Leo Messi zatrzymał czas. Lata lecą, a argentyński geniusz wciąż nas porywa – tym razem hat-trickiem przeciwko Algierii na mundialu. Od debiutu Messiego w mistrzostwach świata minęło 20 lat, ale jedno się nie zmienia – futbol wciąż daje mu taką samą radość.

- Mimo zbliżających się 39. urodzin i gry w Miami, Leo Messi zachwycił hat-trickiem przeciwko Algierii, udowadniając, że wciąż potrafi wejść na absolutny piłkarski olimp.
- Argentyńczyk wyrównał strzelecki rekord Miroslava Klosego (16 goli na MŚ), a po 35. roku życia zdobył na mundialach więcej bramek niż Henry, Ronaldo czy Maradona w całej swojej karierze.
- Choć media rozpisują się o błędach sędziego Szymona Marciniaka i wpadkach Luki Zidane'a, to świat i tak żyje wyłącznie magią argentyńskiego GOAT-a.
Kiedy Lionel Scaloni zdjął z boiska Messiego w 80. minucie, oczy selekcjonera Argentyńczyków wyraźnie się zaszkliły. Nic dziwnego – ten duet przeszedł razem długą drogę. Gdy Scaloni obejmował kadrę, spora grupa argentyńskich kibiców nie wierzyła, że to trener, który jest zdolny poprowadzić ich drużynę do sukcesów. Ale on wiedział jedno: że ma Messiego. Innymi słowy – dysponuje bronią, jakiej nie posiada żadne piłkarskie mocarstwo. Ich współpraca układa się znakomicie.
W dużej mierze dzięki niesamowitej inteligencji Scaloniego, który dobrze wiedział, że należy zbudować system, który pozwoli błyszczeć najlepszemu zawodnikowi, ale jednocześnie nie będzie on skazany na to, by ciągnąć całą jedenastkę na swoich plecach. Ktoś musiał w tej ekipie nosić fortepian, a ktoś na nim grać. Messi także zrozumiał Scaloniego. Sam przecież doświadczył w ojczyźnie krytyki – wielu kibiców nie dowierzało, że da im to, co kiedyś Diego Maradona: mistrzostwo świata. Obaj udowodnili, że ci, którzy podważają ich kompetencje, są w błędzie. Argentyna wygrała mundial w 2022 roku, po najpiękniejszym finale w historii.
Nie opisujcie, podziwiajcie
Messi mógł spokojnie zakończyć karierę. Odnosząc taki sukces, zamknął pewien rozdział: udowadniania. O ile w Europie, grając w Barcelonie, dokonał tej sztuki już wcześniej, tutaj czas wyczekiwania sprawił, że sukces miał inny wymiar i smak. Gdyby wówczas zatańczył po raz ostatni, nikt nie miałby do niego pretensji. W Argentynie i tak zyskał status boski, jest nieśmiertelny jak Diego. Czując się jednak w tej drużynie dobrze, przede wszystkim mając świadomość, że ona go potrzebuje, mając cały czas wsparcie Scaloniego, Leo postanowił, że mistrzostwa świata w 2026 roku też mogą należeć do Argentyny. Pep Guardiola powiedział kiedyś: – Nie próbujcie opisywać Messiego, podziwiajcie go. Tamto zdanie, wypowiedziane przez ówczesnego trenera Barcelony, pod wodzą którego Messi święcił wielkie triumfy, rezonuje po dziś.
Przeczytaj także: Mundialowy luksus szefa FIFA. Greenpeace punktuje podróże Infantino
Zresztą czuć jego wymiar w słowach Scaloniego po wyczynie Leo przeciwko Algierii. – Nie mam słów, żeby opisać Messiego. Od dwudziestu lat przyzwyczaja nas do takich rzeczy. Inspiruje każdego, kto ogląda go na boisku – powiedział selekcjoner Argentyny. Messi zawiesił poprzeczkę tak wysoko, że nie tylko nikt nie może jej przeskoczyć, ale przede wszystkim uczynił z cudów normalne, zwykłe historie. Gol? Okej. Trofeum? No pewnie. Cudowna asysta? Jasna sprawa. Jego dokonania są tak wielkie, że trochę nam spowszedniały. A szkoda, bo powinno się o nich mówić częściej i głośniej. – Wszystko, czego teraz doświadczam, jest dla mnie czymś dodatkowym, bonusem. Miałem szczęście spełnić swoje marzenia – a nawet osiągnąć więcej, niż kiedykolwiek mogłem sobie wyobrazić, zarówno jako piłkarz, jak i jako człowiek – wyznał po spotkaniu Messi.
