Reklama
Reklama
Reklama

Za mała, za drobna, za słaba. A jednak zagra w finale Roland Garros!

TYLKO NA

Były łzy, kontuzje, depresja i chwile, gdy dalsza kariera stawała pod znakiem zapytania. Były miesiące walki o zdrowie, ranking i zwykłą wiarę w siebie. A potem przyszedł Paryż. Miejsce, w którym Maja Chwalińska zamieniła jedną z najtrudniejszych historii w polskim tenisie w jedną z najpiękniejszych.

Maja Chwalińska
Maja Chwalińska w finale Roland Garros. Droga z piekła (fot. Anadolu / Getty Images)
  • W erze tenisowych robotów bazujących na sile mięśni, Maja Chwalińska oczarowała Paryż nostalgicznym stylem z dawnej epoki – pełnym technicznych smaczków, rotacji i myślenia na korcie.
  • To sukces, który nie miał prawa się udać. Polka rzuciła wyzwanie rywalkom po latach wyniszczających kontuzji, walce z głęboką depresją oraz permanentnym brakiem funduszy na finansowanie kariery.
  • Bez względu na wynik sobotniego finału z Andriejewą, Chwalińska w dwa tygodnie przeskoczyła do zupełnie innej galaktyki – zapewniła sobie awans do TOP 30 rankingu WTA i zarobiła na kortach fortunę.

To nie miało prawa się udać. Przecież przed Rolandem Garrosem Chwalińska w Wielkim Szlemie grała tylko dwukrotnie, nigdy nie dochodząc dalej niż do drugiej rundy. Przecież przed tym turniejem najwyżej notowana zawodniczka, którą pokonała, zajmowała 68. miejsce w światowym rankingu.

Przecież w imprezach poprzedzających tę paryską ogrywały ją tenisistki z drugiej setki. Przecież latami hamowały ją kontuzje – aż w piętnastu meczach w karierze kreczowała lub oddała je walkowerem! – i twarde boje: z depresją oraz o finansowe przetrwanie. Przecież w historii tenisa w erze Open tylko jedna zawodniczka, Emma Raducanu, awansowała z kwalifikacji do finału turnieju wielkoszlemowego, wygrywając zresztą w 2021 r. US Open.

Reklama
Reklama

Tenis inny niż wszystkie

To nie miało prawa się udać i… pewnie właśnie dlatego się udało. Co jakiś czas w sporcie dochodzi do sytuacji zupełnie niezwykłej, sytuacji, w której underdog śmieje się w twarz wszystkim dziennikarzom i ekspertom, a także tym kibicom, którzy postawili na nim już dawno krzyżyk. Piłkarskie mistrzostwo Europy Greków, Leicester wygrywające Premier League – to znane przykłady z XXI wieku, potwierdzające tę tezę.

Kolejnym jest Maja, która na paryskich kortach pisze historię zupełnie spektakularną, więc nie może dziwić, że dziś mówi o niej cały tenisowy świat. Jej do niedawna anonimowe konto instagramowe śledzą nagle kibice z Dominikany czy Indonezji, komentujący z entuzjazmem wyczyny Chwalińskiej.

Doskonale rozumiemy, dlaczego w zaledwie kilkanaście dni pokochali Maję. Przecież i Polacy w tym czasie zapałali do niej wyjątkowym uczuciem. Oczarowała nas jej skromność, urok i powab, ale wszystko to byłoby niewystarczające, gdyby Chwalińska nie grała tak wybitnie w tenisa.

RPD kieruje pretensje o czerwone paski do… lodziarni. O co naprawdę chodzi?

Reklama
Reklama

Gra jest tu słowem-kluczem: w czasach kortowych robotów, które działają według schematu „siła razy ramię”, trafiła nam się bowiem zawodniczka zupełnie wyjątkowa: która świetnie broni, kapitalnie zmienia tempo gry, a wyszkoleniem technicznym przypomina legendarne przed laty zawodniczki – Szwajcarkę Martinę Hingis czy – o ironio! – trenerkę swojej finałowej rywalki, Conchitę Martinez. Która zachwyca na korcie myśleniem, a nie bezrefleksyjnym używaniem mięśni w celu „wykańczania” kolejnych piłek. 

Czołowy tenisowy ekspert w Polsce Tomasz Wolfke powiedział dziś w Kanale Zero, że w pierwszej setce rankingu tenisistek tylko jedna (!) przypomina stylem gry Polkę. Cała reszta nie ma z nią porównania. Ta wyjątkowość Chwalińskiej kształtowała się właściwie od dzieciaka.

