Reklama
Reklama
Reklama

Koniec arktycznej warty. Sztorm na pożegnanie z Grenlandią

TYLKO NA
grenlandia10-listing
Wyprawa na Grenlandię zakończyła się sztormem w Cieśninie Duńskiej i rejsem na Islandię (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)
Dodaj do ulubionych źródeł w Google

Kiedy wyjeżdżaliśmy na Grenlandię, nie wiedzieliśmy dokładnie, co nas czeka. Dzisiaj wiemy, że przeżyliśmy coś wyjątkowego. A na koniec Grenlandia jeszcze raz próbowała nas zatrzymać – sztormem. Nawet podczas powrotu przypomniała nam, że tutaj człowiek nigdy nie ma ostatniego słowa.

  • Zakończyliśmy wiercenia na Grenlandii, a po stanowisku na lodowcu nie został żaden ślad.
  • Tysiące metrów rdzeni skalnych z rejonu Skaergaard trafią teraz do laboratoriów, a o dalszych losach projektu zdecydują wyniki badań i rynek surowców.
  • Przed wypłynięciem na Islandię zatrzymał nas sztorm w Cieśninie Duńskiej.
  • O tym, jak wygląda moja praca i codzienność na Grenlandii, piszę w dzienniku z ekspedycji na Zero.pl oraz w mediach społecznościowych: na Instagramie i TikToku.

27 września był dniem, na który czekaliśmy od początku ekspedycji. Wiedzieliśmy, że kiedyś nadejdzie, ale kiedy w końcu nadszedł, trudno było uwierzyć, że to naprawdę koniec. Tego dnia zakończyliśmy wiercenie. Wiertnica wykonała swoją ostatnią pracę, ostatni metr skały przeszedł przez koronę diamentową, a ostatni rdzeń został wyciągnięty na powierzchnię.

Przez wiele tygodni właśnie tak wyglądało nasze życie: wiertnica, rury, płuczka, rdzenie, skrzynki, transport i ciągłe oczekiwanie na to, co pokaże następny metr skały. Każdy kolejny rdzeń był małym fragmentem historii zapisanej pod powierzchnią Grenlandii. A teraz przyszedł ostatni. Patrząc na niego, miałem świadomość, że kończy się coś, co jeszcze niedawno było naszą codziennością. Nie było jednak czasu na długie pożegnania.

Potężne zagrożenie pod lądolodem Antarktydy. Może zmienić mapy świata

Reklama
Reklama

Od razu zabraliśmy się za wyciąganie rur i demontaż sprzętu. Wszystko musiało zostać zabrane z miejsca wiercenia i przetransportowane na brzeg. Jeszcze niedawno przywieźliśmy tutaj cały ten sprzęt, żeby rozpocząć pracę. Teraz wykonywaliśmy dokładnie odwrotną operację. Zabieraliśmy wszystko, co przywieźliśmy. Zostały po nas tysiące metrów rdzenia – tysiące metrów skały, które później będą analizowane i być może powiedzą nam znacznie więcej o tym, co znajduje się pod powierzchnią Skaergaard.

Ostatni ślad na lodowcu

28 września na lodowcu nie było już wiertnicy. Po naszym stanowisku pozostała tylko drewniana platforma. Przez wiele tygodni była podstawą naszej pracy. Stała pod wiertnicą, kiedy drążyliśmy kolejne otwory. Teraz sama musiała zniknąć. Rozebraliśmy ją kawałek po kawałku, deska po desce. Każda kolejna część trafiała do transportu. W końcu nie zostało już nic.

Po zakończeniu wierceń na lodowcu nie pozostała ani wiertnica, ani drewniana platforma – miejsce przywrócono do stanu sprzed ekspedycji (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)

Na lodowcu zostaliśmy tylko my. Bez wiertnicy, bez platformy, bez sprzętu, bez całego zaplecza, które jeszcze niedawno było częścią naszego codziennego życia. Postanowiliśmy pozostawić to miejsce w dokładnie takim stanie, w jakim je zastaliśmy. Przywróciliśmy je do stanu z dnia, w którym po raz pierwszy postawiliśmy tam stopę. Przybyliśmy, wykonaliśmy swoją pracę i teraz zabieraliśmy ze sobą wszystko, co przywieźliśmy. A potem przyszła kolej na nas.

