Reklama
Reklama
Reklama

Strażacy „wbili się na balkon” Cenckiewicza. Służby dostały poważne zgłoszenie

Mieszkanie prof. Sławomira Cenckiewicza, byłego szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, stało się celem tzw. swattingu. Ktoś wysłał fałszywe zgłoszenie o pożarze i zagrożonym dziecku. Na miejscu interweniowały straż pożarna i policja. Profesora nie było w domu.

Sławomir Cenckiewicz
Sławomir Cenckiewicz. (fot. Radek Pietruszka / PAP)
  • Anonimowe zgłoszenie dotyczące mieszkania Sławomira Cenckiewicza dotyczyło rzekomego pożaru oraz zagrożenia życia dziecka.
  • Służby po sprawdzeniu sytuacji, odstąpiły od wejścia do lokalu, ponieważ nie potwierdziły zagrożenia.
  • Były szef BBN uznał całą sytuację za prowokację i ostrzegł przed możliwością wykorzystywania fałszywych alarmów do ingerowania w prywatne mieszkania.

Do zdarzenia doszło w piątek przed godziną 15. Zawiadomienie o rzekomym zagrożeniu zostało przesłane drogą mailową. Zgłaszający twierdził, że w mieszkaniu profesora przebywa dziecko zamierzające odebrać sobie życie, a w lokalu jest pożar. W chwili interwencji służb, Cenckiewicza nie było w domu.

Mł. asp. Bartłomiej Śniadała z zespołu prasowego stołecznej policji potwierdził w rozmowie z Zero.pl, że „policjanci otrzymali zgłoszenie o zagrożeniu, pojawili się pod wskazanym adresem wraz ze strażą pożarną i nie potwierdzili tego zagrożenia”.

Straż pożarna na linach, policja pod drzwiami

O wszystkim Sławomir Cenckiewicz dowiedział się telefonicznie, będąc poza miejscem zamieszkania.

Reklama
Reklama

– Zostałem połączony najpierw z dowódcą grupy strażackiej, a później grupy interwencyjnej, policyjnej i dowiedziałem się, że przekazano informację o dzieciach, które mają znajdować się w moim mieszkaniu, że mieszkanie jest mocno zadymione, czyli najpewniej jest jakiś pożar. Ale mnie w domu nie było — relacjonował w rozmowie z Republiką.

Straż pożarna zjawiła się na miejscu i podjęła działania. – Straż pożarna spuściła się na linach z dachu na balkon, stwierdzili, że nic niepokojącego nie widać. Po telefonie do mnie odstąpiono od dalszych działań. Jak powiedział dowódca straży – nie wyłamywali drzwi i nie wchodzili do środka – powiedział były szef BBN.

Służby użyły specjalistycznego wyposażenia pozwalającego ocenić sytuację wewnątrz lokalu bez wchodzenia do środka. – Zastosowano odpowiedni sprzęt, który był w stanie, pomimo zamkniętych okien, drzwi balkonowych i drzwi wejściowych, sprawdzić, czy w ogóle do takich sytuacji, jaką zgłoszono, doszło. No i wykluczono taką możliwość – wyjaśnił profesor.

Reklama
Reklama

„Coraz bardziej niebezpieczne"

Cenckiewicz nie kryje, że zdarzenie traktuje jako celową prowokację i wskazuje na jej potencjalnie groźniejszy wymiar.

– Oczywiście mogłoby być tak, że pod fałszywą flagą czy pod fałszywym zagrożeniem można wchodzić do mieszkania kogoś takiego jak ja. Nie życzyłbym sobie, żeby ktokolwiek znalazł się pod moją nieobecność w moim mieszkaniu i cokolwiek przeglądał. Więc jest to sytuacja niebezpieczna. Mam nawet wrażenie, że coraz bardziej niebezpieczna – stwierdził.

Były szef BBN zaapelował do władz o podjęcie zdecydowanych działań. – Apeluję jeszcze raz do władz, żeby tych strasznie złych ludzi, prowokatorów namierzyła, znalazła i postawiła przed sądem. To już szeroka skala działania tych osób – podkreślił Cenckiewicz.

Reklama
Reklama

Profesor dodał, że sam fakt znalezienia się jego danych w rękach prowokatorów jest dla niego poważnym sygnałem. – Sam fakt, że mój telefon i adres jest w katalogu prowokatorów, daje mi dużo do myślenia - zaznaczył.

W zeszły piątek policjanci weszli do domu Tomasza Sakiewicza, szefa TV Republika i na miejscu skuli jego asystentkę. Jak tłumaczyli funkcjonariusze, interwencja została przeprowadzona po tym, jak mundurowi dostali sygnał o dziecku, które rzekomo ma znajdować się w domu redaktora naczelnego stacji.

Źródła: Republika, Zero.pl
Reklama
Reklama