Reklama
Reklama
Reklama

Nowe drogi, mosty i ronda, a tamy wciąż brak. „Mieliśmy wodę na piętrze. Strach tutaj żyć”

TYLKO NA

Jedni się boją, bo wciąż mieszkają nad rzeką, która siała spustoszenie. A tamy w Stroniu Śląskim wciąż nie odbudowano, zaś nowe zbiorniki to tylko wstępne projekty. Drudzy się cieszą, że miasta inkasują kolejne dotacje i pięknieją. I choć powódź zniszczyła Kotlinę Kłodzką blisko dwa lata temu, to nie wszędzie normalność wróciła. – W wielu miejscach nadal nie da się żyć – mówią mieszkańcy.

Odbudowa po powodzi w Lądku-Zdroju
(fot. Piotr Barejka / Kanał Zero)
  • Blisko dwa lata po powodzi najbardziej zniszczone miejscowości w Kotlinie Kłodzkiej wciąż są placem budowy, a kluczowe inwestycje dopiero oddawane są do użytku. Władze Lądka-Zdroju wyliczają, że odbudowa ukończona jest dopiero w ok. 63 proc.
  • Nie wszyscy jednak cieszą się z nowych dróg i mostów. Wielu mieszkańców mówi o strachu przed kolejną powodzią, szczególnie że tama w Stroniu Śląskim jest wciąż tymczasowo zabezpieczona, a nowe zbiorniki są na etapie wstępnego planowania.
  • Emocje budzą również wykupy nieruchomości przez Wody Polskie. Niektórzy nie chcą wracać do domów, które znajdują się na zagrożonych terenach, ale nie mają wyboru. Bo do wykupu się nie kwalifikują.
  • Wody Polskie twierdzą, że nie da się jednoznacznie wskazać, jaki procent infrastruktury zniszczonej podczas powodzi został już odbudowany. Wyliczają za to, ile milionów wydano dotychczas na odbudowę. 

– Tu kiedyś miałam balkon – Barbara pokazuje okno niedaleko łóżka. – Drzewo wywaliło mi drzwi, woda lała się do środka, trzy ściany popękały. Byłam wtedy na strychu i widziałam, jak koparka rzeką płynęła. To wszystko w nasz budynek waliło, aż się cały trząsł. 

Od strony ulicy kamienica wygląda niemal tak jak przed powodzią. Na balustradach wiszą kwiaty, opustoszałe są tylko lokale usługowe na parterze. Dawniej w jednym z nich Barbara prowadziła sklep z odzieżą używaną. Wewnątrz, na pierwszym piętrze, ma swoje wyremontowane mieszkanie. Obraz zmienia się jednak po drugiej stronie. Kamienica stoi tuż obok rzeki. Nad odbudowanymi umocnieniami wiszą urwane drewniane balkony i pogięte rynny. Sypiący się tynk odsłania gołe cegły. 

– Były komisje, chodziły i sprawdzały, ale strach tutaj mieszkać – mówi. – Przecież myśmy mieli wodę u siebie. Na pierwszym piętrze. 

Reklama
Reklama

Barbara mieszka kilka kroków od uzdrowiska w Lądku-Zdroju. Choć od powodzi minęły blisko dwa lata, to dokładnie widać, którędy przeszła fala. Po tynkach, które skute są do pierwszego piętra. Po mostach, które nadal są tymczasowymi konstrukcjami zbudowanymi przez wojsko, po zrujnowanych kamienicach, oznaczonych tabliczką: „Budynek uszkodzony”. Ale też po lśniących nowością drogach i dopiero co wyremontowanych elewacjach. To rzeczywistość każdej miejscowości w Kotlinie Kłodzkiej, którą powódź zniszczyła. 

Mieszkańcy z niepokojem patrzą również na tamę w Stroniu Śląskim, która wciąż nie została odbudowana. 

