeśli raz, drugi czy trzeci odbierze piłkę, której odebrać nie powinna, może na korcie odezwie się „dawna” Mirra.
Obie lubią przede wszystkim czekać na to, aż błąd popełni rywalka. Która „pęknie” pierwsza?
Agencja Reutera pisze o starciu „marzenia” (Andriejewa) z „bajką” (Chwalińska). Niech więc sobotni finał będzie bajeczny.
