Reklama
Kraj

Polski system bezpieczeństwa zmierzył się z najgroźniejszym przeciwnikiem

Rozgłos, jaki zyskał sprawca krakowskiej tragedii, może przyciągnąć kogoś, komu marzy się podobna sława. Może przyciągnąć także znanych polskim służbom „starych wrogów”. Może ich inspirować i kusić.

Sławomir Dębski
Opinia autorstwa: Sławomir Dębski
Dzisiaj 06:00
15 min
Po zamachu w Krakowie. Jak zmieni się bezpieczeństwo w polskich miastach? (fot. PAP)

W sobotę w centrum Krakowa, mojego rodzinnego miasta, które wciąż kocham, doszło do zamachu, w którym zginęło sześć niewinnych, postronnych osób – cztery kobiety i dwóch mężczyzn. Przebieg zamachu był zarazem niezwykły i w pewnym sensie przewidywalny. Rynek Główny, Sukiennice, ulica Grodzka, plac Wszystkich Świętych, kościół Świętych Piotra i Pawła, dalej po prawej Wawel, ulica Bernardyńska i Stradom. Krakowianinowi wystarczy wymienić te nazwy. Każde z tych miejsc ma przed oczami. Z każdym wiążą się jakieś wspomnienia.

Strzelanina w Krakowie. Co wiemy o sprawcy krwawego ataku Michale O.

Najgroźniejszy przeciwnik

W ubiegłym roku Kraków odwiedziło ponad 16 milionów gości, z czego prawie 9 milionów skorzystało w mieście z noclegu. Wielu z nich choćby na chwilę odwiedziło miejsca, które były wczoraj świadkami tragedii. Miejsca ikoniczne przyciągają. Wszystkich. Także różnego rodzaju wyrachowanych skur…li, chcących zwrócić na siebie lub swoją „sprawę” uwagę. Czy zatem prawdopodobieństwo zamachu w Krakowie było duże? Jeszcze w piątek odpowiedziałbym, że małe. Czy można było przewidzieć, że gdyby do niego doszło, ucierpi właśnie ta część miasta? Owszem. Ale ikonicznych miejsc jest w Polsce więcej – poza Krakowem są w Warszawie, Gdańsku, Wrocławiu, Łodzi i Częstochowie.

Do ludzi strzelał jeden człowiek. Powstrzymali go w sposób niezwykły i bohaterski, z narażeniem życia, dwaj policjanci – starszy posterunkowy Jakub Kulik i starszy posterunkowy Artur Morański.

REKLAMA
Reklama

Nie znamy jeszcze wszystkich motywów zamachowca. Śledczy badają także okoliczności śmierci jego najbliższych – ojca, matki i siostry. Śledztwo oraz analizy służb bezpieczeństwa dopiero będą odpowiadać na pytanie, czy można było tej tragedii jakoś zapobiec. Czy można było szukać po omacku jeszcze dokładniej? Czy ktoś w szkole, w pracy, w przychodni, na policji, może któryś z sąsiadów, mógł wychwycić ten jeden wątły, wówczas zapewne wątpliwy sygnał, który dałby państwu szansę zapobiec tragedii? Tego się dopiero dowiemy.

Po tragedii każdy z nas czyta przeszłość od końca. Wiemy, co się stało w sobotę, i z tą wiedzą wracamy do piątku. Otóż chciałbym wiedzieć, jak ten piątek wyglądał dla człowieka, który miał podjąć decyzję i soboty jeszcze nie znał. Ale jedno już teraz nie ulega wątpliwości – polski system bezpieczeństwa zmierzył się z najgroźniejszym przeciwnikiem, jakiego można było sobie wyobrazić, w jednym z najbardziej prawdopodobnych miejsc, w których do takiego ataku mogło dojść.