Miliardy strat i lata odbudowy 

Już w pierwszych dniach po powodzi władze zniszczonych gmin zapowiadały, że odbudowa to nie kwestia roku czy dwóch. W Stroniu Śląskim, Lądku-Zdroju, Kłodzku, Głuchołazach czy Lewinie Brzeskim straty opiewały na setki milionów złotych. Łącznie były to miliardy. Gdy pod koniec listopada 2024 r. Polska wystąpiła do Komisji Europejskiej o pomoc finansową na odbudowę, MSWiA informowało, że szacowana kwota strat poniesionych w infrastrukturze wynosi ponad 13 mld zł. Z kolei w lipcu 2026 r. ten sam resort przekazał, że rządowe wsparcie na odbudowę opiewa już na ok. 11 mld zł. Podkreślano przy tym, że to największa w historii III RP kwota przeznaczona na likwidację skutków klęski żywiołowej.

Zniszczenia po powodzi z 2024 r. wciąż widać w Lądku-Zdroju. (fot. Piotr Barejka / Kanał Zero)

Zniszczone miejscowości to wciąż place budowy, a kluczowe inwestycje dopiero oddawane są do użytku. W ciągu ostatniego miesiąca były to most w Głuchołazach, który premier Donald Tusk otwierał osobiście, oraz ulica Nadbrzeżna w Stroniu Śląskim. To pokazywana dziesiątki razy w ogólnopolskich mediach główna ulica miasta, którą woda doszczętnie zniszczyła. Tu już premier nie przyjechał, ale polityków nie zabrakło. Wśród otwierających ulicę, z rondem i chodnikami, była wicemarszałek Sejmu Monika Wielichowska, która podpisała się na pamiątkowej tablicy. Nieopodal znajduje się stadion, również otwarty niedawno przy udziale polityków rządzącej koalicji – z ministrem sportu Jakubem Rutnickim na czele. 

Reklama
Reklama

Czytaj też: Bój o zbiorniki. Stracą domy, by chronić innych przed powodzią. „To szantaż emocjonalny”

Jednak jadąc nową drogą przez Stronie Śląskie, mija się też pustkę po wyburzonych budynkach i wciąż zniszczone kamienice nad rzeką. – Jeszcze będzie pięknie, ale w wielu miejscach nadal nie da się normalnie żyć – słyszymy od kolejnej z mieszkanek. 

Jeszcze będzie pięknie 

Na lądeckim rynku ogródek jednej z kawiarni urządzony jest w podcieniach kamienic. Leżaki stoją przed zabitymi dyktą oknami. „Uwaga! Niebezpieczeństwo” – ostrzega żółta tabliczka. Tuż obok widać przykryty rusztowaniami ratusz, a wokół przechadzają się pojedynczy turyści. Mijają lokale, których spora część nadal jest pusta. W witrynach widać tylko ogłoszenia, że są do wynajęcia. – 12 milionów wywalili na remont ratusza. To jest tak ważne? Elewacja? I nie ma innych potrzeb? – denerwuje się właściciel jednego ze sklepów. – Uważam, że jest duża niegospodarność. Naprawiają rzeczy, które nie wymagały naprawy. To jest robione przy okazji, rozumiem, ale to nie znaczy, że trzeba zmieniać dobre na nowe. Powinni najpierw zdrój zrobić na perełkę, bo my z tego żyjemy – stwierdza. 

– Cały zeszły rok koczowałem i handlowałem w busie. Teraz mam lokal, niby po remoncie zrobionym przez gminę, ale wszystko się sypie. Na ścianach jest grzyb, musiałem kupić ozonator, żeby zdrowia tutaj nie tracić – denerwuje się mężczyzna. 

Reklama
Reklama

Właściciel lokalu obok na odbudowę patrzy jednak zgoła inaczej. 