Zawsze była drobna, więc aby rywalizować z rywalkami wyższymi o głowę lub dwie, musiała być nie tylko wspaniała w każdym elemencie tenisowego abecadła, ale też po prostu sprytna. 14-letnia Maja podkreślała to zresztą w wywiadzie z Polsatem Sport, odkopanym dziś w internecie, bo faktycznie rozczula kibiców:

Reklama
Reklama

– (...) W większości meczów (...) wygrywam dzięki temu, że lepiej gram w takich kluczowych momentach slice’y, różne takie zmiany rytmu, a nie tylko bum bum. (...)

Nie tylko bum bum – jakże wspaniała w swojej prostocie jest to sentencja! Jak doskonale określająca podejście Chwalińskiej do tenisa! 

Sebastian Warzecha z Weszło idealnie podsumował styl Polki w swoim tekście:

(...) to, jak gra Chwalińska w tym turnieju, to trochę taki wgląd do innej ery, kilka dekad do tyłu. To wtedy tak mieszano rotacjami, wtedy używano tyle slajsa, wtedy grano wysoko pod koniec kortu. Dziś – w erze znacznie bardziej fizycznej – to rzecz nieco zapomniana. I nie dziwi, że Maja tak potrafi uprzykrzać życie rywalkom tego typu grą. Możliwe, że to jedyny turniej, na którym to działa, może w kolejnych już się do tego przyzwyczają. Tym bardziej warto byłoby skorzystać.

Reklama
Reklama

To nie miało prawa się udać. Historia Mai Chwalińskiej to triumf sprytu nad brutalną siłą. (fot. Ian MacNicol / Getty Images)

Oczywiście – jest szansa, że paryski wyczyn to jednorazowy strzał, turniej życia, o którym Maja będzie opowiadać swoim wnukom. Oczywiście: obawiamy się, że rywalki dogłębnie przeanalizują jej styl i co za tym idzie, w kolejnych turniejach nie pozwolą Chwalińskiej na tak piękne rumakowanie. Ale też na ten medal można spojrzeć z drugiej strony: a może umiejętności Polki są tak wysokie, że nawet ich wielogodzinne analizowanie specjalnie nie pomoże przeciwniczkom?

Może będzie z nią, proszę wybaczyć porównanie – ja wiem, że Maja to jeszcze nie ten sportowy poziom, ale dziennikarzowi wywodzącemu się z piłki nożnej nasuwa się samo – jak z Leo Messim w swoim primie? Wszyscy wiedzieli jakie zagrania lubi, a i tak przez lata obrońcy guzik potrafili z tym zrobić.

Marzymy, żeby ta kariera rozwinęła się właśnie w ten sposób, żeby Maja nie poszła w ślady Magdy Linette, która w 2023 r. awansowała do półfinału Australian Open, ale potem nie zbliżyła się już nigdy do tego wyczynu. Z tym że poznanianka miała wtedy 31 lat, może nie był to jeszcze schyłek kariery, ale do jej końca było wtedy na pewno bliżej niż dalej.

Reklama
Reklama

Tu sytuacja jest zgoła inna – Chwalińska to rocznik 2001, rówieśniczka Igi Świątek i zawodniczka mająca najlepsze lata kariery przed sobą. Igę wspominam tu nie bez powodu: dziewczyny znają się i lubią od lat. Przez długi czas grały ramię w ramię – 11 lat temu zostały mistrzyniami Europy młodzików w deblu, a w 2017 r., we wspomnianej Australii, zagrały, bez sukcesu, w deblowym finale pań.

Przez długi czas wydawało się też, że to Maja ma większe papiery na grę. Pamiętam, jak dekadę temu pytałem tenisowych ekspertów o to, kto może przejąć schedę po Agnieszce Radwańskiej – wtedy nazwisko Chwalińska padało dużo częściej niż Świątek.

Cena talentu: zdrowie i psychika

Dlaczego więc to Iga, a nie Maja, jest dziś milionerką i zdobywczynią sześciu tytułów wielkoszlemowych? Szukanie jednej prostej odpowiedzi na to pytanie byłoby głupotą. W tenisie na sukces składa się wiele czynników: talent i pracowitość, czego oczywiście Chwalińskiej nigdy nie brakowało, ale i zdrowie, zarówno to psychiczne, jak i fizyczne. I tu owszem, bywały problemy.

Czołowy ekspert tenisowy Marek Furjan nagrywając ostatnio sylwetkę Mai na swoim kanale „Break Point” powiedział: Mówiło się o niej często, że gra za dużo, że nie potrafi zjechać do pit stopu, zaciągnąć ręcznego hamulca.

Reklama
Reklama

Taki styl prowokował oczywiście urazy, z tym najpoważniejszym Chwalińska musiała sobie radzić w 2022 r. Przeszła wówczas operację kolana, która miała zabrać jej kilka tygodni ze sportowego życia, ale jak się okazało, były to predykcje nad wyraz optymistyczne, ostatecznie młoda Polka straciła wówczas ponad pół roku. A potem długo dochodziła do formy, jak pisał Sebastian Warzecha w swoim tekście na Weszło: „Od powrotu do gry, do turnieju ITF w Porto, gdzie doszła do finału, przełamując się w ten sposób, miała bilans 24-23, a grała przecież w niewielkich imprezach.”