Jeszcze w piątek musielibyśmy w debacie publicznej długo uzasadniać, dlaczego właśnie na taki scenariusz Kraków powinien się przygotować. To ważne, gdyż wpływa na rachunek prawdopodobieństwa w ocenach ryzyka wszystkich analiz bezpieczeństwa. Żadne państwo nie jest w stanie postawić policjanta na każdym skrzyżowaniu i zbudować posterunku oddziałów antyterrorystycznych w każdej dzielnicy większego miasta. Ocenia ryzyko i dysponuje zasobami służb w taki sposób, aby być przygotowanym na najbardziej prawdopodobny scenariusz.

Sukces mierzony brakiem incydentów

Jaki zatem scenariusz państwo polskie uznawało dotychczas za najbardziej prawdopodobny? Polski system bezpieczeństwa jest z oczywistych powodów skierowany na rozpoznawanie zagrożeń z dwóch podstawowych kierunków. Po pierwsze, Europa Wschodnia. Za naszą wschodnią granicą toczy się wojna rosyjsko-ukraińska, dlatego służby polskiego wywiadu wyspecjalizowały się w rozpoznawaniu i neutralizacji różnego rodzaju zagrożeń dla bezpieczeństwa państwa, które powstają lub mogą powstać w związku z przebiegiem toczącego się tam konfliktu zbrojnego.

REKLAMA
Reklama

Drugim zagrożeniem, którym się zajmują, jest międzynarodowy terroryzm, w tym zwłaszcza związany z radykalnymi ruchami islamskimi. Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat polskie służby wywiadowcze osiągnęły wysoki poziom specjalizacji. Czy są na tych kierunkach skuteczne? Obywatel, który próbuje to ocenić na podstawie publicznie dostępnych informacji, staje przed osobliwym problemem. O udanej akcji przeciwnika najpewniej się dowie. Do dziś pamiętamy pożar hali przy Marywilskiej w Warszawie, podpalonej, jak ustaliła prokuratura, na zlecenie rosyjskiego wywiadu. A o ilu podobnych przedsięwzięciach, udaremnionych przez polskie służby, nigdy się nie dowiedzieliśmy?

Z kolei polskie służby kontrwywiadu, oprócz zagrożeń związanych z działaniami rosyjskich, białoruskich, ukraińskich i innych służb na terytorium naszego kraju, zajmują się również obserwacją i przeciwdziałaniem zagrożeniom stwarzanym przez różnego rodzaju radykalne środowiska prawicowe, lewicowe i anarchistyczne. W oczach opinii publicznej ich sukces również jest mierzony „brakiem incydentów”. Nie było dotąd w Polsce zamachów porównywalnych do tych w Londynie, Madrycie, Paryżu, Brukseli, Nicei, Trewirze czy Berlinie.

Służby policyjne rozpoznają z kolei zagrożenia wywodzące się ze środowisk kryminalnych i im przeciwdziałają. Duża strzelanina z gangsterami, w wyniku której zginęło dwóch policjantów, miała miejsce ponad dwadzieścia lat temu, w marcu 2003 roku, w Magdalence. Owszem, gangsterskie porachunki mają w Polsce miejsce, ale dotąd nie mieliśmy do czynienia z żadnym zamachem o dużej skali, którego źródłem byłyby porachunki kryminalne. Polskie służby policyjne także rozlicza się z interwencji, które zdusiły zagrożenie w zarodku.

REKLAMA
Reklama

Stanowski uruchomił zbiórkę dla rannych policjantów. „Zasługują nie tylko na słowa uznania”

Poziom bezpieczeństwa

Czy zatem Polska w dalszym ciągu jest krajem bezpiecznym?

Tak, Polska wciąż jest krajem bezpiecznym. Ale poziom tego bezpieczeństwa stale się obniża, co więcej, obniżamy go także sami. Za każdym razem, gdy polityk uczy swoich wyborców, że prawa należy przestrzegać tak, jak on je rozumie. Gdy przez lata przekonuje ich, że na szacunek dla urzędu Prezydenta Rzeczypospolitej, dla Rządu i jego ministrów, Sejmu czy Trybunału Konstytucyjnego wpływ powinno mieć to, kto aktualnie go obsadza lub sprawuje, a jeśli jest politycznym konkurentem, to tym gorzej dla tego urzędu i majestat Rzeczypospolitej można wobec tego niszczyć.

