3000 lat. To jak od czasów Homera do dziś. Tyle lat pracy słynnego lekarza z Warszawskiego Szpitala Południowego, który zarabiał rocznie 1,6 mln, kosztowało budżet i NFZ tylko jedno weto prezydenta Karola Nawrockiego. Według szacunków Ministerstwa Finansów utrata wpływów z podwyżki akcyzy i opłaty cukrowej, które prezydent zablokował, wyniesie do wyborów 2027 roku ponad 5 mld zł. Nie wiemy, ile dokładnie z tych pieniędzy wypłynie w postaci zysków za granicę – zagraniczne koncerny mają szczególnie duży udział na rynku piwa – ale wiemy, że koszty wyrównania dziury w finansowaniu ochrony zdrowia spadną na państwo.
W przypadku weta w sprawie systemu SENT, uszczelniającego nadzór nad obrotem materiałami budowlanymi, koszty utracone na rzecz mafii vat–owskich szacowane są na 1,2 mld zł. Tyle bowiem autorzy ustawy chcieli pozyskać z uszczelnienia obrotu i zablokowania wyłudzeń w ramach mechanizmu, który monitoruje obrót w Polsce m.in alkohol, paliwa, tytoń czy odzież.
Z kolei 4 mld utraconych zysków dla budżetu grozi wskutek odesłania do Trybunału Konstytucyjnego ustawy o tzw. nadzwyczajnych zyskach koncernów paliwowych. Koszt weta aktu o usługach cyfrowych (DSA) czy ustawy o rynku kryptoaktywów trudniej policzyć, ale wiadomo że brak regulacji rynku cyfrowego też ma swoją – nawet nie jeśli podobnie wymierną – cenę. I na tym bowiem korzystają oszuści czy niepłacące w Polsce uczciwych podatków korporacje. Przykładowo, w efekcie poprawek po pierwszym wecie prezydenta z ustawy o usługach cyfrowych usunięte zostały nie unijne biurokratyczne przepisy, ale wszystko, co do ustawy w ramach konsultacji społecznych dodano, żeby chronić polskich obywateli.
Czytaj także: Ustawę o statusie osoby najbliższej można zawetować. Wyroku Strasburga nie
41 razy w ciągu roku prezydent wetował ustawy
Tę wyliczankę można by jeszcze z pewnością kontynuować. To oczywiste, że pierwszy rok prezydentury Karola Nawrockiego, zostanie zapamiętany z liczby wet, których było w 12 miesięcy 41. Część z nich można wytłumaczyć polityką. Do zaskoczeń nie należy, że prezydent zawetował projekt ustawy o statusie osoby najbliższej – czy tak zwanej „ustawy łańcuchowej”. Komuś może się to nie podobać, jasne, ale to warunek demokracji.
Dużo ciekawszym zagadnieniem jest jednak to, czemu prezydent wetuje ustawy, które uderzały w międzynarodowe mafie, wielkie zagraniczne korporacje czy zyski będące wynikiem drożejącej dla zwykłych obywateli benzyny?
Kiedy więc jestem pytany o moją surową ocenę tej prezydentury, odpowiadam tymi kilkoma liczbami. I zachęcam do pewnego eksperymentu myślowego. Wyobraźmy sobie inną rzeczywistość, w której wybory prezydenckie wygrywa Rafał Trzaskowski, a władzę sprawuje PiS. Czy gdyby wówczas głowa państwa wetowała ważne projekty mające wzmocnić budżet, by zablokować albo osłabić możliwość realizowania najważniejszych projektów rządu – na przykład 500+, Polski Ład czy walkę z mafiami VAT–owskimi – ocenialibyśmy to dobrze?
Czy przeciwnie, bylibyśmy oburzeni, może nawet wściekli, że prezydent (uzurpując sobie kompetencje w dziedzinie kształtowania polityki fiskalnej państwa) faktycznie sabotuje budżet? A więc i możliwość sprawowania władzy przez wyłoniony w wyborach parlament i rząd? Słowem: czy konflikt prezydenta z większością parlamentarną i jego chęć powiększenia deficytu budżetowego, związania rąk i utrudnienia rządzenia obecnej ekipie, jest tyle wart?
