
9 mld zł długu, rosnące koszty życia i widmo odpływu zagranicznych korporacji – czy Krakowowi grozi finansowa katastrofa? Dr Michał Włodarczyk z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie tłumaczy, dlaczego zadłużenie nie musi oznaczać końca świata, dlaczego krakowska Strefa Czystego Transportu w obecnym kształcie się nie sprawdza i co miasto musi zrobić, aby awansować do europejskiej czołówki.
Piotr Białczyk, Zero.pl: 9 mld złotych długu, średnio 11 tys. zł na głowę mieszkańca – tak wyglądają statystyki Krakowa. Co poszło nie tak? I jak pilnym zadaniem dla przyszłego prezydenta Krakowa będzie oddłużenie miasta, na co zwracają uwagę ankietowani w sondażu dla Zero.pl?
Dr Michał Włodarczyk, Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie, autor profilu „Stać Mnie”: Po pierwsze, można mieć więcej. Po drugie, to jest w złotych, a można mieć we frankach szwajcarskich (śmiech). Generalnie ten dług może być jeszcze wyższy, bo 400 mln zł rocznie kosztuje sama jego obsługa. Natomiast musimy pamiętać o jednym: dług wynika z tego, że miasto się rozwija i dla szybkiego rozwoju bierze trochę na kredyt.
Ale generalnie spójrzmy też w kontekście nadchodzących wyborów prezydenckich na to, co prezydent może i z czego składa się ten budżet. Tak robi się na całym świecie od czasów po II wojnie światowej – zaczęli Amerykanie. Natomiast w skali kraju Kraków rozwija się szybciej niż inne miasta.
Ten dług też rośnie szybciej niż w innych miastach.
To jest oczywiste – jeżeli zarabiasz dobrze jako specjalista w IT czy finansach w dużym mieście, takim jak Warszawa, Kraków czy Wrocław, to siłą rzeczy masz większą zdolność kredytową. Nie bez powodu duże kraje mają dług do PKB ponad 100 proc. – i nie mówię teraz tylko o Japonii, Włoszech czy Grecji…
Tylko że to jest przekroczenie wszystkich progów ostrożnościowych.
I mieszkańcy tych krajów żyją często na wyższym poziomie niż Polacy. Ergo, to nie jest takie głupie, jeśli się do tego dobrze podejdzie. Jeżeli zaciąga się ten dług w Krakowie, to po to, aby były lepsze szkoły, żeby rodzic nie musiał wysyłać dziecka na naukę do Warszawy. Jeśli będę miał tu dobre uczelnie, transport i opiekę medyczną, to mój syn tu zostanie, będzie płacił podatki i to będzie spinało się na moją emeryturę – może nie w sposób bezpośredni, ale te usługi pozostaną, gdy będę stary.
Wywołałeś stary podział Kraków–Warszawa. To wytłumacz mi – jakim cudem to mieszkaniec Krakowa jest najbardziej zadłużony wśród miast wojewódzkich, a Warszawa ma trzy razy niższy ten poziom? To jest kwestia złego zbilansowania budżetu w Krakowie, czy tego, że Warszawa ma większe wpływy?
Zdecydowanie wpływów, i to w szerokim tego słowa znaczeniu – Warszawa to stolica kraju, siedziby mają tam urzędy krajowe, a czasem także międzynarodowe przedstawicielstwa instytucji zagranicznych. Oprócz tego np. banki mają główne siedziby w Warszawie. W centrum jest giełda, specjaliści, prawnicy. A Kraków jest taką Pepsi – czyli drugą marką pod względem sprzedaży napojów gazowanych. Jako ten drugi zawsze musisz kombinować.
Coca-Cola wymyśliła Mikołaja, ukradła motywy z różnych mitologii, dołożyła trochę marketingu i jakoś im to wyszło – od tamtej pory nie muszą wiele robić. Tymczasem Pepsi zawsze angażowała do swoich kampanii największe gwiazdy, malowała odrzutowiec Concorde w barwy firmy. Musieli to robić, żeby być jak najbliżej pierwszego gracza.
Kraków jest taką Pepsi, a Warszawa Coca-Colą. Kraków nigdy nie będzie metropolią w skali europejskiej czy światowej, a Warszawa może być na poziomie ważności Berlina – o Paryż ciężko, ale takiego Madrytu już tak.
Symbolem Krakowa od dekad jest turystyka. Ale jak dużym błędem było postawienie na nią jako na główną gałąź lokalnej gospodarki?
Kraków nigdy nie postawił na turystykę. To jest trochę jak z Zamościem – czemu to miasto ma rozwiniętą turystykę? Bo ma piękne obiekty architektoniczne i historyczne. Kraków ma Wawel i masę innych pięknych miejsc, które po prostu ściągają ludzi z Polski, Europy i świata – od Azji po Antypody.
Ważniejsze jest postawienie w Krakowie na outsourcing, czyli centra usług wspólnych. Działa to tak, że duża globalna firma przenosi do Polski prostą księgowość, faktury, analizowanie danych czy call center, bo tak było taniej.
Dla skali: Kraków ma 16 wielkich firm zatrudniających ponad 1000 osób oraz 300 po prostu dużych zakładów pracy.
To daje dziś 110 tys. miejsc pracy. W 2010 r. było 16 tys. takich etatów, w 2015 r. – 40 tys., a w 2020 r. – 80 tys. I dochodzi do tego w czasie, gdy debatuje się o wpływie pandemii na rynek pracy, odpływie inwestycji, inflacji oraz sztucznej inteligencji.
Zatem kiedy to wszystko pęknie?
To nie pęknie, to po prostu zwalnia – w ekonomii istnieje prawo malejących przyrostów krańcowych. Im szybciej biegniesz, tym trudniej wycisnąć kolejny kilometr na godzinę. I Kraków wykorzystuje to, ile się da.
Od czasu transformacji podwoiła się liczba zabudowań i osiedli. W szczytowym momencie mieliśmy 203 tys. studentów, teraz jest 130 tys., bo demografia robi swoje.
Kraków wydrenował Podkarpacie, Świętokrzyskie, całą Małopolskę, Podhale, trochę Słowacji i północnych Czech, cały Górny Śląsk oraz Kielecczyznę. Wszystko, co się dało z południa – a co nie trafiło do Wrocławia i Warszawy – zabrał Kraków.
Jednocześnie coraz głośniejszym echem niosą się katastroficzne doniesienia: z tych centrów usług wspólnych zwolnionych zostanie w tym roku 4 tys. osób, a niektórzy szacują, że w najbliższych latach będzie to między 50 a nawet 60 tys. osób. Wielkie firmy zauważyły, że praca w Polsce jest już mniej opłacalna i przenoszą się np. do Indii. Czy da się ten trend z poziomu Krakowa w jakikolwiek sposób odwrócić?
Faktycznie, w Indiach pracownik zarabia w przeliczeniu średnio 4 tys. zł brutto, pod Wawelem jakieś 11–12 tys. zł brutto. Koszty życia w Indiach są niższe. Korporacjom finansowo też się to opłaca – mogą w Krakowie zlikwidować dział z 200 osobami, tam zatrudnić 400 i wciąż są to oszczędności dla zarządu w Amsterdamie czy Nowym Jorku.
Są jednak pierwsze przykłady, o których słyszałem z krakowskich firm, pokazujące, że pierwsze procesy przeniesione do Indii zaczynają wracać pod Wawel. Te firmy będą wracały do Polski czy szerzej: do Europy Wschodniej, która jest nadal dużo tańsza niż Zachodnia, a znajduje się w strefie Schengen, UE i NATO.
Europa ma pewne standardy jakości i etosu pracy. Bardzo często narzeka się, że w Indiach pracownik co prawda jest dostępny na Teamsie przez całą dobę, ale nie ma z nim rzeczowego kontaktu. Rynek pracy też tam inaczej wygląda: dominuje podejście, że jak zwolnią mnie z jednego molocha, to zatrudnią w konkurencyjnym za niższą stawkę i jakoś to będzie.