– Trzeba sobie przypomnieć, jak było przed powodzią – zauważa. – Teraz udało się pozyskać środki, których inaczej nigdy byśmy nie dostali. Miasto robi się ładniejsze. Wystarczy się przejść, widać już nowe ulice, ratusz zaraz będzie zrobiony. Dawniej cegły z niego spadały. Niedogodności są, ale za dwa lata miasto zmieni się nie do poznania. Jeszcze naprawią tamę w Stroniu Śląskim, wzmocnią i będzie dobrze – stwierdza. 

Pieniądze pod ziemią 

Lądek-Zdrój to miasto, w którym straty były jednymi z najwyższych. Tylko w mieniu gminnym opiewały na ok. 300 mln zł, do tego kolejne dziesiątki milionów strat w mieniu powiatowym, wojewódzkim i prywatnym. Wszystko to w gminie, której roczny budżet wynosił ok. 60 mln zł. Woda uszkodziła większość mostów, w tym zabytkowy XVI-wieczny most św. Jana, szkołę, ratusz. Jak jednak zapewnia burmistrz Lądka, Tomasz Nowicki, gmina na tempo odbudowy nie narzeka. – Dosyć szybko dostaliśmy zwiększoną subwencję. Wszystko idzie przyzwoicie, oczywiście przy ograniczeniach administracyjnych, których się nie przeskoczy. Poza tym szybsze tempo nie byłoby najpewniej możliwe, ponieważ wszystko trzeba było osuszyć, odczekać, zaprojektować – zauważa.

Tymczasowo zabezpieczona tama w Stroniu Śląskim. (fot. Piotr Barejka / Kanał Zero)

 – Do tego dochodzi u nas kwestia nadzoru konserwatorskiego, bo cały układ urbanistyczny jest wpisany do rejestru zabytków – wyjaśnia burmistrz. – Nie zawsze również inwestycje widać, bo dużo środków finansowych wpuszczamy dosłownie pod ziemię. Mieliśmy bardzo starą infrastrukturę wodno-kanalizacyjną, co rodziło szereg problemów. Dodatkowo robimy kanalizację w Trzebieszowicach, gdzie jej w ogóle nie było, mimo że mamy XXI wiek – kontynuuje Nowicki. 

Reklama
Reklama

Z danych urzędu wynika, że odbudowa Lądka ukończona jest w ok. 63 proc. Burmistrz zwraca również uwagę, że nie za wszystko, co znajduje się w mieście, odpowiada ratusz. Tak jest chociażby w przypadku ostatniego tymczasowego mostu w uzdrowiskowej części. To obiekt, który rzuca się w oczy turystom, należy jednak nie do gminy, tylko do powiatu. Projekt jest już w trakcie realizacji, powiat otrzymał środki, a most ma powstać w przyszłym roku. – Tłumaczyliśmy się za część rzeczy, które nie leżą w naszym zarządzie, ale społeczeństwo jest wyrozumiałe. Czuję, że mamy wsparcie mieszkańców – twierdzi burmistrz.  

Nowicki zapewnia, że odbudowa z „plusem” to nie tylko pusty slogan, ale fakt. Tłumaczy też, że powódź uwidoczniła problemy, z którymi miasto zmagało się już wcześniej. Przykładem są tu – jego zdaniem – kamienice, w których mieszka pani Barbara. – Powódź jak w soczewce pokazała problemy małego miasta zmagającego się z licznymi ograniczeniami – twierdzi burmistrz. – Właściciel nie remontował tych kamienic przez lata. Potem przyszła powódź, właściciel zmarł, a spadkobiercy są za granicą. To dla nas ogromny kłopot. Wiem, że te pustostany straszą i zastanawiamy się nad możliwością ich wykupu. Natomiast to nie są problemy powodziowe – podkreśla Nowicki. 