Wreszcie, gdy tę samą zasadę przenosi na stosunek do ludzi noszących polski mundur. Warto sobie uświadomić praktyczne konsekwencje takiej politycznej praktyki. Przecież liczymy właśnie na to, że obywatel, który dostrzeże ów wątły, niejednoznaczny sygnał zagrożenia, pójdzie z nim na policję. A skąd ma się wziąć jego zaufanie do policjanta reprezentującego polskie państwo i dysponującego jego monopolem na stosowanie przemocy, skoro sami tak gorliwie pracujemy nad tym, żeby je zniszczyć?

REKLAMA
Reklama

Podobnie jest z podsycaniem waśni narodowościowych. Im łatwiej przekonać w Polsce człowieka, że jego sąsiad, uchodźca wojenny, ze względu na swoje pochodzenie jest jego wrogiem, tym łatwiejszą pracę mają zarówno obce służby, jak i organizacje ekstremistyczne poszukujące ludzi gotowych działać przeciwko bezpieczeństwu polskich obywateli. Politycy wszystkich opcji, publicyści i liderzy opinii powinni to brać pod uwagę.

Polityk może po wyborach zmienić temat swojej politycznej aktywności. Policja i kontrwywiad nadal będą musiały sprawdzać pogróżki, chronić ludzi, pod których adresem je skierowano, i ustalać, kto za nimi stoi. A każda służba ma swoją wyporność. Przy określonej liczbie funkcjonariuszy, przy siłach i środkach, którymi dysponuje, może równocześnie prowadzić tylko określoną liczbę spraw. Kto więc dla doraźnej politycznej korzyści rozpętuje narodowościowe emocje, ten powinien umieć odpowiedzieć także na pytanie, od jakiej innej sprawy proponuje tych funkcjonariuszy odciągnąć.

Jest potwierdzenie. Portugalka ranna w krakowskim ataku

Zdrowie psychiczne Polaków

Najtrudniejsze bodaj z nowych wyzwań dla państwa polskiego dotyczy zdrowia psychicznego Polaków. Co to ma wspólnego z bezpieczeństwem? W grudniu ubiegłego roku w Jeleniej Górze zamordowano jedenastoletnią dziewczynkę. W związku z jej śmiercią zatrzymano dwunastoletnią uczennicę tej samej szkoły. Miesiąc temu w Leszczydole-Nowinach pod Wyszkowem piętnastoletni były uczeń zaatakował troje pracowników swojej dawnej szkoły. Zginęła trzydziestosiedmioletnia woźna, wśród rannych był dyrektor. Po każdej takiej tragedii wraca pytanie, czy ktoś wcześniej widział coś, co go zaniepokoiło. Dodałbym do niego drugie. Załóżmy, że widział. Do kogo miał się z tym zwrócić i jak długo przyszłoby mu czekać na pomoc?

REKLAMA
Reklama

O skali potrzeb coś już wiemy. Według ZUS w 2025 roku lekarze wystawili w Polsce 1 mln 759 tys. zwolnień z powodu zaburzeń psychicznych i zaburzeń zachowania. W ciągu zaledwie trzech lat liczba takich zwolnień wzrosła o blisko 36 proc., a liczba dni nieobecności w pracy o 43 proc. – z 23,8 mln do 34,1 mln. Inna liczba daje wyobrażenie o zmianie, jaka dokonała się w ciągu dekady. W 2023 roku refundowane leki przeciwdepresyjne wykupiło w Polsce 1,7 mln osób, o 83 proc. więcej niż w roku 2013. Część tego wzrostu może się oczywiście brać stąd, że lekarze lepiej rozpoznają zaburzenia, a ludzie chętniej szukają pomocy. I bardzo dobrze. Z punktu widzenia państwa oznacza to jednak, że coraz więcej obywateli takiej pomocy od niego potrzebuje.