Kandydaci w tych wyborach prezentowali różne podejście do pobudzenia lokalnej gospodarki. Receptą na problemy z migracją miejsc pracy ma być postawienie na rozwój AI i sprowadzanie zagranicznych firm do miasta. Chyba nie odrobili lekcji z przyszłości, a ta mityczna gigafabryka AI jednak nie powstanie?
Monika Piątkowska mówi o typowym AI, Łukasz Gibała postuluje przejście na nowoczesny przemysł i zrównoważenie rozwoju poprzez nacisk na high-tech. Chodzi o to, żeby tutaj był drugi Tajwan, a nie Rumunia. W tym sektorze można zarobić nawet 2,5 razy więcej niż przy typowej, prostej produkcji. Zarobi się także więcej niż w centrach usług wspólnych.
Kolejnym ważnym elementem będzie lokalizacja – z Krakowa będzie łatwiej transportować wytworzone produkty zaawansowane technologicznie do Bawarii, Trydentu czy na Półwysep Apeniński – po prostu Kraków leży bliżej. Wyzwaniem będzie inna rzecz: Polska ściąga zagraniczne fabryki, zamiast stawiać własne.
Łatwiej wymusić, żeby warszawska firma postawiła zakład pod Krakowem, niż żeby zrobiła to firma z Korei. Tej z Seulu trzeba bardziej przypodobać się i zastosować wybieg „coś za coś”. Nie wiem, czy przyszły prezydent Krakowa to załatwi, ale jeśli tak, byłby genialnym marketerem miasta, co przyniosłoby duże zyski.
Tylko że sprowadzenie takiej zagranicznej firmy zawsze będzie rozbijało się o poziom centralny. Z poziomu rządowego trzeba będzie wprowadzić ułatwienia dla zagranicznego biznesu…
Za to dużo łatwiej będzie zachęcać firmy ze wspomnianych centrów usług wspólnych, bo Kraków – a mało się o tym mówi – jest jednym z największych centrów outsourcingowych usług finansowych. Jest jednym z największych klastrów finansowych w Europie.
Dużo łatwiej będzie „dosztukować” 301. firmę tego pokroju niż pierwszy czy drugi zakład typu high-tech. Nowoczesny przemysł brzmi nieźle, ale jest trudniejszy do pozyskania. Pytaniem do przyszłego prezydenta miasta będzie to, czy nie łatwiej i szybciej będzie po prostu pogłębić rozwój centrów usług finansowych.
Skoro jesteśmy przy finansach: który z kandydatów był najdroższy, który z ich postulatów był najbardziej kosztowny i na pewno nie zostanie zrealizowany?
Patrząc na postulaty mieszkaniowe, Monika Piątkowska kładzie nacisk na kwestie socjalne, a Łukasz Gibała chce przebudowywać pustostany – jedno i drugie wymaga remontów i budowy, co generuje podobne koszty. W przypadku Strefy Czystego Transportu oboje chcą ją w jakimś stopniu zawęzić, ale to nie są aż tak duże nakłady.
Wszystko rozbije się o to, jak rozwijać transport w mieście. Senator Piątkowska chce inwestować w metro, którego budowa pochłonie ok. 15–16 mld zł, a radny Gibała kładzie nacisk na tramwaje, bo miasto dysponuje sporym taborem, zajezdniami i know-how.
Obie te rzeczy są ważne i powinny się rozwijać niezależnie. Poza tym w ostatnim raporcie analizującym kilkanaście polskich metropolii wyszło klarownie: Kraków ma faktycznie przesłanki ekonomiczne do budowy metra. Musi to być jednak metro najprostsze, płytkie i lekkie – takie, żeby wjechał tam np. tramwaj, a nie skład pięcioczłonowy.
Krakowskie metro może przypominać niemiecki U-Bahn – ma tanio transportować mieszkańców do pracy, żeby miasto się rozwijało, żeby spłacono 9 mld długu i dobrze się tu żyło.
Kandydaci po prostu różnią się tym, co jest dla nich najważniejsze. Miasta podobne do Krakowa, które są mniej zatłoczone i zakorkowane, mają zarówno tramwaj, jak i metro.
Czytaj też: Zwrot w wyborach w Krakowie. Kandydat zrezygnował, przekazał poparcie
Wywołałeś tę nieszczęsną Strefę Czystego Transportu, spróbujmy ją krótko i sensownie ubrać w słowa. Wytłumacz mi: po co z niej rezygnować, skoro w pół roku dostarczyła miastu 19 mln zł?
Żaden prezydent miasta, a tym bardziej Polski, nie ma w swoich kompetencjach likwidacji SCT. Polska przyjęła środki z Krajowego Planu Odbudowy, więc część „unijnego dealu” została domknięta. Polska zgodziła się na szereg wymogów, w tym SCT w miastach, w których nie są spełniane normy.
Ale nie zgadzaliśmy się na konkretny jej kształt?
Obecny kształt SCT nie ma sensu, bo dotyka całego miasta. Powinna mieć wyłączenia dla parkingów Park & Ride, żeby dało się dojechać do komunikacji miejskiej. Nie rozumiem, dlaczego krakowską SCT objęto drogi przelotowe – okolice zoo, kopców, lasów, wszystko poza obwodnicą A4, S52 i S7.
Dziś SCT objęte są Kliny, które mają dwa autobusy, zero połączenia kolejowego i zero tramwajowego nawet w planach. Miasto karze mieszkańców dwukrotnie, bo zmusza ich do zakupu nowego auta albo pozbycia się starego.
Warto pomyśleć, jak zawęzić SCT do centrum, drugiej, a być może trzeciej obwodnicy – tam, gdzie jest szansa na przesiadkę do komunikacji zbiorowej. Bo wspomniane Kliny, os. Avia czy Rybitwy to miejsca, które nie mają żadnej alternatywy, a znajdują się w strefie.
Zobacz również:
Przy zbiorkomie warto poruszyć też kwestię powrotu do biletów 20-minutowych, co zgodnie proponują kandydaci. Budżet się od tego chyba nie zawali, choć jak doskonale wiadomo, raptem 40 proc. kosztów funkcjonowania MPK pokrywają wpływy z biletów?
Miasto musi do tego dopłacać. Nigdzie na świecie komunikacja miejska się nie opłaca, autostrady się nie opłacają, nawet lotniska bezpośrednio na siebie nie zarabiają i generują wielkie długi. Najlepszym tego przykładem jest lotnisko w Berlinie: buduje się coś za długo i za drogo, przez co kiepsko to wygląda w kwestii ROI, czyli zwrotu z inwestycji.
Ale działa.
I tak samo będzie z CPK czy rozbudową lotniska w Balicach. Traci się pieniądze jako pojedyncza jednostka, ale zarabia w długim horyzoncie czasowym.
A może te wszystkie dyskusje o długu, transporcie i długofalowej wizji są czcze, bo jest spora szansa, że Kraków po prostu zbankrutuje?
Powiedz mi: możesz sobie wygooglować loty do Argentyny?
Mogę.
Czy są wycieczki do Argentyny?
Tak, na pewno.
Argentyna zbankrutowała siedem czy osiem razy. To nie spowodowało, że ludzie pomarli, budynki się zawaliły, zabrakło dróg, paliwa czy czegokolwiek innego.
Tylko że na tej fali do władzy doszedł krwiożerczy libertarianin z piłą mechaniczną.
Ale mówimy o czasach minionych, sto lat temu. Ta historia powtarzała się wielokrotnie – jedynie kilka dużych krajów nigdy nie zbankrutowało. Na przykład nigdy nie doszło do upadku brytyjskiego funta. Jen japoński dlatego liczy się w tysiącach, bo oni nie padli od czasów II wojny światowej.
Po bankructwie wchodzi syndyk i jakoś trzeba tym zarządzić. Mieszkaniec tego nie zauważy, bo dróg nie zamkną, nie przyjdzie firma, która zwinie asfalt, ani nikt nie ukradnie miedzianych drutów z linii tramwajowej. Dalej będzie internet, prąd, ciepło z MPEC-u. To wszystko będzie działać.
Tylko wszystko będzie droższe.
