Zamordowanie pięciu mężczyzn, zbyteczne, okrutne i dokonane z zimną krwią. Porwanie dziecka, podmienionego przez strzygę na koźlogłowego potworka. Druga dusza wcielająca się w tytułowego puszczyka, rajzy po antypodach, włamanie, kipisz, strzał w czoło, miłość, rozpacz, starość i skarb ukryty w klaustrofobicznym chodniku, odchodzącym od Hauptschlüsselerbstolle, czyli najdłuższego w Europie podziemnego kanału wodnego, i jeszcze walka ze strzegącym skarbu ohydnym, oślizgłym smokiem, żądza, garnitur ze śląskiej wełny i „Pieśń o Gilgameszu”. A w tle żar, żar i lęk przed wojną domową, która wyludniła miasto i wymiotła ludzi z chodników, zniosła normy i zalała świat złotoczerwonym żarem, bo od dwóch dni trwa to, co nazwą potem „Drugim powstaniem śląskim”. A przecież nie dotarliśmy jeszcze do 150. strony... Ten Szczepan Twardoch nieźle pisze!
„Null”, czyli coś. Wojna w Ukrainie według Szczepana Twardocha
Świat Twardocha
Oczywiście, Twardoch pisze Twardochem: kto ceni jego frazę i rekwizyty, z radością wejdzie w kolejny świat powieści, którym rządzić będą na równych prawach przemoc i wierność, oddanie i pragnienie; którego bohaterowie będą jak wykrojeni z odwiecznych szablonów, zagrają więc archetypalne role Ojca, Przyjaciela, Kochanki, Głupca, Zdrajcy, Matki, Buntownika i Króla tak wiernie, jakby przy zalanym piwem stoliku nie rozgrywano partyjki skata, lecz stawiano pasjans tarota – a jednak będą przy tym niepowtarzalni, obdarowani zupełnie własnymi lękami, słabościami i żalem.
Znów, jak zawsze u tego autora, przemknie przez narrację opis działania mechanizmu spustowego broni palnej, błyśnie cienka kreska kokainy i, na zasadzie autorskiego cameo, mignie w powieści twardochowe miejsce na ziemi, Pilchowice. Znów gęsto będzie od gwar i języków, od słowiańskich strzyg i uralskich szamanów, od zabobonnego przywiązania do mocy łacińskiej mszy i wyniosłych diatryb o sztuczności neogotyku. Znów falować będzie i unosić się zasłona dzieląca światy, ukazując, jak tuż za swojskim i ludzkim życiem bachorów, frelek, kamratów i farorzy trwa to, co przedludzkie i pozaludzkie, niewysłowiona groza świata: z Lovecrafta odrobił Twardoch lekcje na szóstkę!
Nike dogoniła Twardocha. Dlaczego dopiero teraz?
Wiadomo, pobierał nauki i u znacznie lepszych pisarzy, i też z pełnym sukcesem: bawi się z czytelnikiem jak kot z myszą, tańczy jak baletmistrz, na pozór pisząc historię sensacyjną i kryminalną, popularną i wciągającą. Tyle że niewiele jest „kryminałów”, w których tyle byłoby kryptocytatów, aluzji, intertekstualności, inwersji czasu przedstawionego, „pudełkowości” (czy jesteśmy w środku prawdziwej historii nieszczęsnego, prawego i groźnego detektywa Wilhelma Pisulli, czy tylko rękopisu jego urzeczonego dokonaniami Joyce’a przyjaciela, zapoznanego pisarza Wendelina Dragi?), rekurencji – i wszystkiego, co jeszcze zechcą wyliczyć siadający do rozbioru Waldkauza filolodzy.