Helikopter zabrał nas z lodowca. Kiedy wzbijaliśmy się w powietrze, patrzyłem w dół na miejsce, w którym spędziliśmy tak wiele czasu. Z góry wyglądało zupełnie inaczej. Pomyślałem wtedy, że może za rok, może za dwa jeszcze tutaj wrócimy. Tego nie wiemy. Czy projekt będzie kontynuowany, zależy nie tylko od geologii, lecz także od wyników badań, gospodarki, cen surowców, zapotrzebowania świata i przyszłych decyzji biznesowych. My wykonaliśmy swoją część. Teraz przyjdzie czas na analizę tego, co wydobyliśmy spod ziemi. Helikopter oddalał się od lodowca, a ja miałem świadomość, że zamykamy kolejny rozdział tej wyprawy. Nie wiem, czy to było pożegnanie na zawsze. Mam nadzieję, że nie.

Grenlandia zatrzymała nas jeszcze na chwilę, może po to, żeby po raz ostatni przypomnieć nam, kto tutaj naprawdę rozdaje karty (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)

Powietrzny most

29 września przypłynął statek, który miał zabrać materiał zgromadzony podczas całego programu. Na brzegu pojawiły się ogromne ilości próbek: pokruszona skała pozyskana przy użyciu materiałów wybuchowych oraz kilka tysięcy metrów rdzeni skalnych ułożonych w skrzynkach. Dopiero patrząc na to wszystko z bliska, można było zrozumieć skalę tego przedsięwzięcia. Każda skrzynka oznaczała kolejne metry skały wydobytej spod powierzchni. Za każdą z nich kryły się godziny pracy.

Najpierw trzeba było tutaj dotrzeć, później przygotować stanowisko, ustawić wiertnicę, wiercić, pobierać rdzeń, oznaczać go, zabezpieczać i transportować. A teraz cały ten materiał rozpoczynał kolejną podróż. Na wybrzeżu cały czas panował ruch. Dwa helikoptery praktycznie bez przerwy wykonywały kolejne kursy pomiędzy lądem a statkiem. Ląd, statek, statek, ląd. Jeden lot, kolejna skrzynia, kolejny ładunek i kolejny powrót. W miejscu pozbawionym dróg i normalnego zaplecza logistycznego każdy taki transport był nie lada wyzwaniem.

Reklama
Reklama

Patrzyłem na skrzynki i myślałem o tym, ile wysiłku wymagało ich zapełnienie. To nie były już tylko kawałki skały. To był zapis naszych zmagań, dziesięciu tygodni wysiłku, a teraz wszystko miało opuścić Grenlandię i przejść do kolejnego etapu: transportu, katalogowania, analiz i badań laboratoryjnych.

Pokruszona skała i tysiące metrów rdzeni z rejonu Skaergaard rozpoczęły podróż do laboratoriów (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)

Sztorm i ostatnia lekcja cierpliwości

30 września większość sprzętu była już przetransportowana. Pozostały ostatnie elementy. Około południa zakończyliśmy załadunek. Wydawało się, że teraz wystarczy już tylko obrać kurs na Islandię. Ale Grenlandia jeszcze raz przypomniała nam, kto tutaj dyktuje warunki. W Cieśninie Duńskiej nadciągał sztorm.

Prognozy ostrzegały przed bardzo silnym wiatrem, miejscami osiągającym 9–10 stopni w skali Beauforta, a następnie grożącym przejściem w gwałtowny sztorm o sile 11 stopni. Morze miało być bardzo wzburzone, do tego dochodziły opady deszczu, deszczu ze śniegiem i samego śniegu oraz ograniczona widzialność. Statek był w gotowości, sprzęt zabezpieczony, my spakowani, ale morza nie da się przekonać. Musieliśmy czekać.

