Rząd rozważa istotne zmiany w podatkach na przyszły rok – informuje money.pl. Według serwisu, na stole leży kilka nowych, pośrednich stawek podatkowych wraz z przypisanymi do nich progami dochodowymi. Dla budżetu państwa to tańsze rozwiązanie niż podniesienie kwoty wolnej od podatku – a dla obywateli realne korzyści. O ile mniej płacilibyśmy fiskusowi po zmianie systemu? Mamy wyliczenia.

- Prace nad budżetem na 2027 r. wkraczają w ostatnią fazę. Jak donosi money.pl, podczas niedawnego spotkania szefów partii koalicyjnych dyskutowano o zmianach w podatkach, które mogłyby stać się elementem nadchodzącej kampanii wyborczej.
- Na stole ma leżeć wprowadzenie kilku nowych, pośrednich stawek podatkowych pomiędzy obecnymi 12 proc. a 32 proc. wraz z przypisanymi do nich progami podatkowymi.
- Wypłaszczenie systemu podatkowego byłoby dla ludzi korzystne – uważa doradca podatkowy Piotr Juszczyk. Ekspert wylicza nam, o ile mniej płacilibyśmy fiskusowi, przedstawiając dwa warianty reformy.
- Korzyści dla podatników to jednak ubytek w dochodach budżetu. Jak zmiany w podatkach oceni Rada Fiskalna, która w tym roku po raz pierwszy będzie opiniować budżet? Pytamy o to jej członka, dr. Marcina Wrońskiego.
Rząd Donalda Tuska jest na finiszu prac nad budżetem na 2027 r. To rok wyborów parlamentarnych, wobec czego od pewnego czasu politycy delikatnie sugerują, że może uda się wygospodarować przestrzeń na korzystne zmiany dla podatników.
Niższy PIT wraca przed wyborami. „Jest jeszcze przestrzeń”
Rząd szykuje zmiany w podatkach?
Jak informuje serwis money.pl, niedawno miało miejsce spotkanie koalicyjnych liderów, którzy dyskutowali nad kierunkiem reform podatkowych. W rządzie panuje zgoda co do tego, że powinny one być odczuwalne w roku wyborczym. Powiedzmy wprost: chodzi o takie zmiany, które mogłyby zostać wykorzystane jako element kampanii.
Takim elementem kampanii w 2023 r. było podwojenie kwoty wolnej od podatku, z obecnych 30 tys. zł na 60 tys. zł, do dziś niezrealizowane. Ta obietnica wciąż jest wypominana Koalicji 15 października.
W ostatnich tygodniach politycy przebąkiwali o tym, że może uda się w tej kwestii coś podziałać, ale koszt dla budżetu byłby olbrzymi – minister finansów Andrzej Domański kilka dni temu wskazał, że obecnie jest on szacowany na ponad 60 mld zł. W związku z tym bodaj najsłynniejszy ze „100 konkretów na 100 dni rządów” pozostanie w tej kadencji niespełnionym zobowiązaniem. Potwierdza to rozmówca money.pl z kręgów rządowych, który mówi otwarcie: – Rozsądne byłoby 60 tys. zł, ale państwa na to nie stać.
Dlatego, jak dodaje informator serwisu, bliżej ma być do decyzji o podwyżce progu podatkowego. To też temat, który rozpala debatę publiczną. Progi podatkowe w Polsce nie zmieniły się od czasu reformy Polskiego Ładu (2022 r.) i coraz więcej Polaków boleśnie to odczuwa.
Progi podatkowe wreszcie mogą drgnąć
Obecnie do kwoty dochodu rocznego 120 tys. zł obowiązuje stawka 12 proc. podatku PIT, a potem mamy gwałtowny przeskok: dla dochodu rocznego powyżej 120 tys. zł obowiązuje stawka 32 proc. To znaczy, że osoba, która w danym roku uzyskała dochód o wartości przekraczającej 120 tys. zł musi zapłacić 32-proc. podatek od nadwyżki powyżej tej „granicznej” kwoty.
Jeden z mniejszościowych koalicjantów, Polska 2050, chce podwyższenia progu podatkowego do 140 tys. zł. Jak wskazywał w rozmowie z Zero.pl Jan Szyszko, wiceminister funduszy i polityki regionalnej wywodzący się z tej właśnie partii, koszt takiego rozwiązania dla budżetu to ok. 9 mld zł.
Ale ta opcja, według ustaleń money.pl, nie ma raczej szans na stanie się faktem. Rząd ma skłaniać się raczej ku wprowadzeniu kilku nowych stawek podatkowych wraz z przypisanymi do nich progami dochodowymi. Ma to być rozwiązanie, za którym szczególnie optuje Lewica. – Chodzi o to, by ludzie nie mieli poczucia szoku, przechodząc ze stawki 12 proc. od razu na 32 proc., tylko, by było coś jeszcze pomiędzy – mówi money.pl przedstawiciel tej formacji, chcący zachować anonimowość.
Świadomość tego poczucia szoku ma też minister Domański. – Dzięki rosnącym wynagrodzeniom rzeczywiście wielu Polaków wpada w drugi próg podatkowy – przyznał niedawno na antenie RMF FM.
Przypomnijmy, że zmian w systemie podatkowym nie było od 2022 r. Rzeczywistość nie nadążą w związku z tym za rosnącymi pensjami. Między 2022 a 2025 r. przeciętna płaca w Polsce urosła o 40,3 proc. (z 6346,15 zł brutto do 8903,56 zł brutto), a minimalne wynagrodzenie poszybowało aż o 55 proc. (z 3010 zł brutto do 4666 zł brutto).