Na to pytanie mogę odpowiedzieć oczywiście tylko za siebie. Gdyby podobnie destrukcyjnym podejściem kierowali się politycy z przeciwnego obozu, krytykowałbym ich nie mniej surowo. Co zresztą, kiedy bezmyślne propozycje składali w opozycji, w nadziei na wywalenie rządu PiS w czasach wojny, wysokiej inflacji i pandemii, robiłem.
Może chodzi o to, by ludziom żyło się gorzej?
A trzeba pamiętać o czymś jeszcze. Przecież faktycznym skutkiem tych wet nie będzie obniżka podatków, lecz coś odwrotnego. Miliardy, które powędrują do koncernów alkoholowych, VAT–owskie czy międzynarodowych korporacji, nie trafią na rozwój polskiej armii, inwestycje czy edukację. Zarazem jednak rosnącą dziurę w systemie ochrony zdrowia (czy wskaźnik 5 proc. PKB na zbrojenia) i tak trzeba będzie sfinansować z budżetu lub z deficytu. Przy naszej demografii każda złotówka, która nie wpłynie do ZUS czy NFZ, i tak będzie musiała zostać wyrównana – bo w starzejącym się społeczeństwie nie będzie innej rady. Lecz pieniądze te nie popłyną z kieszeni korporacji, ale składek i podatków.
W praktyce obietnica niepodnoszenia Polakom podatków, którą prezydent zacementował toruńskim cyrografem u Sławomira Mentzena, poskutkuje tylko przerzuceniem tych pieniędzy z jednej kieszeni do drugiej. Nie zapłaci koncern paliwowy czy piwowarski, to zapłacą nauczyciele, pielęgniarki czy policjanci. Chyba, że – tu kłania się wulgarna interpretacja polityki – właśnie o to w tym chodzi. Żeby, tak długo jak rządzi koalicja PO–PiS–Lewica, ludziom żyło się gorzej. A korzystne dla Polski i naszych planów rozwojowych ustawy prezydent będzie podpisywał dopiero, gdy w parlamencie uformuje się inna większość. A premierem będzie ktoś wskazany przez niego. Oczywiście jest to jakiś – choć pewnie nie jedyny – klucz do interpretacji tych 12 ostatnich miesięcy w Pałacu Prezydenckim.
Co o Nawrockim sądzą politycy prawicy?
Poszukując jednak także innych odpowiedzi, o politykę wet prezydenta Karola Nawrockiego, postanowiłem popytać moich kolegów z prawicy. Niektórych, jak sądzę, nawet bliskich mu z czasów sprzed objęcia urzędy Prezydenta RP. Moi koledzy z prawicy, gdy pytam ich o weta Karola Nawrockiego, przedstawiają jedną z dwóch wersji. Są one zbieżne w tym wymiarze, że w obu prezydent jest człowiekiem bez winy i bez woli, albo bez wiedzy. Niewinnym zakładnikiem cudzych interesów albo lojalności.
Jedna wersja brzmi tak. Karol Nawrocki jest człowiekiem z biedy i gdańskich podwórek, więc ma wrażliwość społeczną i solidarystyczne poglądy na gospodarkę i państwo Lecha Kaczyńskiego. Jak najdalsze od liberalnych fantazji. Gdy jednak zadaję pytanie, czy Lech Kaczyński wetowałby ustawy uderzające w mafie VAT–owskie albo zyski globalnych koncernów, słyszę nagłą zmianę tonu. „Nie, nie oczywiście, że Lech Kaczyński robiłby inaczej, ale rozumiesz, Karol Nawrocki musi trzymać Konfederację blisko”. Czyli wersja o tym, że prezydent ma propaństwowe i solidarystyczne poglądy rozpływa się w powietrzu. Faktycznie bowiem, to co prezydent uważa za dobre dla Polski, jest drugorzędne. Ważne jest to, że związał się toruńskim cyrografem i jego decyzje dyktują obowiązujące poglądy wyborców Sławomira Mentzena.
