Piddington. Mała wieś pod Oxfordem znalazła się w centrum gorącej debaty na Wyspach. Rząd chce wykorzystać pobliskie, nieczynne obiekty wojskowe do zakwaterowania nawet 1250 migrantów. Dla osady zamieszkałej przez ok. 350 osób, oznacza to rewolucję. Mieszkańcy zorganizowali wewnętrze referendum, pomysł oprotestowała część lokalnych polityków Partii Pracy. Pojawił się też argument zbudowania obok.. domu publicznego.

- Rząd Partii Pracy chce odejść od kosztownego zakwaterowania migrantów w hotelach i przenieść osoby oczekujące na decyzję azylową do większych, kontrolowanych obiektów, m.in. byłych baz wojskowych.
- Piddington stało się symbolem lokalnego sprzeciwu – plan zakwaterowania około 1200 osób w sąsiedztwie niewielkiej społeczności mieszkańcy uznają za nieproporcjonalny. W symbolicznym referendum 96 proc. głosujących opowiedziało się za „opuszczeniem Wielkiej Brytanii”.
- – I to jest wszystko coś, co, co definitywnie składa się na obraz, nowego, wyłaniającego się konsensu brytyjskiego. Jeśli będzie on w świetle sondaży w miarę trwały, będzie musiał wpływać na postawy polityków – mówi Zero.pl ekspert ds. Wielkiej Brytanii i Irlandii, dr Przemysław Biskup.
Plan jest częścią rządowej strategii odchodzenia od zakwaterowania osób ubiegających się o azyl w hotelach. Władze chcą wykorzystywać większe, kontrolowane obiekty, w tym byłe bazy wojskowe. Argument jest przede wszystkim ekonomiczny i organizacyjny: hotele są drogie, a duże obiekty mają pozwolić na centralizację usług i ograniczenie kosztów.
Minister ds. migracji Anna Turley przekonuje, że system powinien być bardziej sprawiedliwie rozłożony między regiony. Rząd wskazuje, że ciężar przyjmowania osób ubiegających się o azyl przez lata spadał w nieproporcjonalnym stopniu na uboższe społeczności.
W podobnym duchu wypowiada się premier Andy Burnham, który argumentuje, że także zamożniejsze części Anglii powinny „odegrać swoją rolę” w zakwaterowaniu osób oczekujących na decyzję azylową. Problem polega na tym, że mieszkańcy Piddington nie postrzegają planu jako zwykłego „podziału odpowiedzialności”. W ich ocenie skala przedsięwzięcia jest nieproporcjonalna do wielkości miejscowości.
Piddington „Wioska, która ryczy”
Sprzeciw przyjął formę, która szybko wyszła poza lokalną politykę. Mieszkańcy zorganizowali symboliczne referendum w sprawie wystąpienia Piddington ze Zjednoczonego Królestwa. Jak podał przewodniczący Rady Parafialnej Piddington, Tom McNally, w głosowaniu wzięło udział 2/3 wioski a 96 proc. z nich opowiedziało się za opuszczeniem Wielkiej Brytanii. „To nie jest chwyt marketingowy. To miara tego, jak głęboko nasza społeczność czuje, że jej głos musi zostać usłyszany(...)Księstwo Piddington. Wioska, Która Ryczy” – napisał McNally.
Głosowanie nie ma żadnej mocy prawnej. Nie może doprowadzić do faktycznego odłączenia wsi od Wielkiej Brytanii. Było jednak politycznym happeningiem mającym pokazać, jak głęboki jest sprzeciw wobec decyzji podjętej w Londynie. Jedna z mieszkanek, cytowana przez The Times – ujęła swój stosunek do Piddington w prostych słowach „Mieszkamy tutaj, ponieważ chcemy spokoju i bezpieczeństwa”.
Zdaniem eksperta ds. Wysp Brytyjskich, dr Przemysława Biskupa obecnie Wielka Brytania przechodzi okres przeobrażenia w kwestii podejścia do polityki migracyjnej. Społeczne niezadowolenie ma przełożenie także na socjalistyczną partię rządzącą. – Nawet oficjalna pozycja Partii Konserwatywnej, która jest ucieleśnieniem establishmentu jest taka, że w przypadku zdobycia władzy doprowadzi ona do wyjścia Wielkiej Brytanii z Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i rozpocznie proces deportacji części nielegalnych imigrantów – mówi.
– I co więcej, liderka tej partii, Kemi Badenoch – która osobiście jest przecież pochodzenia nigerskiego, oświadczyła, że akceptacja tego zobowiązania wyborczego będzie warunkiem wstępnym da kandydatów na posłów z ramienia tej partii – dodaje ekspert.
– Partia Pracy też zaczęła rewidować swoje stanowisko. Tutaj dosyć charakterystyczna jest postać minister spraw wewnętrznych Shabany Mahmood. Jest muzułmanką pochodzenia pakistańskiego. Gdy objęła stanowisko ministra spraw wewnętrznych, to wszyscy odczytywali to jako triumf prawego skrzydła Partii Pracy, tak zwanego ruchu Blue Labour. To pokazało, że koniec końców nawet partia rządząca jest gotowa do rewizji bardzo liberalnych założeń polityk emigracyjnych, przyjmowanych wcześniej – przekonuje analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.
Rząd Partii Pracy broni jednak zasady bardziej równomiernego rozmieszczenia zakwaterowania dla osób ubiegających się o azyl. Jego argument jest prosty: jeżeli system ma funkcjonować, nie można stale umieszczać migrantów w tych samych, często mniej zamożnych regionach kraju. Ale również politycy Partii Pracy zaczęli zgłaszać zastrzeżenia do sposobu realizacji tej polityki.
Posłanka Labourzystów, Rachael Maskell krytykowała plany umieszczenia ok. 1200 mężczyzn ubiegających się o azyl w pobliżu znacznie mniejszej miejscowości w North Yorkshire. Zwracała uwagę na ogromną dysproporcję demograficzną — w jednym z analizowanych przypadków miałoby przypadać około sześciu mężczyzn na każdą kobietę w lokalnej społeczności.
Konserwatyści z kolei oskarżają rząd o przerzucanie problemu na społeczności, które wcześniej nie musiały mierzyć się z tak dużymi ośrodkami. W ten sposób powstała dość nietypowa koalicja krytyków: część prawicy sprzeciwia się samej skali migracji, część polityków centrolewicy kwestionuje sposób rozmieszczania migrantów, a mieszkańcy Piddington koncentrują się przede wszystkim na lokalnych konsekwencjach.
Wielka Brytania. Kontrowersyjne zatrzymanie nastolatka przez policję stało się viralem
– Najważniejszym z projektów, które chciała kontynuować Shabana Mahmood była nowelizacja ustawy na temat polityki migracyjnej, którą ona wprowadzała pod obrady i która ma zaostrzyć zasady tej polityki. Na prawicy mamy więc definitywne przesunięcie programowe, zaś w ramach Partii Pracy trwa debata, ale widać bardzo mocny głos prawego skrzydła ugrupowania, bardziej tradycjonalistycznego, który mówi „nie możemy mieć takiej polityki migracyjnej, jak ją mieliśmy do tej pory”. Jak się spojrzy jeszcze ogólnie na sondaże w tej sprawie – to znaczy stosunku do polityki migracyjnej, to widać, to definitywnie w społeczeństwie w proporcji 75-80 proc. za zaostrzeniem jej zasad, i 20-25 proc. przeciw – mówi Przemysław Biskup.
W brytyjskich mediach pojawiły się w tym tygodniu doniesienia o rekordowych liczbach osób pobierających zasiłki socjalne – chodzi o mieszkańców urodzonych za granicą. Dodatkowo opinia publiczna podjęła temat rekordowej liczby mieszkań socjalnych, przyznawanych przedstawicielom mniejszości.
– I to jest wszystko coś, co, co definitywnie składa się na obraz nowego, wyłaniającego się konsensu brytyjskiego. Jeśli będzie on w świetle sondaży w miarę trwały, będzie musiał wpływać na postawy polityków. Bo nie sposób rządzić wbrew 80 proc. społeczeństwa – dodaje ekspert PISM.