Czy kryzys psychiczny odegrał rolę także w Krakowie? Tego jeszcze nie wiemy. Minister spraw wewnętrznych mówił o fascynacji sprawcy skrajnym nacjonalizmem. O tym, co skłoniło go do zabijania przypadkowych przechodniów w Krakowie, dowiemy się więcej ze śledztwa. Liczba zwolnień lekarskich niczego nam w tej konkretnej sprawie nie wyjaśni. Widzę natomiast problem, z którym państwo będzie musiało umieć sobie radzić. Jeżeli rodzic szuka pomocy dla dziecka w kryzysie, a nauczyciel wie, że to samo dziecko zaczęło komuś grozić, to każdy z nich ma tylko część wiedzy potrzebnej do rozsądnego działania. Czy potrafimy pomóc obojgu zawczasu, czy dopiero po tragedii prokurator ustali, co wiedział każdy z osobna?

REKLAMA
Reklama

AI może pomóc

W przyszłości w tym właśnie powinna nam pomóc sztuczna inteligencja. Żadna służba nie ma tylu ludzi, żeby mogli przeczytać wszystko, co każdego dnia ukazuje się w otwartych mediach społecznościowych. Algorytm może im tę pracę ułatwić. Może wychwycić publicznie wypowiedzianą groźbę, zauważyć, że pod adresem tej samej osoby pada ona po raz kolejny, powiązać ją ze zdarzeniem, o którym ktoś napisał w zupełnie innym miejscu, w zupełnie innej sprawie. I podsunąć funkcjonariuszowi pytanie, czy przypadkiem te trzy informacje, rozpatrywane łącznie, nie zasługują już na jego uwagę. Ktoś jednak będzie musiał przeczytać te wpisy, poznać ich kontekst i pod własnym nazwiskiem podjąć decyzję, co z tą wiedzą zrobić.

Czy to już będzie państwo policyjne? Wyobraźmy sobie, że groźby dotyczą mojego dziecka. Zapewne chciałbym wówczas wiedzieć, dlaczego policja, mając takie narzędzie, z niego nie skorzystała. A gdyby się okazało, że to wpis mojego dziecka algorytm podsunął policji do sprawdzenia? Wtedy zapewne chciałbym wiedzieć, co właściwie wzbudziło podejrzenie, kto ma dostęp do tej informacji i jak długo państwo zamierza ją przechowywać, jeśli podejrzenie okaże się bezpodstawne. Otóż na oba pytania powinniśmy sobie odpowiedzieć zawczasu, kiedy jeszcze nie wiemy, w której z tych dwóch sytuacji przyjdzie nam się znaleźć. Ile z naszego poczucia wolności jesteśmy gotowi oddać, żeby czuć się bezpieczniej? I kto właściwie ma prawo w naszym imieniu ustalić tę cenę?

Wojna trwa

To przy tym dodatkowy obszar odpowiedzialności państwa. Dodatkowy. Wojna rosyjsko-ukraińska trwa. Polska musi się liczyć z tym, że wśród ludzi, którzy jeszcze do nas przyjadą z Ukrainy czy z Rosji, będą osoby noszące psychiczne następstwa wojny, w tym cierpiące na zespół stresu pourazowego (PTSD). Na ich przyjęcie i leczenie także trzeba się przygotować. Służby wciąż muszą przeciwdziałać rosyjskiej dywersji, wciąż brać pod uwagę zagrożenie ze strony terroryzmu islamistycznego. A od soboty w swoich ocenach ryzyka muszą uwzględnić jeszcze jedną możliwość. Rozgłos, jaki zyskał sprawca krakowskiej tragedii, może przyciągnąć kogoś, komu marzy się podobna sława. Może przyciągnąć także znanych polskim służbom „starych wrogów”. Może ich inspirować i kusić.

REKLAMA
Reklama

Będziemy więc musieli zmienić także niektóre nasze przyzwyczajenia. Na krakowski Rynek wchodziło się dotąd tak, jak się wchodzi na własne podwórko. Mieszkaniec szedł tamtędy do pracy, turysta przystawał, żeby posłuchać hejnału, a Krakowianin, który od lat mieszka gdzie indziej, czasem nadkładał drogi, żeby raz jeszcze przejść pod Sukiennicami. Sam tak robię. I chciałbym móc dalej tak robić.