Czytaj także: Mentzen postanowił nie wykorzystać szansy
Druga wersja mówi coś innego. Prezydent – przekonywał mój rozmówca – nie rozumie tych wszystkich gospodarczych spraw, nie czuje się w tym silny, więc powołał zespół analityków i doradców, którzy oceniają to za niego. „Czyli koniec końców ci analitycy oceniają to tak, żeby wyszło, że zawsze ma wetować większe wpływy do budżetu i cokolwiek co uderza w zagraniczne korporacje?” – dopytuję. W odpowiedzi słyszę, że nie. Ale – kontynuuje mój rozmówca – muszę mieć na uwadze to, że do prezydenta dobijają się różni lobbyści i grupy wpływu. A na koniec głowa państwa robi wcale niekoniecznie to, co w dobrej wierze doradzają analitycy i doradcy.
To byłaby wersja – a przypomnę, cytuję raczej ludzi sympatyzujących z prezydentem – jeszcze gorsza. Bo to oznacza, że właśnie owe lobby i grupy wpływu piszą uzasadnienia wet i prowadzą rękę prezydenta.

Prezydent RP Karol Nawrocki i prezydent USA Donald Trump na spotkaniu w Białym Domu we wrześniu 2025 r. (fot. Radek Pietruszka / PAP)
Wielki Brat patrzy na prezydenturę Nawrockiego
Jest jeszcze wersja trzecia, której oczywiście na głos nikt na prawicy nie powie. Że prezydent odpowiada przed suwerenem nie w Polsce, a walczy o uznanie i atencję jednego człowieka, Donalda Trumpa. Który faktycznie pomógł w walce o prezydenturę i znajomość z którym jest ważną kartą w rękach polskiego prezydenta. A także który – co być może najważniejsze – może pobłogosławić i wesprzeć kolejny rząd, większość i premiera wskazanego przez prezydenta Karola Nawrockiego po wyborach 2027 roku. Umożliwiając przejście do systemu prezydenckiego, który – czego Karol Nawrocki nie ukrywa – jest wielkim celem tej prezydentury. To byłby zarazem klucz interpretacyjny, który wyjaśniłby doskonale, co łączy weto wobec programu SAFE, wobec regulacji korporacji cyfrowych, wobec rynku kryptowalut i wszystkiego, co mogłoby się w danym momencie amerykańskiej administracji nie podobać. A Wielki Brat patrzy.
Nawrocki w USA: Stała obecność wojsk amerykańskich w Polsce to nasz cel strategiczny
Krytycznie nastawiony do powyższej argumentacji czytelnik ma prawo jednak zapytać. I co z tego? Przecież Polacy dobrze tę prezydenturę oceniają, prezydent cieszy się w sondażach zaufaniem i realizuje dokładnie taki model sprawowania urzędu, jaki się Polakom podoba. Więc jako polityk postępuje racjonalnie. A że nie pomaga władzy? Taki już mamy ustrój i reguły walki politycznej.
To jednak tylko połowa prawdy. W rzeczywistości bowiem prezydent nie cieszy się po pierwszym roku ani dużo lepszym, ani dużo gorszym wskaźnikiem poparcia niż prezydent Andrzej Duda. To znaczy: 56 proc. ocen pozytywnych i 37 proc. negatywnych, w porównaniu do 54 proc. pozytywnych i 34 proc. negatywnych u prezydenta Dudy. I ma zauważalnie gorszy wskaźnik zaufania po 12 miesiącach, niż miał Lech Kaczyński (64 proc.) czy Bronisław Komorowski (70 proc.).
Silny polityk. Ale czy na pewno?
