Indie to niemal 1,5 miliarda konsumentów, czwarta gospodarka świata i jeden z największych placów budowy infrastruktury przemysłowej, transportowej i energetycznej. Kraj, który potrzebuje nowych linii kolejowych, taboru, technologii wydobywczych, maszyn, infrastruktury energetycznej, rozwiązań cyfrowych i technologii obronnych. W wielu tych dziedzinach polskie przedsiębiorstwa mają realne kompetencje. Tymczasem nasza obecność na tym gigantycznym rynku pozostaje zaskakująco skromna. W 2025 roku Polska wyeksportowała do Indii towary o wartości zaledwie 1,37 mld euro. Sprowadziliśmy stamtąd towary za 4,32 mld euro. Deficyt wyniósł więc niemal 3 mld euro. Na każde euro naszego eksportu przypadały ponad trzy euro importu.
Czytaj też: Donald Tusk kończy wizytę w Indiach. Co warto wiedzieć?
Co więcej, struktura eksportu pokazuje, jak daleko jesteśmy od wykorzystania potencjału współpracy. Wśród najważniejszych pozycji znajdują się silniki turboodrzutowe, koks, półkoks oraz złom metali. Trudno uznać to za pełne wykorzystanie możliwości przemysłowych i technologicznych dwudziestej gospodarki świata. Dlatego każdą próbę otwarcia indyjskiego rynku dla polskich firm należy przyjąć z zainteresowaniem. Problem polega na tym, że w Indiach byliśmy już wielokrotnie i wielokrotnie wracaliśmy z podpisanymi porozumieniami. Ale niewiele z nich ostatecznie wynikało.
Ale to już było…
Pamiętam dobrze nasze próby budowania współpracy gospodarczej z Indiami w ubiegłej dekadzie. Jednym z najbardziej obiecujących obszarów było górnictwo. Indie potrzebowały nowych kopalń, modernizacji istniejących zakładów, systemów odmetanowania, maszyn i technologii wydobywczych. Polska dysponowała doświadczeniem w projektowaniu i budowie kopalń głębinowych. W listopadzie 2017 roku do New Delhi pojechała delegacja pod przewodnictwem ówczesnego wiceministra energii Grzegorza Tobiszowskiego. Uczestniczyli w niej przedstawiciele polskich firm górniczych. Podpisano listy intencyjne z udziałem JSW, PeBeKa i Węglokoksu. Mówiono o budowie kopalń „pod klucz”, projektowaniu i drążeniu tuneli, dostawach maszyn i usługach inżynieryjnych. W 2018 roku pracowano nad wspólną ofertą polskich przedsiębiorstw dla indyjskiego sektora wydobywczego. JSW prowadziła rozmowy z Coal India o odmetanowaniu kopalń. W lutym 2019 roku podpisano nawet międzyrządowe porozumienie o współpracy w górnictwie. Brzmi znajomo?
Minęło prawie dziesięć lat, ale niestety żaden z tych ambitnych projektów nie zakończył się kontraktem. Jaki z tego wniosek? Od podpisania memorandum do sukcesu eksportowego droga jest daleka. To doświadczenie powinno być zatem lekcją dla obecnego rządu.
Usłyszeliśmy o 13 porozumieniach podpisanych podczas wizyty premiera Tuska. Ale co dokładnie oznacza ta liczba?
Jednym z przykładów jest porozumienie PESA Bydgoszcz z indyjską Jupiter Wagons, dotyczące transferu technologii, wspólnej produkcji lokomotyw i pojazdów pasażerskich oraz komponentów kolejowych. To interesujący projekt, za którym stoją przedsiębiorstwa o rzeczywistych kompetencjach przemysłowych. Pojawiają się znowu porozumienia dotyczące technologii górniczych. Jednak memorandum o współpracy nie jest zamówieniem na lokomotywy. List intencyjny dotyczący kopalni nie jest kontraktem na jej budowę. Zapowiedź transferu technologii nie oznacza jeszcze przychodów polskiego przedsiębiorstwa.
Premier zapowiedział bardzo optymistycznie możliwość potrojenia polsko-indyjskiej wymiany handlowej. To ambitny cel. Ale samo zwiększenie obrotów nie wystarczy. Jeżeli nasz import będzie rósł szybciej niż eksport, potrojenie wymiany może oznaczać także potrojenie problemu nierównowagi handlowej.
Mecz o Indie wygrają inni
Rządowa wizyta odbywa się w szczególnym momencie. W styczniu 2026 roku zakończono negocjacje porozumienia UE-Indie, nad którym pracowano, z wieloletnią przerwą, od 2007 roku. Umowa przewiduje zniesienie lub obniżenie zdecydowanej większości ceł, a Komisja Europejska szacuje, że europejscy eksporterzy będą mogli zaoszczędzić około 4 mld euro rocznie. To ogromna szansa. Ale niekoniecznie jednakowa dla wszystkich.
Niemieckie, francuskie czy włoskie koncerny, które od lat budują swoją obecność w Indiach, mają już sieci dystrybucji, lokalnych partnerów, zaplecze serwisowe i doświadczenie w funkcjonowaniu na tym wymagającym rynku. Dla nich obniżenie ceł może oznaczać natychmiastowe zwiększenie konkurencyjności.
A dla polskich przedsiębiorstw?
Według Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych Polska odpowiadała za zaledwie 2 proc. unijnego eksportu do Indii w roku fiskalnym 2024-2025, mimo że jesteśmy piątą gospodarką Unii Europejskiej. To nie jest więc problem, który rozwiąże jedna wizyta, choćby na najwyższym szczeblu.
Awans polityczny to nie wszystko
Polskim firmom potrzebne są partnerstwa przemysłowe, dostęp do indyjskich zamówień publicznych, gwarancje eksportowe, finansowanie projektów, obecność na miejscu i konsekwentne wsparcie administracji. BGK, KUKE, PFR i PAIH powinny być nie tylko uczestnikami delegacji, ale instytucjami odpowiedzialnymi za przełożenie politycznych deklaracji na konkretne transakcje. Być może potrzebujemy również bardziej zdecydowanego wyboru kilku branż, w których chcemy zbudować trwałą polską obecność, zamiast próbować być obecnymi wszędzie.
Być może najważniejszym sukcesem wizyty premiera Tuska w Indiach jest deklaracja premiera Narendry Modiego poparcia dla stałego członkostwa Polski w G20. Poparcie Indii, jednego z najważniejszych graczy Globalnego Południa, dla starań Polski ma wielkie znaczenie. Tym bardziej że w tym jednym obszarze polska dyplomacja, zarówno w dużym, jak i małym pałacu, gra do jednej bramki.
Wizyta premiera w Indiach była potrzebna. Dobrze, że się odbyła. Dobrze również, że towarzyszyła jej duża delegacja biznesowa. Ale o jej sukcesie nie będzie świadczyć liczba podpisanych memorandów ani liczba uścisków dłoni. Za rok warto wrócić do tych samych 13 dokumentów i zapytać: ile z nich przekształciło się w kontrakty? Jakiej wartości? Ile nowych polskich produktów trafiło na indyjski rynek? Bo największym zagrożeniem nie jest to, że nie pojedziemy do Indii. Największym zagrożeniem jest to, że będziemy tam regularnie jeździć, podpisywać kolejne porozumienia i wciąż pozostawać na marginesie jednego z najważniejszych rynków świata. Indie nie potrzebują kolejnych polskich memorandów. Potrzebują technologii, maszyn i inwestycji. A Polska potrzebuje klientów, nie tylko partnerów do rozmów.
Może cię zainteresuje:


