
Jeszcze niedawno patrzyliśmy na start sezonu jak na początek wielkiej przygody. Teraz coraz częściej spoglądamy na sprzęt pod kątem jego transportu. Jednak zanim zamkniemy ten etap, pozostają jeszcze obowiązki. Jeszcze kilka metrów rdzenia, jeszcze kolejne zadania i jeszcze kilka dni, w których Grenlandia może pokazać nam coś, czego się nie spodziewamy.
- To był nasz ostatni tydzień odwiertów na Grenlandii. Coraz wyraźniej czuliśmy, że projekt zbliża się do końca. Sprzęt zaczynał opuszczać lodowiec, helikopter wykonywał kolejne loty, a my staraliśmy się wykorzystać pozostały czas przy maszynie.
- Na Grenlandii zamknięcie sezonu wygląda zupełnie inaczej niż zwykły koniec projektu. Nie wystarczy spakować aparatury i załadować jej na ciężarówkę. Każdy element trzeba przerzucić przez lodowiec, przewieźć helikopterem lub pontonem, a następnie bezpiecznie dostarczyć na lodołamacz.
- O tym, jak wygląda moja praca i codzienność na Grenlandii, piszę w dzienniku z ekspedycji na Zero.pl oraz w mediach społecznościowych: na Instagramie i TikToku.
Śnieg bez końca
20 września Grenlandia przypomniała nam, że tutaj pogoda potrafi całkowicie przejąć kontrolę nad planem dnia. Od rana bez przerwy padał śnieg. Nie był to krótki opad, który po kilku godzinach ustępuje miejsca słońcu. Śnieżyca trwała przez cały dzień, zasypując kolejne fragmenty krajobrazu i sprawiając, że wszystko wokół wyglądało jeszcze bardziej surowo.
W takich warunkach praca i przemieszczanie się stają się znacznie trudniejsze. Na Grenlandii nie wystarczy powiedzieć: „dzisiaj musimy zrobić swoje”. Trzeba brać pod uwagę widoczność, wiatr, stan lodowca i bezpieczeństwo transportu. Pogoda potrafi zmienić sytuację w ciągu kilku godzin, dlatego czasem najlepszą decyzją jest po prostu poczekać.
Padający śnieg zmienia nie tylko wygląd otoczenia, ale również sposób funkcjonowania całej ekspedycji. Każdy krok w terenie wymaga większej uwagi, a warunki, które jeszcze niedawno pozwalały na sprawną pracę, mogą nagle stać się skrajnie wymagające. Tutaj natura zawsze ma ostatnie słowo.
Patrząc na tę zamieć, miałem poczucie, że sezon powoli wchodzi w swoją najtrudniejszą część. Jeszcze niedawno mieliśmy dni ze słońcem, helikopterem i pracą przy wiertnicy, a teraz zima coraz wyraźniej przypominała o swojej obecności.

Pogoda i otoczenie nieustannie przypominają, w jak niezwykłym miejscu przyszło nam pracować (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)
Dzień wolny
21 września miałem dzień wolny. Nie był to jednak zwykły wypoczynek w domowych warunkach. Nadal byliśmy na Grenlandii, na środku tej ogromnej, surowej krainy, gdzie pogoda i otoczenie nieustannie przypominają, w jak niezwykłym miejscu przyszło nam pracować.
Pauza pozwalała odpocząć od wiertnicy i codziennego rytmu pracy, ale trudno było całkowicie oderwać się od tego, co działo się wokół. Po wielu tygodniach ekspedycji każdy dobrze zna już ten rytm: pobudka, przygotowanie, transport, praca, powrót i planowanie kolejnego dnia. Dlatego nawet dzień bez wiercenia pozostaje częścią całej wyprawy.
Można odpocząć od narzędzi, ale trudno odpocząć od Grenlandii – ona jest wszędzie dookoła. Surowy krajobraz, pogoda i świadomość odległości od cywilizacji sprawiają, że nawet zwykły relaks wygląda tutaj inaczej. To miejsce bez przerwy uświadamia nam, gdzie jesteśmy i po co tutaj przyjechaliśmy.
Wiertnica uziemiona
22 września wróciłem do pracy. Liczyłem na rutynowe wznowienie wiercenia, ale szybko okazało się, że sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Na naszej wiertnicy pojawił się problem techniczny i sprzęt został uziemiony. Nie mogliśmy ot tak uruchomić maszyny i kontynuować pracy. Najpierw trzeba było znaleźć przyczynę awarii i bezpieczne rozwiązanie.