Absurdalne liczby
Co jeszcze nam pokaże? Biorąc pod uwagę fakt, że Albicelestes są w grupie z Algierią, Austrią i Jordanią, wyrównany przez Leo rekord Miroslava Klosego – 16 goli na mundialach – właściwie możemy już uznać za pobity. Szokująca jest jednak inna liczba: odkąd Messi skończył 35 lat, zdobył podczas MŚ więcej bramek (10), niż gracze tacy jak Harry Kane, Diego Maradona, Cristiano Ronaldo i Thierry Henry mają na koncie w całych swoich mundialowych karierach. Sęk w tym, że Messi nie żyje liczbami. One są czymś, co nazwać można naturalną konsekwencją zdarzeń. Messi żyje momentami. Golami, emocjami, wzruszeniami – po meczu przeciwko Algierii mówił, że ostatnio przeżywał trudne dni i nie ma to związku z futbolem, dlatego w jego oczach pojawiły się łzy.
Genialny Argentyńczyk stworzył więź z kibicami nie tylko ze swojego kraju. Po jednym z jego trafień kamery uchwyciły bijącego mu brawo fana Algierii. To nic nadzwyczajnego – talent Messiego od lat podziwiany jest na całym globie. Kiedy profesor daje taki wykład, nie ma niczego złego w owacji na stojąco. Sześć mundiali. 200 meczów w reprezentacji Argentyny. Hat-trick na mistrzostwach świata, który daje mu już 120 bramek w narodowych barwach. 24 czerwca, podczas trwania fazy grupowej, cztery dni przed meczem z Jordanią, Leo skończy 39 lat. Ale to też tylko liczba – jak wszystkie jego rekordy. Komuś mogło się wydawać, że człowiek cieszący się spokojną emeryturą w Miami, gdzie David Beckham buduje swoje piłkarskie imperium, nie może być dobrze przygotowany na taką imprezę jak mundial. Nic bardziej mylnego.
Leo vs Diego
Messi to kilka opowieści w jednej karierze. Mały chłopiec, w którego wierzyła jedynie babcia. Introwertyk, który przemawia jako artysta na boisku, wywołując u ludzi skrajne objawy ekstrawertyzmu. Wielki talent, dotknięty palcem bożym, który jednak chciał pracować i nigdy nie czuł się na tyle lepszy od reszty, by to go zatrzymało w rozwoju. Nic dziwnego, że lata lecą, a stadiony wciąż go oklaskują. Messi wprowadza bowiem publiczność w rodzaj transu – to nie jest już piłka, ale jakieś zbiorowe, mistyczne przeżycie.
Rzeczy, które robi na murawie, dla wielu fanów wykraczają daleko poza sport. Bo przecież banałem byłoby powiedzenie, że Leo Messi jest po prostu piłkarzem. To raczej bohater masowej wyobraźni. Maradona zawsze był głośny. Krzyczał, krytykował, wojował, pasował do Neapolu, bo był jak Wezuwiusz – uśpiona w nim była lawa, eksplozja mogła nastąpić w każdej chwili. Impulsywny, porywczy, genialny.
Messi przemawia inaczej – spokojem. Maradona upadał często, Messi – rzadko. Diego miał swoje demony, Leo – rodzinny spokój. Maradona to mafia, kobiety, cygara, samochody, narkotyki. Messi – żonglerka w ogródku z ukochanym psem albo odbijanie piłki głową z Luisem Suárezem w basenie. To dwaj zupełnie różni królowie futbolu. W starych migawkach, na których Maradona mija (polecam z argentyńskim komentarzem) Anglików jak tyczki na mundialu w 1986 roku, Diego jest wciąż wielki, kosmiczny.