Edwina Currie i „burdel”
Do dyskusji dołączyła również Edwina Currie, była konserwatywna minister zdrowia w rządzie Margaret Thatcher. Jej komentarz wywołał jednak znacznie większą burzę niż większość argumentów dotyczących Piddington.
Currie, komentując plan zakwaterowania około 1200 młodych mężczyzn, zasugerowała w Times Radio, że w pobliżu ośrodka można byłoby otworzyć „burdel”. Później broniła wypowiedzi, tłumacząc, że została sformułowana częściowo żartobliwie i miała zwrócić uwagę na problemy, jakie może powodować skoncentrowanie tak dużej liczby samotnych mężczyzn w niewielkiej wiejskiej społeczności. – Jestem bardzo zadowolona, że wkurzyłam kilka osób, bo to skoncentrowało uwagę na problemie – powiedziała konserwatywna polityk w podcaście Times News na YouTube.
Profesor Cambridge oskarżony o plagiat nie żyje. „To jest po prostu szaleństwo”
Jej słowa wywołały natychmiastową krytykę. Organizacje zajmujące się prawami kobiet uznały komentarz za poniżający i sugerujący, że kobiety mogą być traktowane jako sposób na „rozładowanie” potrzeb seksualnych mężczyzn. Od wypowiedzi dystansowali się również politycy Partii Konserwatywnej.
Currie utrzymywała jednak, że jej zasadnicza uwaga dotyczyła potencjalnych napięć społecznych wynikających z koncentracji tak dużej grupy młodych mężczyzn w małej miejscowości, a nie postulowania rzeczywistego rozwiązania w postaci domu publicznego.
Przywileje i problemy
Zdaniem Przemysława Biskupa na obecną ocenę polityk migracyjnych brytyjskiego społeczeństwa wpływ ma szereg zjawisk. Jednym z nich jest kwestia przywilejów jednych grup społecznych kosztem innych. – Z powodu najpierw incydentów na tle autentycznie rasistowskim, a potem wprowadzonych by im zapobiegać polityk i regulacji, wytworzyła się sytuacja, w ramach której niektórzy biali mieszkańcy Wielkiej Brytanii są w położeniu gorszym od osób wychodzących się z mniejszości etnicznych i rasowych – mówi ekspert PiSm.
– Na przykład, jak się spojrzy w tej chwili na statystyki z zakresu usług społecznych, to widać, że na przykład biali chłopcy z rodzin o pochodzeniu, robotniczym, czy „ludowym”, są grupą, która ma najgorsze wyniki w systemie edukacyjnym. Mają najmniejszą zdawalność matur, najmniejsze podchodzenie do matur, najgorzej im się dostać na studia, etc. Jednocześnie nie ma dla nich dedykowanych programów w sprawie – w przeciwieństwie do mniejszości etnicznych czy społecznych.
– Są np. programy wsparcia ogólnego dla dziewczynek i białe dziewczynki też z nich skorzystają. Ale jak jest się chłopcem z rodziny robotniczej, to szanse, że uzyska się porządne wykształcenie, są w skali społeczeństwa brytyjskiego proporcjonalnie w tej chwili najmniejsze – dodaje dr Biskup.
Skala migracji
W 2026 r. rząd zaczął zamykać kolejne hotele wykorzystywane do zakwaterowania osób ubiegających się o azyl. Według The Guardian do połowy sierpnia zamknięto 44 takie obiekty, a docelowo rząd chce całkowicie odejść od modelu hotelowego w obecnej kadencji.
W przypadku osób, które przybyły do Wielkiej Brytanii małymi łodziami w latach 2018–2025, do połowy 2026 r. 178 tys. 845 z nich złożyło wniosek o azyl. Spośród tych osób 132 tys. 894 otrzymały już merytoryczną decyzję pierwszej instancji. Ponad 79 tys. osób otrzymało ochronę lub inną formę zezwolenia na pozostanie, a 53 tys. 305 otrzymało odmowę. Oznacza to, że wśród spraw już rozstrzygniętych około 60 proc. zakończyło się przyznaniem ochrony lub innej formy prawa pobytu.