Reklama
Reklama

Czytaj też: Dwa domy, trzy mieszkania i 1,9 mln zł długu. CBA sprawdzi oświadczenia majątkowe polityka KO

Według burmistrza problemem powodziowym jest za to kwestia, która podczas odbudowy, dziesiątek przetargów i milionowych dotacji umyka uwadze. – Powódź straumatyzowała naszą społeczność, o czym jeszcze nie mówi się za dużo – zauważa. – Uważam, że w dłuższej perspektywie wiele osób będzie wymagało pomocy psychologicznej. Wsparcie mieliśmy tylko doraźne, zaraz po powodzi, gdy była adrenalina, mieszkańcy sprzątali, remontowali. 

Pustynia w Stroniu 

Po powodzi wciąż podnosi się także sąsiednie Stronie Śląskie. Zbigniew i Stanisława odbudowują swój sklep tuż nad potokiem, nieopodal miejsca, gdzie kiedyś stał posterunek policji, który woda zmiotła w całości. Tak jak 25 innych budynków. – Popłynęła cała ulica handlowa, popłynął pawilon. Prawie nikt swojego biznesu nie odbudował. Miasto niby jest nastawione na turystykę, ale w tej chwili z ruchem jest marnie, nic nowego nie powstaje, rządzą markety i mały biznes jest w odwrocie. Słyszymy od ludzi, że przecież w Stroniu to nic nie ma. I to prawda, teraz to jest pustynia – mówi zrezygnowany Zbigniew. – Ale człowiek już przywykł, że wciąż mamy jeden wielki plac budowy – dodaje. 

Wnętrze jednej z kamienic w Lądku-Zdroju. Tynki skuto po powodzi z 2024 r.  (fot. Piotr Barejka / Kanał Zero)

Zbigniew opowiada, że swój biznes odbudowuje dzięki pożyczce z Karkonoskiej Agencji Rozwoju Regionalnego. Tej samej, wokół której wybuchła afera, gdy Wirtualna Polska ujawniła, że pieniądze dla poszkodowanych w powodzi trafiły do męża ówczesnej wiceprezeski KARR i działaczki KO Anny Konieczyńskiej, jej sąsiada oraz właściciela lokalnej telewizji współpracującej z samorządem – Gdyby nie ta pożyczka, to nie udałoby się nam odbudować. Tak naprawdę była to jedyna pomoc, jaką dostaliśmy – podkreśla jednak Zbigniew. – Nie wiem tylko, jak długo będziemy w stanie funkcjonować. Zysków nie mamy dużych, u ubezpieczycieli stawki są niemiłosiernie wysokie, wzrosły czynsze – dodaje. 

Reklama
Reklama

– Wiadomo, jak to było z pomocą – oburza się natomiast kolejna z mieszkanek. – Kto był cwańszy, ten potrafił sobie wszystko załatwić. A byli ludzie, którzy nie mieli siły i czasu, żeby dokumenty wysyłać – stwierdza. 

Na wiele inwestycji mieszkańcy Stronia wciąż czekają. Choć na przestrzeni ostatnich miesięcy pojawiały się wizualizacje nowego centrum miasta, które mieszkańcy przyjęli z entuzjazmem, to jednak nadal jest to tylko wizja architektów. Burmistrz Dariusz Chromiec stwierdził wówczas, że te „koncepcje” będą jeszcze podlegać konsultacjom, a priorytetem jest odbudowa. I zapadła cisza. – Zawsze byłem optymistą, ale coraz bardziej jestem pesymistą. Uważam, że paradoksalnie powódź mogła być wielką szansą na rozwój, tylko ta szansa została zaprzepaszczona – ocenia Grzegorz Ścisłowski, lokalny działacz i sołtys Starego Gierałtowa. – U nas jedyne, co powstało z „plusów”, to zamiast skrzyżowania mamy rondo. I wszyscy się chwalą. A tam powinien być ryneczek, deptak, coś, co przyciągnie turystów. Uważam, że to głównie wina władz lokalnych, bo przecież środki były. Lokalne władze tego nie dźwignęły – ocenia. 