Śląsk, wieczny Śląsk
Czytelnikom jednak nic to przeszkadzać nie będzie, nie zauważą tych szwów, jakby powieść została utkana w całości, niczym tunika: nie zauważą zamierzonych anachronizmów ani wykładu z asyriologii, okręcania ich wokół palca ani podniosłej, pięknej, ni w ząb niepasującej do „kryminału” frazy „tylko dębom się wydaje, że ciągle jest lipiec i mięsiste liście można ku bożemu słońcu wystawiać, jakby nigdy nie miał ich ściąć mróz” – tylko ogarnie ich ta powieść, tak jak mrok i przemoc ogarniają Śląsk w upalnym sierpniu 1920 r.; bo tak świetnie jest to napisane.
Trzaśnie drzwiami (i okładką) kilka feministek, które wybrały sobie Twardocha za arch-enemy, znienawidziwszy go za „propagowanie machismo”: ale przecież one i tak nie przeczytałyby go. A przeczytawszy, nie zrozumiałyby, że nie o machismo chodzi, że to proza nie dla entuzjastów walk w oktagonie, lecz tych, którzy nie chcą się samooszukiwać i szukają fundamentów świata.
Czytelnicy wsiąkną, nie zauważą nawet, że Twardoch robi to samo, co autorzy najlepszych kursów języków obcych, uczący ich mimochodem, wplatając nowe słówka i frazy w znany kontekst. W Waldkauzie dzieje się podobnie: pierwsze, drugie i piąte zdanie wymówione śląską/wasserpolską mową zostało objaśnione w przypisie, szóste, siódme i szesnaste już nie, i jeszcze zanim pokonany zostanie ohydny smok w chodniku ciągnącym się nad sztolnią Królowej Luizy, potrafimy już nabluzgać mężczyźnie (mamlasie, ciulŏku, sŏrōniu!) i kobiecie (kur...o motyko!), wznieść toast w gyburstag i prawidłową frazę budować, pra, kmoterku? Śląsk, wieczny Śląsk.
Twardoch z Nagrodą Nike. „To jest język brutalny, fizyczny, zabrudzony błotem i krwią”
Śląsk, współczesny i historyczny, stał się modny w literaturze, wyparł z niej nostalgiczne Kresy, pełen duchów Gdańsk i gangsterską Warszawę: nie ma kwartału, żeby nie ukazała się kolejna o nim powieść, czasem zdradzająca zamiar już w tytule (Śląszczyki Agnieszki Głębickiej, 2026), pisze o nim noblistka, debiutantki i Ziemowit Szczerek, reportaże o Śląsku ślą Dariusz Zalega (Chachary. Ludowa historia Górnego Śląska, 2019), Kamil Iwanicki (Familoki. Śląskie mikrokosmosy, 2023) i oczywiście Zbigniew Rokita, a kulturoznawczynie rozważają narodziny nad Odrą, Brynicą i Olzą „tożsamości transgresyjnej”. Twardoch od „tożsamości transgresyjnej” woli TT (choć oczywiście nie w Waldkauzie, tu królują mauzery, sauery i ostatni krzyk mody 1920 r., karabinek MP 18 z bębnowym magazynkiem), woli napisać powieść, która jest wiernym wizerunkiem pewnej formacji i pewnego świata: Śląska w jednej z chwil przesilenia.
Tak, można sobie wyobrazić jakąś inną książkę, której akcja toczy się w trójkącie między Beuthen/Bytomiem, Gleiwitz/Gliwicami a Josephsthal/Józefką (z wypadem aż do Schloss Kunzendorf, Zamku na Skale w Trzebieszowicach) w ostatnim, upalnym tygodniu sierpnia 1920, kiedy to, wbrew pełnemu wishful thinking nagłówkowi w „Der Oberschlesische Wanderer”, Warszawa nie upadła. Ustawić jak pionki na szachownicy, wsypać jak odczynniki do retorty czy pieca hutniczego korfonciorzy i Sicherheitspolizei, farorzy i aktywistów Kommunistische Partei Deutschlands, sir Harolda Stuarta z Komisji Międzysojuszniczej i dowodzącego Wojskami Sprzymierzonych gen. Julesa Gratiera, kilka lokalnych tytułów prasowych, kilka restauracji i hoteli, które znaleźć można w starych książkach adresowych, dołożyć coś z miejscowej kuchni i trunków, melodię, płytę, krem Nivea, odpowiednio ohydną zbrodnię (Lustmord czy gwałt na dziecku) – i już jest kolejna „historyczna powieść sensacyjna”. Doczekał się już przecież ten gatunek osobnej półki w niektórych księgarniach.