Wiercenie diamentowe to praca, w której każdy element ma znaczenie. Wiertnica, hydraulika, pompy, przewody, płuczka i cały osprzęt muszą ze sobą współgrać. Jedna usterka może zatrzymać cały proces. W takich momentach najważniejsza jest cierpliwość i precyzyjne zlokalizowanie usterki, zamiast próbować na siłę wznawiać odwiert.
Dla mnie oznaczało to kolejną zmianę planów. Na Grenlandii nauczyliśmy się już, że nie wszystko można przewidzieć. Raz zatrzymuje nas śnieg, innym razem wiatr albo transport, a tym razem zawiódł sam sprzęt. Pozostawało czekać na usunięcie awarii i pomagać tam, gdzie było to możliwe.
Przestój techniczny w takim miejscu ma zupełnie inny charakter niż awaria w cywilizowanych warunkach. Nie ma warsztatu za rogiem ani sklepu z częściami, do którego można błyskawicznie podskoczyć. Każdy kłopot wymaga znalezienia rozwiązania z wykorzystaniem ludzi, wiedzy, doświadczenia i sprzętu, który znajduje się pod ręką.
Druga wiertnica, akcje i dużo emocji
23 września od rana znowu padał śnieg. Widok był niemal taki sam jak kilka dni wcześniej – biała przestrzeń, nisko zawieszone chmury i biały puch, który nie chciał przestać prószyć. Nasza wiertnica nadal zmagała się z awarią, więc pomagałem przy wierceniu na drugiej maszynie. W tym czasie mechanik szukał rozwiązania, które pozwoliłoby przywrócić nasz sprzęt do pracy. Taka sytuacja dobrze pokazuje, jak ważna jest praca zespołowa. Kiedy jedna wiertnica stoi, nie oznacza to, że wszyscy przestają pracować. Każdy szuka miejsca, w którym może pomóc.
Dla mnie to żadna trudność, żeby wejść na drugą maszynę i robić to, co w danym momencie jest potrzebne. Najważniejsze jest, żeby robota posuwała się do przodu. Praca na drugiej maszynie pozwoliła wykorzystać dzień mimo kłopotów z naszym podstawowym sprzętem. W takich warunkach liczy się przede wszystkim elastyczność. Plan jest ważny, ale równie istotna jest umiejętność dostosowania się do sytuacji, jaką zastajemy na miejscu.
Tego samego dnia w obozie nadal dużo rozmawialiśmy o tym, co wydarzyło się na rynku. Akcje Greenland Mines wzrosły w ciągu kilku sesji spektakularnie. Skok kursu od zamknięcia 18 września z poziomu 2,85 dol. do zamknięcia 22 września na poziom 14,15 dol. oznaczał to wzrost o prawie 400 proc. Tylko 21 września kurs zamknięcia poszybował o 230,5 proc., a 22 września o kolejne 50 proc.
Braun chciał sprowadzać Hindusów do Polski? Ujawniono nagrania
Skąd taki wzrost? Nie był on wynikiem jednego nowego odkrycia w naszym odwiercie. Rynek zareagował przede wszystkim na porozumienie dotyczące bezpieczeństwa Grenlandii zawarte przez USA, Danię i Grenlandię oraz rosnące znaczenie wyspy dla zachodnich łańcuchów dostaw surowców krytycznych. Inwestorzy zaczęli patrzeć na grenlandzkie projekty nie tylko przez pryzmat geologii, ale również ich potencjalnego znaczenia strategicznego.
Co może to oznaczać dla dalszych poszukiwań? Wyższa wycena rynkowa może ułatwić spółce pozyskiwanie kapitału potrzebnego na kolejne programy geologiczne, wiercenia, badania laboratoryjne, prace środowiskowe i rozwój projektu. Dla nas, ludzi pracujących bezpośrednio na miejscu, jest w tym coś wyjątkowego. My nie patrzymy na Skaergaard tylko przez wykres giełdowy. Jesteśmy tutaj, widzimy logistykę, helikoptery, wiertnice, pogodę i ogrom pracy niezbędnej do pobrania każdego metra rdzenia. Ostatecznie to wyniki wierceń, badań, modelowania geologicznego, a także kwestie metalurgiczne, uzyskanie pozwoleń i dalsze finansowanie pokażą, jaką wartość mają te złoża. Sam wzrost kursu nie jest dowodem na nowe odkrycie ani gwarancją przyszłej produkcji.

Ponton i helikopter to tutaj podstawowe środki lokomocji (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)
Wracamy do gry
24 września przyniósł wreszcie wiadomość, na którą wszyscy czekaliśmy. Mechanikowi udało się naprawić naszą wiertnicę. Po kilku dniach przestoju znowu mogliśmy wrócić do pracy.
I właśnie tego dnia jeszcze mocniej doceniłem, jak ogromną wartość ma człowiek, który naprawdę zna swój fach. Trzeba mieć wiedzę, umiejętności, pomysł i przede wszystkim motywację, żeby szukać rozwiązania wtedy, kiedy sytuacja wydaje się naprawdę trudna.
Tym większy szacunek należy się naszemu mechanikowi. Ma ogromne doświadczenie i mimo bardzo trudnych warunków pokazuje niesamowitą energię, fachowość i determinację. Naprawić skomplikowaną maszynę w miejscu oddalonym od normalnego zaplecza technicznego to naprawdę nie jest prosta sprawa. To wyzwanie, które wymaga praktyki zdobywanej przez całe lata pracy.
Patrząc na niego, pomyślałem, że właśnie tacy ludzie są jednym z najważniejszych elementów całej ekspedycji. Wiertnica może być nowoczesna, możemy mieć dobry sprzęt i świetną organizację, ale kiedy coś się zepsuje, potrzebny jest człowiek, który potrafi znaleźć wyjście z impasu.
Chylę czoła za ten profesjonalizm, kunszt i przede wszystkim za zapał do pracy w tak trudnych warunkach.
Po kilku dniach śniegu, przestoju i niepewności znowu pojawiła się energia. Dla mnie to właśnie jest piękno tej pracy. Nie wszystko idzie zgodnie z planem. Czasem pogoda zatrzymuje nas na całe dni, czasem awaria wyłącza wiertnicę, a czasem trzeba po prostu znaleźć inne zadanie i czekać. Ale kiedy w końcu maszyna znowu rusza, satysfakcja jest ogromna.
Patrzyłem na wieżę wiertniczą i wiedziałem, że znowu zaczyna się to, po co tutaj przyjechaliśmy – wiercenie, pobieranie rdzenia i odkrywanie tego, co znajduje się pod powierzchnią Grenlandii. Wracamy do pracy. Wracamy do gry.
Chcesz nagrywać filmy do internetu? Wybierz smartfon zamiast kamery sportowej
Typowy dzień na Grenlandii
25 września był kolejnym typowym dniem roboczym na Grenlandii. Rano zjedliśmy śniadanie, założyliśmy ciepłą odzież i przygotowaliśmy się do wyjścia. Chwilę później ruszyliśmy pontonem w kierunku miejsca, gdzie czekał na nas helikopter.
Każdy taki transfer jest częścią codziennej logistyki ekspedycji. Najpierw trzeba bezpiecznie dostać się z lodołamacza na brzeg, a później dotrzeć do punktu, z którego startuje śmigłowiec. Tutaj nawet rutynowe dotarcie na stanowisko wygląda zupełnie inaczej niż w standardowych warunkach.
Po dotarciu na miejsce rozpoczęliśmy pracę przy wiertnicy. Tego dnia wiercenie przebiegało bez zakłóceń. Po kilku dniach śniegu i usterek technicznych taki spokojny dzień był szczególnie potrzebny. Można było skupić się na samym odwiercie, bez dodatkowych komplikacji.
Przy wierceniu liczą się powtarzalność i koncentracja. Kolejne metry odwiertu, pobieranie rdzenia i kontrolowanie parametrów sprzętu wymagają ciągłej uwagi. W takich warunkach człowiek szybko przyzwyczaja się do tego, że zwykłe czynności zawodowe odbywają się w niezwykłym otoczeniu.
Po zakończeniu zmiany wróciliśmy helikopterem. Następnie ponownie skorzystaliśmy z pontonu i popłynęliśmy na lodołamacz. Dzień zakończył się spokojnie – dokładnie tak, jak powinien wyglądać typowy dyżur podczas tej ekspedycji.

Warunki pracy i życia nie należą do najlżejszych, ale wspomnienia z tego miejsca pozostaną na zawsze (fot. Piotr Kornacki / Kanał Zero)
Przygotowania do powrotu
26 września rozpoczął się trochę inaczej. Po dopłynięciu do brzegu musieliśmy dostać się quadem do naszego stanowiska. Tym razem, oprócz samego wiercenia, coraz wyraźniej było widać, że rozpoczynają się przygotowania do zakończenia ekspedycji.
Helikopter miał zabierać rzeczy i sprzęt, które wciąż znajdowały się na lodowcu, i zwozić je do bazy przy brzegu. Rozpoczynało się stopniowe zwijanie zaplecza. W takich warunkach nie można po prostu wszystkiego spakować i przewieźć jednym kursem. Każdy element musi zostać odpowiednio przygotowany i przemieszczony.
