Reklama
Reklama
Reklama

Stany Zjednoczone żyją sprawą tej dzieciobójczyni. „Zobaczcie, w jak głębokim kryzysie jest Ameryka”

TYLKO NA
ads
Dr Jacek Dębiec komentuje głośny proces Lindsay Clancy, oskarżonej o zabójstwo trójki własnych dzieci. (fot. tło: Getty Images; Dr Jacek Dębiec: Kanał Zero; Lindsay Clancy: Greg Derr/Associated Press/East News )

– Rzeczywista tragedia zamieniła się w serial telewizyjny z sali sądowej, który pełni funkcję rozrywkową, bo apeluje przede wszystkim do ludzkiej ciekawości. Amerykanie ochoczo zajmują się tym teatrem, podczas gdy powinni raczej zapłakać nad stanem własnego społeczeństwa – mówi psychiatra dr Jacek Dębiec w rozmowie o procesie Lindsay Clancy, która zabiła trójkę swoich dzieci.

Z dr. Jackiem Dębcem, psychiatrą, psychoterapeutą, neurobiologiem i filozofem, rozmawia Dominika Soszyńska.

Dominika Soszyńska, Zero.pl: Cała Ameryka żyje dziś procesem Lindsay Clancy, zabójczyni trójki własnych dzieci. Ława przysięgłych zdecyduje, czy kobieta cierpiała na psychozę, czy też była w pełni poczytalna. Wokół sprawy pojawia się mnóstwo skrajnych emocji, dezinformacji, teorii spiskowych.  

Jacek Dębiec: Rzeczywiście wiele osób wykorzystuje tę tragedię do własnych celów. Amerykańskie społeczeństwo jest bardzo teatralne i ten proces również jest teatralny. Każdy gest wykonany na sali sądowej, jak płacz oskarżonej, zostaje szczegółowo analizowany. Komentatorzy skupiają się na jakichś prawniczych kruczkach, jak adwokat przechytrzył świadka. Niektórzy opowiadają o tym z nieukrywaną fascynacją. Widzimy, jak rzeczywista tragedia zamieniła się wręcz w serial telewizyjny z sali sądowej, który pełni funkcję rozrywkową, bo apeluje przede wszystkim do ludzkiej ciekawości. Amerykanie ochoczo zajmują się tym teatrem, podczas gdy powinni raczej zapłakać nad stanem własnego społeczeństwa, bo w tym procesie ogniskują się różne choroby Ameryki.

Zacznijmy jednak od tego, co tak naprawdę się wydarzyło.

Reklama
Reklama

Przede wszystkim jest to bardzo tragiczna historia. 24 stycznia 2023 r. matka, używając gumy do ćwiczeń, zabija trójkę małych dzieci, łącznie z 8-miesięcznym niemowlęciem. Po czym podcina sobie gardło i skacze z drugiego piętra, co prowadzi do trwałego uszkodzenia rdzenia kręgowego i częściowego paraliżu jej ciała. Co ważne, ta kobieta, z zawodu pielęgniarka, przez kilka miesięcy – użyję określenia, które padło na sali sądowej – rozpaczliwie błagała o pomoc.

Czytaj także: Tragiczna cena futbolu. Wyniki badań o uszkodzeniach mózgu u graczy NFL

Z zeznań świadków wynika, że była dobrą osobą i kochała swoje dzieci.

Zarówno rodzina, jak i jej współpracownicy podkreślali, że była dobrą pielęgniarką i kochającą matką. W sytuacjach, kiedy innym dzieciom działa się jakaś krzywda, reagowała bardzo emocjonalnie, nawet płaczem. Nie mówimy więc o psychopatii ani o wzorcu zachowań przemocowych, który eskaluje, tylko o zupełnie nieprzewidywalnym, tragicznym w skutkach zachowaniu.

