Reklama
Reklama
Reklama

Burza po słowach wiceszefa MON ws. broni jądrowej. „Niezrozumiały błąd”

Jedno zdanie wiceszefa MON wystarczyło, by wywołać polityczną burzę wokół kwestii broni jądrowej w Polsce. Paweł Zalewski stwierdził w Kwaterze Głównej NATO w Brukseli, że Polska nie chce głowic nuklearnych na swoim terytorium. Kilka godzin później zareagował szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz, zapewniając, że Polska nadal chce uczestniczyć w programie NATO Nuclear Sharing.

Paweł Zalewski
Wiceminister obrony narodowej Paweł Zalewski. (fot. Wiktor Dąbkowski / PAP)
  • Wypowiedź Pawła Zalewskiego o braku zgody na rozmieszczenie głowic nuklearnych w Polsce wywołała serię reakcji i wymusiła stanowisko szefa MON.
  • Władysław Kosiniak-Kamysz zapewnił, że Warszawa nadal jest zainteresowana udziałem w NATO Nuclear Sharing i prowadzi rozmowy o europejskim parasolu nuklearnym.
  • Do słów wiceszefa MON krytycznie odniósł się również gen. Stanisław Koziej, który uznał je za błąd strategiczny.

Wiceminister obrony Paweł Zalewski w czwartek w Brukseli spotkał się ze swoim amerykańskim odpowiednikiem Elbridge'em Colbym. Rozmowy dotyczyły m.in. wzmocnienia NATO poprzez realizację planu NATO 3.0 oraz potencjalnych miejsc stałego stacjonowania wojsk amerykańskich w Polsce.

Wiceszef MON został zapytany, czy przyszła obecność wojsk USA w Polsce mogłaby obejmować również zdolności nuklearne.

– Nie. Chciałbym to powiedzieć bardzo jasno i otwarcie. Polska nie chce mieć głowic nuklearnych na swoim terytorium – odpowiedział Zalewski.

Jednocześnie zaznaczył, że Polska chce uczestniczyć w nuklearnym odstraszaniu NATO, ale nie oznacza to zgody na obecność głowic jądrowych na polskim terytorium.

Reklama
Reklama

Wieczorem Zalewski odniósł się do swojej wcześniejszej wypowiedzi na platformie X. Wyjaśnił, że polski rząd uzyskał możliwość udziału w programie DCA (Dual Capabilities Airborne), który określił jako wstęp do Nuclear Sharing. Podkreślił jednak, że udział w tym programie nie oznacza składowania broni nuklearnej w Polsce. „To nie jest ani możliwe, ani pożądane” – napisał.

Szef MON: Rozwiewając wszelkie wątpliwości

Do sprawy odniósł się również Władysław Kosiniak-Kamysz. Szef MON podkreślił, że stanowisko rządu w sprawie udziału Polski w nuklearnym odstraszaniu NATO pozostaje niezmienne.

„Rozwiewając wszelkie wątpliwości: Polska jest niezmiennie zainteresowana udziałem w programie NATO Nuclear Sharing” – napisał.

Wicepremier poinformował również, że Polska prowadzi rozmowy dotyczące propozycji uczestnictwa w europejskim nuklearnym parasolu ochronnym. „Stanowisko naszego rządu jest w tych kwestiach jednoznaczne” – zaznaczył Kosiniak-Kamysz.

Do wypowiedzi Zalewskiego odniósł się także szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz. Wskazał, że Polska od lat deklaruje gotowość do ponoszenia większej odpowiedzialności za politykę odstraszania NATO, również w domenie nuklearnej.

Reklama
Reklama

Przydacz podkreślił, że kolejne polskie rządy zgłaszały gotowość Polski do udziału w programie Nuclear Sharing.

Gen. Koziej: Niezrozumiały błąd strategiczny

Jeszcze ostrzej wypowiedział się gen. Stanisław Koziej, były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego i były wiceszef resortu obrony.

„Publiczna deklaracja przedstawiciela rządu, że Polska NIE CHCE mieć głowic nuklearnych na swoim terytorium to niezrozumiały błąd strategiczny w dziedzinie odstraszania” – ocenił.

Jednocześnie Koziej zaznaczył, że broń jądrowa nie musi znajdować się w Polsce. Jego zdaniem istotne jest jednak, aby Polska miała taką możliwość, a potencjalny przeciwnik, w tym Władimir Putin, miał tego świadomość.

Głos zabrał również były minister obrony Mariusz Błaszczak, poseł PiS. „Wiceszef MON Paweł Zalewski mówi, że Polska nie chce mieć na swoim terytorium głowic nuklearnych, ale jednocześnie chce być częścią nuklearnego odstraszania NATO. Tylko że w praktyce oznacza to rezygnację z udziału Polski w Nuclear Sharing” – napisał. 

Na czym polega Nuclear Sharing?

Nuclear Sharing to program NATO, w ramach którego Stany Zjednoczone rozmieszczają broń jądrową na terytoriach wybranych państw Sojuszu, które nie posiadają własnego arsenału nuklearnego.

Obecnie uczestniczą w nim Niemcy, Włochy, Holandia, Belgia i Turcja. Chodzi o amerykańskie bomby grawitacyjne rodziny B61, które w czasie pokoju pozostają pod wyłączną kontrolą i dozorem Stanów Zjednoczonych.

Reklama
Reklama

Ewentualne użycie broni wymagałoby decyzji politycznej w ramach natowskiej Grupy Planowania Nuklearnego, zgody prezydenta USA oraz państwa gospodarza. Dopiero wtedy ładunki mogłyby zostać przekazane sojuszniczym samolotom podwójnego przeznaczenia.

Państwa uczestniczące w programie zapewniają odpowiednie samoloty oraz przeszkolonych pilotów. Arsenał i lotnictwo są modernizowane – starsze bomby zastępowane są precyzyjną wersją B61-12, a samoloty F-16 czy Tornado są zastępowane m.in. przez F-35A.

Według szacunków organizacji pozarządowych, w tym Federation of American Scientists, w Europie znajduje się około 100 amerykańskich bomb B61.

Reklama
Reklama