A więc bardzo szeroki mandat i wielkie poparcie Polaków dla postępowania prezydenta jest pewną medialną kreacją. Bliższe prawdy byłoby raczej stwierdzenie, że sympatykom prezydent Karol Nawrocki daje poczucie bezpieczeństwa, zaś przeciwnicy się go boją. Zarówno bowiem najbardziej entuzjastyczne, jak i najbardziej nieprzychylne reakcje na rok jego urzędowania, zbudowane są na micie figury „silnego” – w każdym sensie – człowieka. Zwolennicy chcą poczuć się dobrze w jego silnych ramionach, przeciwnicy widzą w nim bandziora z siłowni. Jednak niższy niż u poprzedników wskaźnik zaufania pokazuje, że nie tylko mamy dziś do czynienia z większą polaryzacją, ale i szerszą paletą reakcji na ten model sprawowania władzy.
Paradoksalnie, obraz malowany przez moich rozmówców – prezydenta skrępowanego lojalnością i zadłużonego wobec Konfederacji, biznesu, Ameryki – stoi w otwartej sprzeczności z wizerunkiem silnego i samodzielnego polityka. Rysą na wizerunku było także najgłośniejsze weto, czyli to w sprawie programu SAFE, które zostało chłodno przyjęte przez Polaków – i w kolejnych sondażach większa część badanych oceniała je negatywnie. To że potem wybuchły w opinii publicznej, podkręcane mocno przez media, sprawy dotyczące ubezpieczeń artystów, skandali w ochronie zdrowia czy Ukraińców w Polsce, pozwoliło szybko prezydentowi od tamtego epizodu uciec.
Współczesne disco polo Kwaśniewskiego
Jest jednak rzecz, której prezydentowi Karolowi Nawrockiemu odebrać nie można. To coś, co wynika z – wybaczcie państwo – „neorojalizmu” polskiej prezydentury. Rzeczywiście chcemy w Polsce – a z pewnością chce tego większość z nas – prezydenta jako współczesnego monarchy. Tylko na epokę social–mediów (które należałoby nazywać raczej mediami antyspołecznościowymi). Monarchy, w roli powiernika narodowej dumy, którego podziwiamy za majestat – pełne patosu słowa, smoking, powagę – i jednocześnie kogoś takiego, jak my. W tym sensie Karol Nawrocki jest – choć wszyscy krzywią się na to porównanie – drugim Aleksandrem Kwaśniewskim. Krytyków Kwaśniewskiego gorszył jego komunistyczny rodowód i wiele z jego decyzji. Ale Polakom podobało się, że ma poczucie humoru, dystans, gra w tenisa. I imponowała im wizja średnioklasowego, mieszczańskiego snobizmu, którą wraz z małżonką Jolantą Kwaśniewską, na przełomie wieków reprezentował.
Na podobnej zasadzie: obrazek Karola Nawrockiego, który z jednej strony walczy o polską rację w sporach historycznych, a z drugiej strony zbija piątki ze sportowcami i świetnie bawi się na trybunach, jest współczesnym disco polo Kwaśniewskiego. Lepszy od nas, ale i taki jak my. Taki, jacy chcielibyśmy być. W zapośredniczony sposób robi to, co i my byśmy chcieli – jak trzeba to się bije, a jak trzeba to się dobrze bawi, a przy tym zawsze w patriotycznym kostiumie. Nie kłania się autorytetom, ale i nie wywyższa (przynajmniej w ocenie wyborców) ponad miarę. Pozwala wyzbyć się wstydu – wstajemy z kolan i nie przepraszamy, że jesteśmy Polakami – i sprawnie idzie po wąskiej grani między powagą, wręcz brutalnością, a codziennością i swojskością.
I tak jak realna ocena prezydentury Kwaśniewskiego utonęła w nostalgii za Olkiem, tak i dziś bilans prezydentury – cena wet, jednowektoreowej polityki zagranicznej, destrukcyjnych decyzji – znika za wizerunkiem. Czy, jak powiedzielibyśmy po internetowemu, „wajbem, który się zgadza”.