– Do tego pomocy dla wspólnot mieszkaniowych praktycznie nie ma. Uliczki mamy piękne, tylko stare kamienice są zostawione same sobie, więc będą stać takie obłupane – zauważa z kolei Zbigniew. 

Reklama
Reklama

(Nie)wykupieni 

Emocje mieszkańców zalanych terenów budzą również wykupy nieruchomości przez Wody Polskie. Po powodzi Wody Polskie miały wykupować najbardziej zagrożone domy, aby ich właściciele mogli przenieść się w bezpieczniejsze miejsca. Ludzie szepczą między sobą o tym, kto ile dostał za swoją nieruchomość. Jak słyszymy, pieniądze bez problemu wystarczają na odbudowę w innych miejscach. Zgodnie z ustawą właściciele otrzymywali 120 proc. wartości określonej przez rzeczoznawcę. Wykupy były dobrowolne. 

Czytaj też: Pysznie już było. „Będę dalej walczył o godne warunki pracy dla kurierów”

Jednak do dużej części nieruchomości, które stoją tuż nad rzeką, mieszkańcy musieli wrócić. – Funduszy na wykup nie ma – mówi zrezygnowana Maria, mieszkanka jednej z kamienic tuż nad Białą Lądecką, rzeką, która spustoszyła Lądek-Zdrój. Sąsiadów naprzeciwko, po drugiej stronie rzeki, już nie ma. Tam wykup się udał. – Obawy są, ale co mam zrobić? Dokąd mam pójść? Na razie nic nie słychać, żeby mieli nas wykupić albo przenosić. Teraz czekamy, może jesienią albo w przyszłym roku zrobią nam elewację. Doprowadzamy wszystko do porządku – stwierdza. 

Ulica Langiewicza w Lądku-Zdroju. Tutaj większość mieszkańców po powodzi nie wróciła. (fot. Piotr Barejka / Kanał Zero)

– Strach jest zawsze, ludzie prosili, żeby ich po tej stronie wykupić, ale Wody Polskie nie kupiły. I co zrobić? – wtóruje kolejna z mieszkanek. – Przynajmniej szkołę wyremontowali, parking zrobili, no i kościół. Wiadomo.

Reklama
Reklama

Jednym z miejsc, które w Lądku-Zdroju zatrzymało się w czasie, jest położona tuż obok Białej Lądeckiej ulica Langiewicza. W ganku jednego z domów, od którego woda oderwała ścianę, wciąż wisi żyrandol. Dawne ogródki porastają wysokie chaszcze. Budynki wkrótce mają zniknąć, bo nieruchomości wykupiły Wody Polskie. Choć nie wszystkie. – Wiem, że sąsiedzi dobre pieniądze dostali – ucina kobieta, która mieszka w jednym z dwóch ostatnich domów. – My nie możemy sprzedać domu, bo mamy nierozwiązaną sytuację majątkową. Jak tylko wygramy w sądzie, to sprzedajemy od razu, bo zagrożenie zawsze tutaj będzie. Sąsiadka jako jedyna nie chce się przenieść – wyjaśnia. 

Problem z wykupami dostrzega również burmistrz Lądka. 

– Rozgoryczenie jest, bo na razie pieniędzy na wykupy zabrakło – przyznaje Tomasz Nowicki. – Bardzo dobrze znam ten problem, sam jestem członkiem rodziny powodziowej. Mój dom rodzinny został całkowicie zalany, ale grunt nie został przeznaczony do wykupu. Rodzice już wszystko odbudowali, natomiast moja mama cały czas podkreśla, że nie chce mieszkać w tym miejscu, ale musi. 