Mimo przygotowań do ewakuacji my nadal wykonywaliśmy swoje obowiązki. Rano rozpoczęliśmy odwiert i działaliśmy tak samo jak wcześniej. Wiertnica nadal była najważniejszym punktem naszego dnia. Dopóki była możliwość bezpiecznego prowadzenia robót, naszym zadaniem było wykorzystać ten czas.
Z jednej strony trzeba było koncentrować się na zadaniach i każdym kolejnym metrze rdzenia, z drugiej coraz więcej uwagi pochłaniała logistyka związana z finałem sezonu. To specyficzne uczucie – człowiek nadal jest w środku normalnego dnia roboczego, ale jednocześnie wie, że cała ekspedycja powoli się kończy.
Wieczorem zeszliśmy ze stanowiska i quadem wróciliśmy na brzeg. Później pontonem przepłynęliśmy na lodołamacz. Po całym dniu wysiłku był to kolejny etap powrotu do naszego tymczasowego domu.
Były to już jedne z ostatnich dni naszej obecności na Skaergaard. Po wcześniejszych problemach technicznych i kilku dniach przestoju wreszcie mogliśmy wrócić do normalnego rytmu wiercenia. Teraz jednak coraz wyraźniej czuliśmy, że projekt zbliża się do końca. Sprzęt zaczynał opuszczać lodowiec, helikopter wykonywał kolejne loty, a my staraliśmy się wykorzystać pozostały czas przy maszynie.
Na Grenlandii zamknięcie sezonu wygląda zupełnie inaczej niż zwykły koniec projektu. Nie wystarczy spakować aparatury i załadować jej na ciężarówkę. Każdy element trzeba przerzucić przez lodowiec, przewieźć helikopterem lub pontonem, a następnie bezpiecznie dostarczyć na lodołamacz. Tutaj nawet powrót jest osobnym przedsięwzięciem logistycznym.
Polecamy: Ropa już płynie, a ceny dalej z kosmosu. O co tu chodzi?
Patrząc na ostatnie dni, trudno nie zauważyć, jak wiele może wydarzyć się w ciągu jednego tygodnia. Najpierw śnieg i przestój, później praca na drugiej wiertnicy, naprawa naszego sprzętu, powrót do wiercenia, spokojniejsze dni i wreszcie rozpoczęcie przygotowań do odlotu. Każdy dzień wyglądał trochę inaczej, ale wszystkie miały jeden wspólny element – konieczność dostosowania się do warunków.
Ta ekspedycja kolejny raz pokazała mi, że praca przy wierceniach w tak odległym miejscu to nie tylko obsługa wiertnicy. To również logistyka, transport, pogoda, współpraca całego zespołu i umiejętność radzenia sobie z trudnościami wtedy, kiedy brakuje prostych rozwiązań. Tutaj każdy człowiek ma znaczenie, a doświadczenie często jest równie ważne jak sam sprzęt.
Sezon powoli dobiega końca, ale mechanizmy jeszcze pracują. Dopóki wykonujemy kolejne odwierty, pobieramy rdzeń i możemy realizować założenia programu, nadal jest to przede wszystkim czas aktywności zawodowej. Dopiero po zakończeniu ostatnich zadań będzie można naprawdę powiedzieć, że ten etap ekspedycji został sfinalizowany.
Patrząc wstecz na ten tydzień, mam poczucie, że był on dobrym podsumowaniem całego pobytu na Grenlandii. Była pogoda, która potrafi zatrzymać wszystko; awaria wymagająca doświadczenia mechanika; praca na drugiej wiertnicy; powrót do sprawnego sprzętu, a także helikoptery, pontony, quady i codzienne przemieszczanie się między lodołamaczem, brzegiem i miejscem wiercenia.
Może Cię także zainteresować: Kanada bliżej UE? Carney i von der Leyen rozmawiali o nowej formule współpracy
Najważniejsze jednak pozostaje to, że mimo kolejnych przeszkód roboty postępowały. W takich warunkach nie zawsze można zrobić dokładnie to, co zaplanowano rano. Można natomiast zrealizować wszystko, co jest możliwe i bezpieczne w danym momencie. To chyba jedna z najważniejszych lekcji, jakie daje przebywanie w tak wymagającym miejscu.
Jeszcze niedawno patrzyliśmy na start sezonu jak na początek wielkiej przygody. Teraz coraz częściej spoglądamy na sprzęt pod kątem jego transportu. Jednak zanim zamkniemy ten etap, pozostają jeszcze obowiązki. Jeszcze kilka metrów rdzenia, jeszcze kolejne zadania i jeszcze kilka dni, w których Grenlandia może pokazać nam coś, czego się nie spodziewamy.