Zapewne jednak przyjdzie nam utrudnić dostęp do niektórych z tych ikonicznych miejsc. W pierwszej kolejności ograniczyć swobodę wjazdu samochodów. Być może tam, gdzie gromadzą się szczególnie liczne tłumy, trzeba będzie urządzić śluzy ułatwiające służbom obserwację tego, co dzieje się przy wejściu. Dla mieszkańca będzie to oznaczało, że podczas jarmarku albo koncertu nie zawsze przejdzie przez własny Rynek najkrótszą drogą. I zapewne zapyta, dlaczego to właśnie on ma nadkładać drogi we własnym mieście. Uważam, że władze miasta powinny umieć mu na to pytanie odpowiedzieć.

Być może także więcej patroli policyjnych w takich miejscach trzeba będzie wyposażyć w broń długą, jak to bywa na ulicach Paryża czy Brukseli. Czy chciałbym, idąc w niedzielę z rodziną na spacer, mijać na Grodzkiej policjantów z taką bronią? Wolałbym, jak sądzę, podobnie jak większość Krakowian i gości Krakowa, żeby nie było takiej potrzeby. Widok uzbrojonego w ten sposób patrolu budzi niepokój. Owszem. Ale budzi także respekt. A człowiekowi, który rozważa napaść, uświadamia, że może zostać powstrzymany, zanim zdoła wyrządzić krzywdę. Być może któregoś to odstraszy.

REKLAMA
Reklama

Trybunał Konstytucyjny i NATO. Jak spór o praworządność osłabia bezpieczeństwo Polski [OPINIA]

Duma z Polski

Łatwo dzisiaj zażądać od państwa, żeby zrobiło wszystko, co w jego mocy, by podobna tragedia nigdy się już nie powtórzyła. Trudniej będzie za kilka miesięcy, gdy sam będę się spieszył, a policjant na Grodzkiej każe mi nadłożyć drogi. Czy przypomnę sobie wtedy, że jesienią 2026 roku sam się o takie środki ostrożności upominałem? Czy też uznam, że akurat mnie można by przecież przepuścić? Być może przyjdzie nam przehandlować trochę naszego dobrego nastroju za trochę więcej bezpieczeństwa. Piszę „trochę”, bo całkowitego bezpieczeństwa nikt nam za tę cenę nie sprzeda.

Chciałbym jednak, żeby za kilka miesięcy Krakowianie znów umawiali się pod Adasiem, a rodzice, którzy pierwszy raz przyprowadzą na Rynek dziecko, mogli spokojnie pokazać mu, w którym oknie wieży mariackiej za chwilę pojawi się trębacz. Po to przecież mielibyśmy godzić się na te wszystkie niedogodności, żebyśmy mogli nadal żyć w Krakowie i odwiedzać to królewskie miasto tak, jak lubimy. Kiedy więc następnym razem ktoś mnie zapyta, po czym poznaję, że Polska wciąż jest krajem bezpiecznym, zapewne pomyślę także o tym, czy ludzie wrócili na krakowski Rynek.

REKLAMA
Reklama

A kiedy sam tam wrócę i zobaczę policyjny patrol, będę miał jeszcze jeden powód, żeby przypomnieć sobie tę sobotę. Piszę tu od kilku stron o tym, czego mamy prawo oczekiwać od państwa. Dla ludzi, do których strzelano w centrum Krakowa, państwo polskie miało w tamtej chwili twarze dwóch policjantów. Obaj zaryzykowali własne życie, żeby obcy im ludzie mogli wrócić do domu. I skoro także ode mnie zależy, czyje nazwiska czytelnik zapamięta z tego felietonu, chciałbym, żeby zapamiętał te dwa: Jakub Kulik i Artur Morański. Jestem dumny z Polski, bo służą jej tacy jak oni policjanci.

Może Cię zainteresuje: 

Źródło: Zero.pl
Sławomir Dębski
Sławomir DębskiProfesor strategii i stosunków międzynarodowych w Kolegium Europejskim w Natolinie. Współautor programu Ground Zero
REKLAMA
Reklama