50 cech, które posiada każdy prawdziwy Polak

Nie była to pierwsza olbrzymia przeszkoda w karierze młodej dziewczyny: w czerwcu 2021 roku Chwalińska zawiesiła karierę ze względu na inne problemy. Na swoim Facebooku pisała o nich tak:

Od końca 2019 r. choruję na depresję. Pojawiające się nieustannie kontuzje na pewno nie pomagały mi poradzić sobie z tą chorobą. Próbowałam trenować i rywalizować, ale czułam, jak to wszystko coraz bardziej mnie wykańcza i przytłacza. Doszłam do takiego punktu, w którym nie jestem już w stanie zmusić się do trenowania.

Reklama
Reklama

O chorobie opowiadała też potem w rozmowie z TVP Sport:

Nawet nie da się tego wytłumaczyć. Ktoś pyta „co u ciebie”, a ty masz łzy w oczach. Teraz, kiedy już jest w porządku, nie potrafię tego opisać. Nie chciałam mówić o moim życiu. Każde pytanie wywoływało łzy. Chyba dlatego ludzie ukrywają się z depresją. To dobra lekcja. Nie ma co oceniać innych, bo nikt nie wie, co tak naprawdę dotknięci czują, z czym walczą. Każdy ma jakieś problemy, ale nie każdy potrafi o nich mówić.

No to jeszcze jeden i jeszcze raz: warunki fizyczne. Przed rokiem, w rozmowie z Markiem Furjanem, Maja szczerze opowiadała, że w związku z nimi i swoim stylem na korcie wielokrotnie spotykała się z krytyką:

– (...) Najpierw byłam za drobna, potem za mała, potem słyszałam, że z tym stylem gry się nie da. Bolało, jestem wrażliwą osobą, czasami mnie to dotyka. Pracuję nad tym, żeby wierzyć bardziej w siebie i skupiać się na swojej pracy. 

Reklama
Reklama

W tej pracy pomagają oczywiście oddani w stu procentach ludzie ze sztabu. Trener Mai, Jaroslav Machovsky, jest z nią od 2020 roku. Czech szedł z Polką pod rękę przez wszystkie kręgi jej piekła, a dziś tenisistka mówi o tym, że łączy ich relacja niemalże ojca z córką.

Menedżer Piotr Szczypka stawał na głowie i kręcił piruety, żeby spiąć budżet, te lata walki o przetrwanie tak bardzo go zmęczyły, że ostatnio wszystko puściło i popłakał się przed kamerami Eurosportu, wzruszając swoim oddaniem dla sprawy tysiące Polaków.

Z kolei Maciej Ryszczuk to znany ze współpracy z Igą Świątek trener przygotowania fizycznego. Z Chwalińską pracuje od zeszłego roku, w środowisku mówi się o tym, że to jego doskonała robota pozwoliła zrobić z niej jeszcze lepszą zawodniczkę. 

Nowy rozdział kariery

Reklama
Reklama

Taką, która wygrała już w Paryżu dziewięć spotkań. I bez względu na to, czy zwycięży to najważniejsze, dziesiąte, po Rolandzie Garrosie będzie już na zupełnie innym poziomie: finansowym (do teraz zarobiła we Francji 1,4 mln euro, w sobotę może podwoić tę sumę), rankingowym (w najgorszym wypadku będzie 21. na liście WTA, w najlepszym - 14.) i mentalnym, ponieważ ogranie takich tenisistek jak Zheng, Sakkari, Kalińska czy Sznajder pokazało Mai, że w tenisowym świecie nie musi się bać nikogo. Za to wszyscy powinni zerkać ze strachem w jej kierunku.

Najfajniejsze w tym wszystkim jest jednak co innego: słuchając Polki człowiek dochodzi do wniosku, że niezależnie od tych wszystkich zmian, jedno pozostanie stałe: jej charakter. Ta dziewczyna za dużo razy w życiu potykała się i wstawała, żeby jeden sukces, nawet taki o zasięgu globalnym, zrobił z niej rozkapryszoną gwiazdę.

Chwalińska skromność i klasę zdaje się mieć zapisaną w swoim DNA. Wielki Szlem w CV ich nie wygumkuje, za to wpisze ją do panteonu gwiazd tego sportu. A zatem: Allez, Maja, po zwycięstwo nad Andriejewą! 

Źródło: Zero.pl
Kamil Gapiński
Kamil GapińskiDziennikarz Kanału Zero
Reklama
Reklama