I chyba właśnie tym Grenlandia chciała zakończyć swoją rolę w tej ekspedycji. Przez cały sezon uczyła nas cierpliwości. Czasami zatrzymywał nas śnieg, czasami mgła, a czasami problemy techniczne. Teraz, kiedy wszystko było już spakowane i gotowe do drogi, zatrzymał nas sztorm. Wiercenia dobiegły końca, lodowiec był opuszczony, sprzęt zabrany, próbki przygotowane do transportu, a jednak nadal nie mogliśmy powiedzieć, że jesteśmy w drodze do domu. Grenlandia zatrzymała nas jeszcze na chwilę, może po to, żeby po raz ostatni przypomnieć nam, kto tutaj naprawdę rozdaje karty.

Przez cały sezon Grenlandia uczyła nas cierpliwości (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)

Ostatnie porządki

1 października od rana sprzątaliśmy statek. Po dziesięciu tygodniach pracy trzeba było uporządkować wszystko przed podróżą. O godz. 17 w końcu wypłynęliśmy z Uttental Sund, gdzie przeczekiwaliśmy złą pogodę.

Reklama
Reklama

Wreszcie Grenlandia zaczęła znikać za rufą. Czekała na nas Islandia. Byliśmy coraz bliżej końca, choć po wszystkim, co wydarzyło się podczas tej wyprawy, wiedzieliśmy już, że dopóki naprawdę nie dotrzemy do portu, nie można być pewnym niczego.

Ekspedycja dobiegła końca, ale historia Skaergaard dopiero się zaczyna. Rdzenie trafią do laboratoriów, próbki zostaną przeanalizowane (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)

Góra, dół, góra, dół

2 października z samego rana ruszyliśmy w kierunku Reykjaviku. Statek płynął z prędkością około 10 węzłów, ale morze było wzburzone. I wtedy okazało się, że Grenlandia zostawiła nam jeszcze jedną lekcję: chorobę morską.

Chyba nikt się tego nie spodziewał. Przecież już trochę pływaliśmy, ja również miałem odpowiednie obycie, a jednak wzburzone morze pokazało nam, że rutyna nie zawsze wystarcza. Wcześniej wziąłem zapobiegawczo tabletki, ale niewiele pomogły. Praktycznie cały dzień spędziłem w kajucie. Od czasu do czasu musiałem wstać i udać się do toalety. Byłem blady jak ściana. Statek nieustannie poruszał się w jednym rytmie: góra, dół, góra, dół. Żołądek podchodził do gardła. W pewnym momencie człowiek przestaje myśleć o czymkolwiek innym i chce tylko, żeby morze się uspokoiło.

Reklama
Reklama

Potężny rozbłysk na Słońcu. Co się stanie, gdy obłok plazmy dotrze do Ziemi?

Cała załoga musiała po prostu to przeczekać. Ale przecież przetrwaliśmy ekspedycję na arktycznym pustkowiu. Pracowaliśmy na lodowcu, wierciliśmy w miejscu oddalonym od cywilizacji, mierzyliśmy się z zimnem, wiatrem, logistyką, zmęczeniem i pogodą. Więc i z tym damy sobie radę. Nie było innej możliwości.

Grenlandia znikała za rufą, a wzburzone morze w drodze do Reykjaviku przyniosło chorobę morską (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)

Zapach cywilizacji

3 października pogoda zaczęła się poprawiać. W Cieśninie Duńskiej nadal było bardzo wietrznie, a morze pozostawało wzburzone, ale im bliżej Islandii, tym warunki stawały się coraz lepsze. Statek wciąż bujał, ale już znacznie mniej. I przede wszystkim ja zacząłem czuć się lepiej.

Po całym dniu choroby była to nieopisana ulga. Zaczęliśmy zbliżać się do Reykjaviku. Wieczorem mieliśmy dopłynąć do portu. Po dziesięciu tygodniach spędzonych w arktycznych warunkach mieliśmy w końcu ponownie postawić nogę na zamieszkanym lądzie.

Ziemia i Mars mają wspólne początki, ale powstały inaczej. Nowe badanie naukowców

I chyba każdy z nas myślał o tym samym: miasto, restauracja, normalne jedzenie, światła, ludzie – zwykłe rzeczy, które po tak długim czasie na Grenlandii zaczynały wydawać się czymś wyjątkowym. Wiedzieliśmy, że ekspedycja naprawdę się kończy.