Odbudować i zabezpieczyć 

Wśród mieszkańców czuć również strach przed kolejną powodzią, szczególnie że tama w Stroniu Śląskim, której przerwanie było przyczyną katastrofalnych szkód, wciąż jest tylko tymczasowo zabezpieczona. Ważą się także losy nowych zbiorników, przeciwko którym protestują mieszkańcy wsi nieopodal Stronia Śląskiego, bo ich budowa wiąże się z wysiedleniami (ten temat opisywaliśmy niedawno w Zero.pl). To jednak kluczowy element inwestycji, które mają zwiększyć bezpieczeństwo mieszkańców. – My możemy inwestować, ale jeśli ochrony przeciwpowodziowej nie będzie, to za jakiś czas inwestycje mogą się okazać utopionymi pieniędzmi – ostrzega burmistrz Nowicki. – Powodzie tutaj były i będą. Głuchołazy już zostały podtopione – przypomina. 

Reklama
Reklama

Czytaj też: Jeziora znikają z krajobrazu Wielkopolski. „Ludzie dzwonią i pytają, czy jeszcze istnieją”

– Uważam, że zbiorniki to jedyna droga, żeby nas chronić. Alternatywne propozycje mnie nie przekonują – mówi dalej burmistrz. – Pamiętam powodzie z 1997 i 2009 r. Nie chcę tego przeżywać kolejny raz, nie chcę, żebyśmy znów przechodzili to, co było niecałe dwa lata temu. Dla mnie wartość życia ludzkiego jest nadrzędna. Jeżeli jest instrument, żeby to życie chronić, to nie patrzy się wtedy na czyjś partykularny interes, pomimo że to są bolesne decyzje. 

Tutaj dawniej stał posterunek policji w Stroniu Śląskim, dalej był pawilon handlowy. (fot. Piotr Barejka / Kanał Zero)

Wody Polskie twierdzą, że nie da się jednoznacznie wskazać, jaki procent infrastruktury zniszczonej podczas powodzi został już odbudowany. Jak tłumaczy rzecznik wrocławskiego RZGW Patryk Bałajewicz, nie istnieje „miarodajny wskaźnik”, ponieważ „skala i charakter uszkodzeń były zróżnicowane”, a część zadań ma „charakter wieloetapowy”. Bałajewicz wylicza tylko, że w roku 2024 i 2025 zrealizowano na Dolnym Śląsku łącznie 396 zadań o wartości blisko 285 mln zł, a budżet na tegoroczne 53 zadania to ponad 77 mln zł. – Dotychczasowe działania obejmowały przede wszystkim odtworzenie infrastruktury bezpośrednio uszkodzonej przez wezbranie – wyjaśnia. W skrócie: Wody Polskie przez ostatnie dwa lata zajmowały się głównie naprawami umocnień, udrażnianiem koryt czy remontami elementów infrastruktury hydrotechnicznej.

Reklama
Reklama

Co dalej? Największą inwestycją, która ma powstać na Dolnym Śląsku, jest zbiornik Kamieniec Ząbkowicki. Wieś, która tam się znajdowała, wysiedlono już po powodzi w 1997 r., ale projekt porzucono na niemal 30 lat. Teraz za ponad miliard złotych powstać ma zbiornik o powierzchni tysiąca hektarów i zapora o długości przeszło 2 km. Obiekt będzie chronił Kamieniec Ząbkowicki, ale też obszary położone niżej, w tym gminy Paczków, Otmuchów i Nysa. Nie będzie jednak chronił mieszkańców Kotliny Kłodzkiej. Tam kluczowe znaczenie ma odbudowa istniejącego w Stroniu zbiornika i zniszczonej w 2024 r. tamy. Jak dowiadujemy się w Wodach Polskich, inwestycja ma zostać ukończona do 2030 r. Dopiero w przyszłym roku gotowy ma być projekt. To oznacza, że najwcześniej sześć lat po powodzi mieszkańcy doczekają się całkowitej odbudowy kluczowego zabezpieczenia przeciwpowodziowego. 

W tym tygodniu Wody Polskie ogłosiły, że wybrano już wariant odbudowy zbiornika w Stroniu Śląskim. Istniejąca zapora ma zostać rozebrana, a w jej miejscu powstanie nowa, żelbetowa konstrukcja. 

Reklama
Reklama