Kwestia w tym, że chleb nie może być zbyt drogi. Paliwo nie może być zbyt drogie, bo pojawiają się niepokoje społeczne i trzeba robić programy osłonowe. W ekonomii istnieją granice ludzkiej tolerancji – w USA widać to idealnie.
Nie można przeginać z wizją, że bochenek chleba w Krakowie będzie kosztował 100 zł, a koszt ogrzewania wystrzeli 30-krotnie. Poza tym ludzie zawsze będą kombinować, żeby oszczędzić albo dorobić – spokojnie obejdą ten system. To zaboli tylko wierchuszkę w magistracie, która straci stanowiska (choć po kilku latach może do nich wrócić). Najważniejszym wyzwaniem będzie teraz uporządkowanie długu, który jest spory.
Gdzie w tej debacie o krakowskiej drożyźnie są studenci? Kraków jest jak magnes dla młodych, ale mam wrażenie, że miasto nie zatrzymuje absolwentów. Co ty jako młody doktor, jeden z mentorów UEK, słyszysz od swoich studentów?
Od studentów słyszę, że jest strasznie drogo. Panuje duży dysonans: chcieliby studiować, startować w konkursach, dołączać do kół naukowych, ale nie mają kiedy, bo po pracy ledwo mają siłę na wykłady i ćwiczenia.
Głównym problemem dla młodych są koszty utrzymania. Studenci od pierwszego dnia idą do pracy i łączą ją z nauką. Od pandemii drastycznie wzrosły ceny mieszkań, w tym najmu. Ten poziom dogonił Warszawę – w Krakowie trzeba wydać na to od 3 do 4 tys. złotych miesięcznie. Schody zaczynają się przy zarobkach: minimalna krajowa to około 3,5 tys. na rękę, a nikt młodemu studentowi na start nie zaproponuje wyższej stawki.
Obecnie w Krakowie studiuje 130 tys. osób. Wiesz, ile jest miejsc w akademikach łącznie?
Pewnie jak powiem, że z 5 tys., to niedoszacuję?
Więcej, licz z prywatnymi.
15 tys.
17 tys. miejsc w akademikach na 130 tys. studentów. A to jest bardzo ważne przy planowaniu budżetu, bo za dwuosobowy pokój w akademiku płaci się ok. 600 zł, a jedynka kosztuje gdzieś tysiąc złotych więcej. Poza tym są wysokie kryteria, aby w ogóle zakwalifikować się do akademika.
I tu jest przestrzeń do wsparcia – remontując pustostany, róbmy to nie tylko dla stałych mieszkańców, ale i dla studenckich „protomieszkańców”. Dzięki temu przyciągniemy zdolne osoby z mniejszych miejscowości, studiujące na topowych uczelniach.
Taka osoba przez pięć lat będzie miała tanie lokum. I tak będzie pracowała, bo koledzy na roku też pracują. Przez ten czas stworzy portfolio, zdobędzie lepszą pracę, a potem przejdzie na najem rynkowy czy kupno mieszkania. Miasto już wtedy nic nie dopłaca, bo zainwestowało wcześniej w ten proces.
Nastraszmy też trochę ludzi: jeżeli Kraków tego nie zrobi, to tańsze inwestycje – te niskokosztowe – pójdą do Katowic. Katowice się nie szczypią: budują ładne wieżowce, inwestują w transport po to, aby nadganiać jak Pepsi Kraków, traktując Kraków jako benchmark i silniejszego brata.
Oni, jeśli przegrają, to z Krakowem. A te lepsze inwestycje pójdą do Warszawy, bo nikt poza Krakowem nie ma miliona mieszkańców i półtora miliona użytkowników w aglomeracji. Nikt nie może konkurować z Warszawą.
Zróbmy tak, żeby wydrenować całe południe Polski z firm i stańmy się drugą Warszawą. Bo przecież tutaj jest dawna stolica Polski, która faktycznie może być przeciwwagą dla Warszawy. A dojdzie do tego tylko wtedy, gdy mocno zainwestujemy. Tu wciąż są możliwości i wciąż wiele osób w nie wierzy.