Niezupełnie nieprzewidywalnym. Oskarżona była świadoma, że znajduje się w ogromnym kryzysie psychicznym. Szukała pomocy psychiatrycznej i taką pomoc otrzymała. W trakcie zaledwie czterech miesięcy specjaliści przepisali jej łącznie 13 różnych leków psychotropowych. Dziś pojawia się pytanie, czy cierpiała na psychozę poporodową, czy może psychozę polekową.

Reklama
Reklama

Ogromne zmiany hormonalne w wyniku porodu rzeczywiście mogą powodować stan psychozy. Dodatkowo leki również zaburzają przewodnictwo synaptyczne, a ona przyjmowała po kilka substancji w tym samym czasie: leki przeciwdepresyjne, przeciwpsychotyczne, stabilizujące nastrój, nasenne, uspokajające. Rzeczywiście niektórzy zastanawiają się, czy nie miała stanów delirium właśnie z powodu tych leków.

To jest udokumentowane, że pewne leki, na przykład popularne antydepresanty z grupy SSRI (inhibitorów wychwytu zwrotnego serotoniny), mogą aktywować pobudzenie czy wzmożony niepokój, co może zwiększać ryzyko myśli samobójczych. A niektóre leki przeciwpsychotyczne mogą nawet powodować myśli mordercze. Takie informacje znajdziemy na ulotkach tych leków.

Sprawdź również: Prezydent zatrzymał „lex szarlatan”. Pacjenci zostali bez ochrony

Lindsay Clancy opowiadała rodzinie o poczuciu, że tabletki „niszczą jej mózg”.

Tak, mimo iż zażywała przepisywane leki, miała poczucie, że jej szkodzą. Z dokumentów, które zostały ujawnione opinii publicznej w trakcie przesłuchań sądowych, wynika, że negatywnie reagowała na niektóre z nich.

Kiedy stan pacjentki tylko się pogarszał, jej była teściowa, z zawodu również pielęgniarka, skontaktowała ją z kliniką, w której sama pracowała. Clancy trafiła na oddział specjalizujący się w pomocy kobietom w okresie okołoporodowym. Została tam zbadana przez nurse practitioner, czyli pielęgniarkę przepisującą leki. Kobieta dała jej inny lek SSRI. Mimo udokumentowanej negatywnej reakcji na pierwszy lek, przepisano inny preparat z tej samej grupy. 

Reklama
Reklama

Warto wspomnieć, że nurse practitioners nie przechodzą specjalistycznego szkolenia w zakresie leczenia zaburzeń psychicznych.

Tak. Aby zostać psychiatrą w Stanach Zjednoczonych, trzeba odbyć średnio 16 tys. godzin zajęć i praktyki klinicznej. Psychiatryczny nurse practitioner uzyskuje uprawnienia do wypisywania leków już po ok. 500 godzinach zajęć klinicznych.

Problem polega na tym, że kolejne osoby, u których Clancy szukała pomocy, jedynie zmieniały jej leki. A każdy ze specjalistów miał bardzo wycinkowy obraz tego, co tak naprawdę się dzieje. Nie komunikowali się między sobą, nie przekazywali sobie informacji o pacjentce. Nie postawiono na fachowość. Nie było czegoś takiego, że im bardziej to wszystko robi się skomplikowane, tym bardziej zwiększamy jakość i intensywność opieki. Ta opieka była od początku do końca fragmentaryczna. Stan pacjentki się pogarsza? Reagujemy zmianą leków.

A ona czuła się tylko gorzej.

Do tego stopnia, że na początku listopada zadzwoniła pod numer telefonu dla osób w kryzysie suicydalnym. Odmówiono jej pomocy, gdyż nie spełniała określonych standardów: co prawda zgłaszała myśli samobójcze, ale nie zgłaszała planu, w jaki sposób chce odebrać sobie życie. Dwa tygodnie później ponownie zadzwoniła pod ten numer. I ponownie – z tego samego powodu – odmówiono jej pomocy.