Przeczytaj także: Vozinha. Kibice z całego świata oszaleli na punkcie bramkarza, który zatrzymał Hiszpanię
Dla mojego pokolenia był kimś z innego wymiaru, ale nawet ono musi docenić Messiego, bo jego liczby czynią z Maradony kogoś znacznie mniejszego, niż był. Zdobycie mistrzostwa świata wytrąciło ostatni argument w sporach o wielkość. Warto jednak pamiętać, że to były inne czasy. Liczba meczów w europejskich pucharach była mniejsza. Liczba meczów reprezentacji – znikoma. Piłkarze prowadzili się inaczej (zazwyczaj gorzej, choć nie wszyscy aż tak źle jak Diego), kontuzje leczyły się dłużej lub wcale – przecież wielki Marco van Basten skończył karierę przed trzydziestką, dziś pewnie do czegoś takiego by nie doszło. Ale nie ma sensu tego zestawiać – dla obu jest miejsce w historii. Maradona miał „rękę Boga”, która w erze VAR-u byłaby zwykłym oszustwem ośmieszającym strzelca. Messi takich incydentów nie zaliczył. Opowieść o nim jest inna.
Leo vs Cristiano
Messi przez lata rywalizował z Cristiano Ronaldo i dopiero gdy Portugalczyk przeniósł się do ligi w Arabii Saudyjskiej, a Argentyńczyk zaczął grać w USA, temperatura tej batalii wystygła. Ale nie ściszono głosów debaty w ich „kościołach”. A zbudowali potężne, zero-jedynkowe, radykalne wyznania wiary. Mundial tę historię ożywia. Sprawia, że znów mówi się o CR i Messim. Po hat-tricku Leo wszyscy czekają na odpowiedź Cristiano. Nie muszą długo – Portugalia już dziś mierzy się z Demokratyczną Republiką Konga. Pojawienie się Ronaldo było zbawieniem dla Messiego.

Nowa historia futbalu tworzy się na naszych oczach. (fot. Michael Steele)
Obsesja na punkcie doskonalenia swoich umiejętności, przedłużanie piłkarskiego życia dawały motywację argentyńskiemu GOAT-owi. Dwaj różni ludzie, różni zawodnicy, obaj wielcy, wieszający poprzeczkę na wysokościach niedoścignionych dla śmiertelników. Można odnieść wrażenie, że Cristiano Ronaldo krzyczał głośniej.
Wiele rzeczy, które o sobie mówił – z przekonaniem o własnej wielkości – nie przeszłyby Messiemu przez gardło. Jeśli ktoś jednak myśli, że Leo jest skromnym chłopakiem, wątpiącym w swoje możliwości, to po prostu oszalał. Obaj znają swoje limity, ale teraz chcą je przesunąć za linię, gdzie pojawia się już obłęd. I choć nie widać było w grze Messiego zmęczenia – przeciwnie, emanował z niego luz, jakby znów miał 18 lat – to jednak ma świadomość nieuchronności czasu, z którym nikt nie jest w stanie wygrać.
To długoletnie sprawdzanie granic własnych możliwości zaowocowało najpiękniejszą rywalizacją w historii futbolu. Cieszmy się jej ostatnimi akordami. Jeśli to ma być ostatni taniec Leo Messiego, a przy okazji ostatni taniec Ronaldo, niech trwa jak najdłużej. Będziemy tęsknić. – Bawię się jak dziecko na ulicy. Gdy przestanie mnie to cieszyć, odejdę z futbolu – powiedział kiedyś Messi i nie da się lepiej zdefiniować jego relacji z piłką nożną.
Syn Zidane’a pomógł
Mundial wkroczył w nową fazę, na scenę weszli najwięksi. Kylian Mbappé strzelił dwa gole Senegalowi, Erling Haaland dwa razy trafił z Irakiem, a Messi to wszystko pięknie spuentował. Turniej zaczyna się rozkręcać, wskakiwać na zupełnie inne obroty. Oczywiście zawsze pojawiają się głosy krytyki. Na przykład po starciu Argentyny z Algierią sporo mówi się o czerwonej kartce, której Szymon Marciniak nie pokazał Messiemu, czy też o błędach Luki Zidane’a, bramkarza Algierczyków, syna legendarnego Zinedine’a.
Przeczytaj także: Lekcja futbolu i pokory. Jak Japonia rzuciła wyzwanie piłkarskim potęgom
Ale tak już jest skonstruowany futbol, że bramkarze się mylą, sędziowie – również. Ci ostatni często zwracają uwagę na status piłkarza. Jasne, że arbitrowi prędzej zadrży ręka, gdy ma wyrzucić z boiska boga futbolu, a bez problemu wywali przypadkowego zawodnika. Choć fakt, że Polak nie pokazał Messiemu nawet żółtej kartki, jest absurdem. To wszystko zeszło jednak na dalszy plan, schowało się w cieniu geniuszu Argentyńczyka.