Według danych Ministerstwa Finansów, w rozliczeniu za 2025 r. drugi próg przekroczyło aż 2 mln 411 tys. podatników (ok. 10 proc. ogółu podatników PIT). Jeszcze w 2024 r. sytuacja ta dotyczyła ok. 1,94 mln podatników.
– W mojej ocenie system progów podatkowych powinien być bardziej wypłaszczony. Inflacja w ostatnich latach mocno zjadała podwyżki – mówi Zero.pl Piotr Juszczyk, główny doradca podatkowy inFaktu.
Ekspert uważa, że dobrym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie pośredniego progu podatkowego z dochodem rocznym w przedziale 120 tys.–180 tys. zł. Pośrednia stawka podatkowa mogłaby wynieść 18 proc. lub 20 proc.
Korzyści dla podatników byłyby znaczące
Piotr Juszczyk przedstawia nam wyliczenia potencjalnych korzyści dla podatników, jakie dałyby takie zmiany. Przykładowo: osoba z dochodem rocznym 140 tys. zł „łapie się” obecnie na drugi próg podatkowy. Jej dochód do kwoty 120 tys. zł jest opodatkowany stawką 12 proc., a więc podatnik zapłaci 120 000 x 12 proc. minus kwota zmniejszająca podatek w wysokości 3600 zł, czyli 10 800 zł. Podatek liczony od nadwyżki powyżej granicznej kwoty 120 tys. zł wygląda już nieco inaczej. Ta nadwyżka to 20 tys. zł (140 000 minus 120 000), a danina dla fiskusa to 20 000 x 32 proc., czyli 6 400 zł. Łącznie w danym roku podatkowym ta osoba odprowadzi więc 17 200 zł podatku (10 800 zł plus 6 400 zł).
Gdyby rząd wprowadził pośredni próg podatkowy dla dochodu rocznego 120 tys.–180 tys. zł, przy stawce podatkowej 18 proc. taki podatnik zapłaciłby 14 400 zł podatku w całym roku podatkowym – a więc o 2 800 zł mniej. Gdyby stawka podatkowa wyniosła 20 proc., nasz podatnik zapłaciłby fiskusowi w całym roku 14 800 zł – o 2 400 zł mniej niż obecnie.

Symulacja korzyści dla podatników po wprowadzeniu pośrednich stawek podatkowych 18 proc. i 20 proc. oraz progu dochodowego 120 tys.–180 tys. zł (fot. Piotr Juszczyk, inFakt / Zero.pl)
Dodajmy, że rząd ma podobno rozważać jeszcze wprowadzenie stawki podatkowej powyżej 32proc. Zdaniem informatora money.pl z Lewicy, miałaby ona dotyczyć osób „najbogatszych”, przez co system podatkowy w Polsce „stałby się jeszcze bardziej progresywny”.
Jak Rada Fiskalna oceni zmiany w podatkach? Mamy komentarz
Jak zwykle przy propozycjach zmian w podatkach, pojawia się pytanie, czy budżet państwa stać na to, by wpływy z danin zmalały. W tym roku po raz pierwszy projekt budżetu państwa będzie oceniać Rada Fiskalna – siedmioosobowe gremium ekonomistów, do zadań którego należy opiniowane działań rządu w zakresie finansów publicznych. Stanowisko Rady Fiskalnej nie jest wiążące dla Ministerstwa Finansów, jednak stanowi ważny „głos rozsądku”. Jak może ona ocenić potencjalne uszczuplenie dochodów państwa?
– Rada Fiskalna nie jest jakimś równoległym rządem, który będzie decydować za polityków, jak będą wydawać pieniądze – przypomina w rozmowie z Zero.pl jeden z jej członków, dr Marcin Wroński z SGH. – Z naszego punktu widzenia istotne będzie to, czy rząd zmieści się w stabilizującej regule wydatkowej (chodzi o nieprzekraczalny limit wydatków dla jednostek sektora rządowego i samorządowego w roku budżetowym – red.).
– Faktem jest, że rozstrzał między stawkami podatkowymi w Polsce należy do największych w UE – przyznaje ekonomista. – Rzadko się zdarza, żeby podatnik przeskakiwał z 12 proc. od razu aż na 32 proc. Z tej perspektywy zasadne wydaje się podniesienie drugiego progu i wyrównanie tego w jakiś sposób zwiększeniem liczby stawek podatkowych.
– Faktem jest też to, że rząd zakładał w oficjalnych dokumentach przesyłanych do Komisji Europejskiej, że zamrożenie progów fiskalnych będzie częścią strategii zmniejszania deficytu – dodaje dr Wroński. – Jak widać, okazało się to politycznie niemożliwe.
Chodzi o Średniookresowy Plan Budżetowo-Strukturalny, który rząd Donalda Tuska przyjął jesienią 2024 r. W związku z objęciem Polski procedurą nadmiernego deficytu przez KE, zobowiązał się w nim do szeregu działań, które miały ten deficyt sprowadzić poniżej granicznej wartości 3 proc. PKB. Rząd prognozuje obecnie, że w 2026 r. deficyt w budżecie wyniesie ok. 6,5 proc. PKB.
Między podatkowymi obietnicami a okiem Brukseli. Gra o budżet ruszyła
– Z punktu widzenia rady fiskalnej istotne będzie to, jak wysokie będą koszty tej reformy – podsumowuje Marcin Wroński. – Mamy podwyższony poziom deficytu i przestrzeń fiskalna jest ograniczona.