Reklama
Reklama

Później pojawiła się na izbie przyjęć Massachusetts General Hospital, gdzie zresztą sama była zatrudniona, ale stamtąd również odesłano ją do domu. Dopiero kiedy przyjechała tam kolejnym razem, gdy jej stan już wyraźnie się pogorszył, zaproponowano jej program dziennego pobytu, specjalizujący się w pomocy kobietom w okresie okołoporodowym. Przyjęto ją, ale szybko wypisano. Lekarze doszli do wniosku, że głównym problemem jest toksyczność leków, więc powinna być w innym miejscu.

Jej były mąż był świadom tego, że miała mordercze myśli wobec dzieci.

Tak. Podczas przesłuchania opowiadał, że nawet w dniu, który poprzedzał morderstwo, rozmawiali i zapytał ją o to. Ona potwierdziła, ale on to zignorował, bo na jego oko wyglądało jednak, że dobrze sobie radzi.

Polecamy też: Skandal w samorządzie lekarskim. Tytoniowy lobbysta powołany na prestiżowe stanowisko

Mam poczucie, że cała ta historia składa się z ignorowania czerwonych świateł.

Podobnie jest w przypadku samobójstw młodych ludzi. Bardzo często jest tak, że pojawiają się próby komunikowania tego na zewnątrz, ale one zostają albo ignorowane, albo nieprawidłowo odczytane. Później takie osoby coraz bardziej zamykają się w sobie, a na sam koniec najbliżsi są zaskoczeni: Jak to? Przecież wszystko wyglądało dobrze.

Reklama
Reklama

To jest tak naprawdę objaw utraty więzi między nami. Żyjąc w pośpiechu, przeładowując się różnymi zajęciami, przestymulowując nasze umysły, zaczynamy tracić coś, co jest naturalną wewnętrzną reakcją na drugiego człowieka.

Mamy do czynienia z historią o środowiskowym niezaopiekowaniu tej kobiety?

I niezaopiekowaniu rodziny tej kobiety. Przez 12 lat pracowałem jako psychiatra okołoporodowy w amerykańskiej przychodni. Standardem opieki zawsze była troska o rodzinę, o dzieci. Bo bardzo często, jeśli matka ma depresję poporodową, mąż również wykazuje objawy depresji. Depresja rodziców w oczywisty sposób odbija się na dziecku, a im młodsze dziecko, tym te efekty mogą być bardziej dotkliwe. Więc to powinien być standard: pomagamy matce, ale opieką obejmujemy całą rodzinę. Z całą pewnością możemy powiedzieć, że tutaj tego zabrakło.

Może Cię zainteresować: Tragedia na A1. Są ofiary, wielu poszkodowanych

Szacuje się, że jedna kobieta na tysiąc może mieć objawy psychozy poporodowej.

Zwróćmy uwagę, że nawet w samym Massachusetts General Hospital, gdzie oskarżona pracowała i szukała pomocy, bada się psychozę poporodową. A po tych bezskutecznych interwencjach Lindsay Clancy została w końcu przyjęta do szpitala McLean – to jest szpital Harvardu, który w rankingach prezentuje się jako najlepszy szpital psychiatryczny w Stanach Zjednoczonych, a może nawet i na świecie. Ona trafiła tam 30 grudnia i już po pięciu dniach została wypisana. Mówi się, że sama tego chciała, dlatego że zbliżały się urodziny jej najstarszej córki. Ale z drugiej strony – lekarze zgodzili się na ten wypis.

Reklama
Reklama

Pacjentka była tam badana głównie przez lekarzy rezydentów, ale też przez jedną lekarkę w randze profesora. Co ciekawe, kiedy na sali sądowej zapytano ją o swoje doświadczenie, powiedziała, że przez 20 lat pracy leczyła wiele osób z depresją poporodową, ale nie widziała żadnej osoby z psychozą poporodową. To jest również tragiczne, że idziemy do najlepszego szpitala, do którego kieruje się takie osoby praktycznie z całych Stanów Zjednoczonych, jesteśmy badani przez doświadczonego lekarza, ale on akurat nigdy nie spotkał się z przypadkiem choroby, w której jest specjalistą.