Cóż złego w tym, że Ślązak jest Polakiem? Po lekturze „Waldkauza” Szczepana Twardocha
Taki zakalec niewiele jednak będzie miał wspólnego z Waldkauzem Twardocha: utworem na wiele świetnie zaplecionych instrumentów, w którym wyraźnie usłyszeć można „śląską nutę”: poczucie tutejszości, która ani w porządku politycznym, ani powstańczym, ani patriotycznym nie ma ochoty wpisywać się w niemieckość ani w polskość. Tak przynajmniej było w 1920 r.
Kolejna Nike?
Czy na pożyczonych od Waldkauza skrzydłach przyfrunie do Twardocha kolejna Nike, po tegorocznej, wręczonej na początku października tego roku za Null? Wątpię. Dwukrotnie Nike odbierali już wprawdzie Wiesław Myśliwski (za Widnokrąg w 1997 i Traktat o łuskaniu fasoli 10 lat później) oraz Olga Tokarczuk (Bieguni w 2008 i Księgi Jakubowe w 2015), dublety więc się zdarzają, ale nie rok po roku. Mniejsza jednak o dublety. Mnie uderza i niepokoi jednorodność tych dwóch powieści, choć Null, jak wiemy, traktuje o wycinku współczesnego nam rosyjsko-ukraińskiego frontu, i choć potworności tam nie brakuje, to nie uświadczysz żadnego utopca ani mamuny. W powietrzu latają zaś drony, nie puszczyki.
To zupełnie nieważne, tak jak nieważne jest rzekome machismo, zniesmaczone, którym feministki unoszą rąbki dresów. Obie książki jeszcze dobitniej niż poprzednie (choć wątek ten u Twardocha nie jest nowy) opisują to, co w Waldkauzie z okrutną przewrotnością (i wymowną powtarzalnością) określane jest, wciąż i wciąż, po polsku i śląsku, jako „czas człowieczy”. Ta formuła tłumaczy zbrodnie dokonane przez bohaterów i te, których są świadkami, i te, które dopiero się zdarzą. „To je człowieczy czas”.
Nie, to nie humanizm: to czas anomii, czyli rozpadu, unieważnienia i zatarcia nie tylko prawa, przepisów ruchu drogowego i rozkładu pociągów, lecz także wszelkich norm społecznych. Czas, który następuje w obrębie dawnej wspólnoty, podzielonej tak dogłębnie, że nie ma już mowy ani o przestrzeganiu prawa wojennego, ani o rozejmie i wyrastającym zeń pojednaniu, ani nawet o wyobrażeniu możliwego porozumienia i pokoju, a który starożytni Grecy nazywali stasis. Następuje regres do rzezi. „Krew płonie niczym ogień”, jak mówi motto książki wzięte z Wagnera. Nadchodzi człowieczy czas.
Tołstoj, Proust, Joyce. Żaden nie dostał Nobla. Kto więc wybiera „najlepszych” pisarzy?
Bohaterowie Null doświadczają tego czasu w bunkrach na lewym brzegu Dniepru, Wilhelm Pisulla – w pobliżu mogiły zbiorowej pod Josephsthalem. Nie wiem, czy i kiedy Twardoch otrzyma kolejną Nike, ale wiem, że akcja kolejnych jego powieści opisujących „czas człowieczy” może się toczyć na Place de la Bastille albo, co gorsza, niedaleko siedziby Trybunału Konstytucyjnego przy al. Szucha.
Szczepan Twardoch, Waldkauz, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2026.