Reklama
Reklama

Wspomnienia z końca świata

4 października od rana zajęliśmy się rozładowaniem statku. Kolejne ładunki opuszczały pokład. Sprzęt, który przez dziesięć tygodni był częścią naszego życia, zaczynał znikać. A wieczorem spotkaliśmy się na pożegnalnej kolacji. I chyba dopiero wtedy naprawdę dotarło do nas, że to już koniec.

Przeżyliśmy coś wyjątkowego. Wierciliśmy w jednym z najbardziej odległych miejsc na Ziemi. Pracowaliśmy tam, gdzie nie ma dróg, gdzie każdy transport wymagał helikoptera albo statku (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)

Dziesięć tygodni wspólnej pracy, dziesięć tygodni wspólnego życia, dziesięć tygodni spędzonych w miejscu, do którego większość ludzi nigdy nie dotrze. Przez ten czas poznaliśmy się naprawdę dobrze. Przeżyliśmy razem wzloty i upadki, zmęczenie, stres, problemy, radość z dobrze wykonanej pracy i momenty, które zostaną z nami na długo. Teraz każdy miał polecieć w swoją stronę. Może spotkamy się za rok, może przy kolejnym projekcie, może jeszcze kiedyś wrócimy na ten sam lodowiec, a może każdy pójdzie zupełnie inną drogą. Tego dzisiaj nie wiemy. Wiemy tylko, że ten czas wystarczył, żeby stworzyć wspomnienia na całe życie.

Kiedy wyjeżdżaliśmy na Grenlandię, nie wiedzieliśmy dokładnie, co nas czeka. Dzisiaj wiemy, że przeżyliśmy coś wyjątkowego. Wierciliśmy w jednym z najbardziej odległych miejsc na Ziemi. Pracowaliśmy tam, gdzie nie ma dróg, gdzie każdy transport wymagał helikoptera albo statku i gdzie pogoda potrafiła w jednej chwili zmienić wszystkie nasze plany. Wydobyliśmy tysiące metrów rdzenia, zakończyliśmy wiercenie, rozebraliśmy stanowisko, oczyściliśmy miejsce i zabraliśmy wszystko, co przywieźliśmy. A na koniec Grenlandia jeszcze raz próbowała nas zatrzymać – sztormem. Nawet podczas powrotu przypomniała nam, że tutaj człowiek nigdy nie ma ostatniego słowa.

Reklama
Reklama

Teraz ekspedycja dobiegła końca, ale historia Skaergaard dopiero się zaczyna. Rdzenie trafią do laboratoriów, próbki zostaną przeanalizowane, a wyniki ostatecznie pokażą, co naprawdę znajduje się pod powierzchnią. My wracamy do swoich domów, swoich rodzin i kolejnych projektów. Może za rok znowu zobaczymy Grenlandię, może za dwa lata wrócimy tutaj z kolejną wiertnicą, a może nie. Jedno jest pewne: przez minione tygodnie przeżyliśmy przygodę, o której będzie co opowiadać i będzie co wspominać. Bo nie każdemu człowiekowi dane jest powiedzieć: „Byłem na Grenlandii. Wierciłem w lodowcu. Wydobywałem skałę z miejsca, do którego nie prowadzi żadna droga”. To był nasz czas, nasza praca, nasza ekspedycja. I choć dobiegła finału, na zawsze pozostanie częścią naszej historii.

Źródło: Zero.pl
Piotr Kornacki
Piotr KornackiGeolog z wykształcenia, wiertacz z zawodu i podróżnik z charakteru. Największą radość sprawia mu odkrywanie nieznanego – zarówno tego ukrytego głęboko pod ziemią, jak i tego, co można znaleźć na powierzchni. Prowadzi profil na Instagramie i TikToku. We współpracy z Nordisk Fundering bierze udział w projekcie Greenland Mines, który zakłada wykonanie na Grenlandii odwiertów rdzeniowych o łącznej długości blisko 7500 m - autor zewnętrzny
Reklama
Reklama