A dla lekarza, który leczy, to sprawia ogromną różnicę: wiedza teoretyczna a doświadczenie?

Dokładnie. Tutaj ujawnia się również szerszy problem – kształcenia psychiatrów. Widzimy, jak bardzo fragmentaryczny charakter miała opieka nad Lindsay Clancy. A to wynika z tego, że samo kształcenie psychiatrów jest fragmentaryczne. Mamy jakiś wycinek pewnego doświadczenia, resztę dopełniamy teorią i jesteśmy przekonani, że wiemy jak leczyć. To również wymiar fałszywej profesjonalizacji w podejściu do problemów. To znaczy: jako profesjonalista skupiam się na daniu konkretnej diagnozy i przepisaniu leczenia, nie patrząc na to, że problemy zdrowia psychicznego mają dużo szerszy kontekst. Ten kontekst trudno jest zmienić, przepisując same leki.

Reklama
Reklama

W amerykańskiej psychiatrii dominuje dziś właśnie fragmentaryczność?

Oraz wiara w półśrodki, w zaleczanie problemów, zamiast zająć się nimi u źródeł – w tym wypadku próbować stworzyć takie środowisko, w którym nie generuje się więcej stresu dla tej matki. Autorytety psychiatryczne wmawiają dziś ludziom, że leki uratują im życie. Gdyby tak właśnie było, życie tej kobiety powinno w ciągu tych czterech miesięcy zostać uratowane 13 razy.

Czytaj także: USA zmieniają nazwę lotniskowca. Miał uczcić czarnoskórego bohatera, teraz rozważają Trumpa

Przeciwko większości osób, które leczyły oskarżoną, zostały wytoczone postępowania cywilne. Czy wśród specjalistów zdrowia psychicznego dyskutuje się dziś temat pogarszających się standardów opieki psychiatrycznej?

Na zamkniętych forach dla psychiatrów toczą się bardzo żywe dyskusje. Wiele lekarek i lekarzy bardzo empatycznie podchodzi do swoich kolegów po fachu, szczególnie młodej lekarki Jennifer Tufts, ostro przesłuchiwanej przez obrońcę oskarżonej, który wyciągał jej notatki z wizyt, pokazując brak konsekwencji w leczeniu. Jemu oczywiście nie chodziło o to, żeby zaatakować tę lekarkę. Raczej o to, żeby ława przysięgłych miała obraz pacjentki, której stan tylko się pogarszał. Ale działo się to kosztem obnażenia wszystkich słabości: zarówno samego procesu leczenia, jak i prowadzenia dokumentacji. Więc jeżeli o to chodzi, wielu psychiatrów po prostu jest przestraszonych.

Reklama
Reklama

Wyobrażają sobie, że mógłby ich spotkać podobny los?

Większość lekarzy zdaje sobie sprawę, że postąpiłaby dokładnie tak samo: podaję lek, zwiększam dawkę, ewentualnie zmieniam lek i staram się to udokumentować. Zwłaszcza w akademicko-korporacyjnym systemie zdrowia duży nacisk kładzie się właśnie na dokumentację. Wielu psychiatrów na to narzeka. Bo jeśli lekarz rzeczywiście miałby się w pełni w to zaangażować, na szczerą rozmowę z pacjentem zostaje mu już niewiele czasu. W dodatku pacjent nie otworzy się przed kimś, kto będzie tylko odhaczał różne problemy na kartce papieru.

Ale jeżeli każda notatka może wylądować na sali sądowej, wtedy właściwie dokumentujemy wszystko. Również zastrzeżenia typu: „Spytałem, czy pacjentka ma myśli samobójcze. Odpowiedziała, że nie ma”. Sytuacja, w której lekarz zaczyna się skupiać bardziej na swoim bezpieczeństwie, niż na trosce o pacjenta, ma nawet swoją nazwę „defensive psychiatry”, czyli psychiatria obronna.

Sprawdź również: Zabójstwo Tupaca Shakura. Ława przysięgłych zadecydowała po 30 latach

Może ta tragedia będzie jednak jakimś przełomem?

Chciałbym, żeby tak się stało, ale mam spore wątpliwości. Z jednej strony w Ameryce to właśnie sprawy sądowe wymuszają większe zmiany. Choć obawiam się, że pierwszą reakcją będzie jednak reakcja obronna – lekarze w poczuciu zagrożenia będą myśleć przede wszystkim o własnym bezpieczeństwie. To już obserwujemy.

Reklama
Reklama

Jeśli psychiatrzy pogrążą się w papierologii, opieka nad pacjentem się pogorszy?

To na pewno. Jednym ze skutków może być także to, że psychiatrzy będą odmawiać opieki nad tak zwanymi złożonymi przypadkami. Już dziś większość lekarzy w Stanach Zjednoczonych pracuje w korporacyjnych systemach opieki zdrowotnej. Co oznacza, że managerowie tych placówek będą kierowali się prostym rachunkiem ekonomicznym: czy opłaca nam się przyjmować pacjentów o zwiększonym ryzyku, czy lepiej powiedzieć, że my się specjalizujemy w czymś innym.

Warto przeczytać: Rośnie liczba ofiar lawiny w Nepalu. Ponad tysiąc ofiar

Z drugiej strony, to właśnie lekarz w prywatnym gabinecie czy małej przychodni może najbardziej się bać konsekwencji prawnych.

Weźmy taką powszechną sytuację. Mamy pacjentkę w ciąży, która zażywa antydepresanty. Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne zaleca, że nawet w czasie ciąży powinno się kontynuować przepisywanie leków. Można zmienić substancję na taką, która jest potencjalnie mniej szkodliwa, ale ryzyko uszkodzenia płodu wciąż jest większe, niż gdyby ta pacjentka nie przyjmowała leków. Jeżeli dojdzie do tragedii, a rodzina pacjentki wytoczy proces, dla takiego osamotnionego lekarza w praktyce może to oznaczać koniec kariery. Siłą rzeczy lepiej odsyłać takich pacjentów do dużych korporacyjnych szpitali, które mają całą armię własnych prawników. Problem w tym, że taka opieka nie będzie dostępna dla każdego. Nie każdy Amerykanin mieszka w dużym mieście.

Reklama
Reklama

Dlaczego akurat w tej historii możemy jak w soczewce zobaczyć problemy społeczne Amerykanów?

Widzimy tu nie tylko stan amerykańskiej psychiatrii, ale również stan społeczeństwa, w którym hołduje się profesjonalizacji, ale bardzo wycinkowej profesjonalizacji, która gubi złożoność zjawisk. Widzimy, jak indywidualizacja prowadzi nas do utraty więzi i odpowiedzialności za drugą osobę.

Korzenie tego kryzysu są bardzo głębokie. Tak naprawdę chodzi o to, jak my jako społeczeństwo rozumiemy problemy zdrowia psychicznego czy jak podchodzimy do kwestii macierzyństwa. Proszę sobie wyobrazić, że w Stanach Zjednoczonych w wielu miejscach pracy nie ma urlopu poporodowego. Kiedy urodził się mój syn, dostałem trzy dni wolnego. I to jeszcze pracując jako psychiatra – czyli w zawodzie, gdzie jesteśmy uczeni społecznej empatii.

Jedną kwestią jest to, jak Ameryka te swoje problemy rozwiąże. A myślę, że ich nie rozwiąże, że będą się one tylko pogłębiać. Natomiast sprawa Lindsay Clancy powinna nieść też wiadomość dla świata: zobaczcie, w jak głębokim kryzysie jest Ameryka.

Tylko dlaczego mnie, Polkę, ma w ogóle obchodzić amerykański kryzys?

Stany Zjednoczone wciąż jeszcze wypracowują standardy, za którymi podąża cały świat. Na przykład w psychiatrii: na depresję przepisujemy lek, a jeżeli nie działa, przepisujemy inny. Jeżeli dwa różne leki nie działają, diagnozuje się tak zwaną depresję lekooporną i szuka kolejnych terapii, na przykład ketaminą czy psychodelikami. Czyli skupiamy się głównie na leczeniu, czy – należałoby powiedzieć – usuwaniu objawów, bo ciężko to nawet nazwać leczeniem. A nie na tym, że wypracowuje się standardy życia, które sprzyjają zdrowieniu.

Reklama
Reklama

Te zalecenia powielane są w innych krajach, często w dobrej wierze, bo amerykańskie standardy poparte są autorytetem wielkich nazwisk. Rzadziej mówi się o tym, jak mocno amerykańska psychiatria uwikłana jest we współpracę z przemysłem farmaceutycznym, jak bardzo uwikłana jest w ten korporacyjny system, że w pewnym sensie ona sama go tworzy.

Uważa pan, że amerykańska psychiatria nie powinna proponować standardów opieki reszcie świata?

Nie powinna. Naprawdę warto patrzeć z pewnym dystansem na to, co dziś przychodzi do Polski zza oceanu. Może kiedyś Ameryka była wzorem do naśladowania, ale dziś pod wieloma względami – zarówno jeżeli chodzi o politykę, demokrację, brak obrony przed zakusami właścicieli algorytmów, ale też nadmierną medykalizacją problemów społecznych – powinna być raczej przestrogą. Jeżeli reszta świata sobie tego nie uświadomi, ryzykuje popełnieniem tych samych błędów.

Polecamy również: Zerwali rozmowy z USA. „Jesteśmy panami we własnym domu”


Dr Jacek Dębiec – polsko-amerykański psychiatra, psychoterapeuta, neurobiolog i filozof.  Jego prace ukazały się w czołowych pismach naukowych, takich jak „Nature”, „Nature Neuroscience”, „Proceedings of the National Academy of Sciences of the USA”, „Trends in Cognitive Sciences”, „Biological Psychiatry” i innych. Był stypendystą Fulbrighta, wizytującym profesorem na Uniwersytecie Nowojorskim i stypendystą Herdera na Uniwersytecie Wiedeńskim. Przez 12 lat pracował jako profesor psychiatrii i neurobiologii na Uniwersytecie Michigan.

Reklama
Reklama

Gdzie szukać pomocy?

Jeśli doświadczasz problemów emocjonalnych i chciałbyś uzyskać poradę lub wsparcie, skontaktuj się z którąś z organizacji oferujących profesjonalną pomoc. W sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia zadzwoń na numer 997 lub 112.

Całodobowe i bezpłatne numery:

116 123 – Kryzysowy telefon zaufania dla dorosłych w kryzysie emocjonalnym. Czynny 7 dni w tygodniu.
800 70 22 22 – Centrum Wsparcia dla Osób Dorosłych w Kryzysie Psychicznym. Pomoc psychologiczna online i telefoniczna 24/7.
116 111 – Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży (Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę). Dostępny całą dobę.
Specjalistyczne linie pomocy:

22 594 91 00 – Antydepresyjny Telefon Forum Przeciw Depresji. Dyżury w środy i czwartki w godzinach 17:00–19:00.
22 484 88 04 – Antydepresyjny telefon zaufania Fundacji „Twarze Depresji” (dostępny w wybrane dni i godziny).
112 – Ogólny numer alarmowy w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia.

 


Reklama
Reklama