Reklama
Reklama

Gosia Rdest: Chcę, żeby moje córki zobaczyły, że można

TYLKO NA

– Jak córki będą oglądały moje zdjęcia z pucharami za kilkanaście lat, chcę, żeby zobaczyły, że można. Że są dwie ścieżki: być z dzieckiem w domu i być szczęśliwą – albo robić jedno i drugie jednocześnie, nie rezygnując z siebie. Bo każdy z nas ma jedno życie i przeżywa je po raz pierwszy – podkreśla w rozmowie z Zero.pl Gosia Rdest. Zawodniczka wróciła na tor wyścigowy pół roku po drugim porodzie.

Gosia Rdest wróciła na tor po drugim porodzie.
Gosia Rdest wróciła na tor po drugim porodzie. (fot. materiały prasowe)

Aleksandra Cieślik, Zero.pl: Co usłyszałabym w twoim domu rano, zanim jeszcze staniesz się tą Gosią Rdest, która za moment pojawi się na torze?

Gosia Rdest, kierowca wyścigowy, mama dwóch córek: To akurat mąż mi dzisiaj wypomniał. „Szybciej, szybciej, Karol, szybciej!” (śmiech).

Grasz jednocześnie wiele ról.

Tak. Zawodniczka, mama, żona, pani domu. Zawsze zależy mi na tym, żeby organizacja dnia od początku do końca przebiegała jak należy. Taka moja miniobsesja, ale też sposób, dzięki któremu udaje mi się trzymać w ryzach całe to życie – moje, Karola, dziewczynek. Pierwsze słowo to zdecydowanie „szybciej”. A potem, do Klary i Kory, „dzień dobry, jak się spało?”.

Reklama
Reklama

Na tor wróciłaś bardzo szybko, bo pół roku po urodzeniu Kory. Widziałam na twoim Instagramie zdjęcia z laktatorem, wykład dla Porsche miesiąc po porodzie.

Przy Porsche Experience. Pracuję tam jako instruktor. Jesteśmy na torze w maju i we wrześniu. We wrześniu odbywa się taki przeniesiony Dzień Kobiet, event wyłącznie dla pań. Rok wcześniej nie mogłam, dwa lata temu też byłam na zawodach – więc tym razem za wszelką cenę chciałam uczestniczyć w tym wydarzeniu. Wiedziałam, że jestem w połogu, ale mentalnie i fizycznie czułam się stabilnie.

Drugie dziecko.

Dokładnie. Wiedzieliśmy już, co i jak. Myślę, że właśnie dlatego było to dla tych kobiet wartościowe – prawdziwe. Pokazywało nową perspektywę na macierzyństwo: że w pewnym momencie staje się najważniejszą rzeczą na świecie, bo nie ma nic ważniejszego niż życie drobnej, niewinnej, zależnej od ciebie osoby. Ale z drugiej strony – pamięć o tym, by nie zatracić siebie całkowicie. Krótkofalowo może wydawać się to okej, długofalowo bardzo rzutuje i na psychikę, i na sferę zawodową.

Reklama
Reklama

Czyli jechałaś z laktatorem w torbie. A mąż w domu z córkami.

Tak (śmiech). Dogadałam się z szefem kuchni, który dał mi przestrzeń w swojej zamrażarce. Regularnie odciągałam pokarm, żeby utrzymać laktację.

Kiedy po urodzeniu Kory pojawiło się pierwsze „chcę wracać na tor”?

Reklama
Reklama

Może nie mówiłam o tym głośno, bo trzymałam to trochę dla siebie, ale teraz wszystko jest już dobrze, więc mogę. Średnio raz w tygodniu miałam taką myśl: „A jak to będzie? A co, jak nie wrócę?”. Ta obawa sprawiała, że chciałam zrobić to jak najszybciej. Obie ciąże przeszłam bardzo książkowo. Śmieję się, że mogłabym być w ciąży cały czas – świetnie się czułam, ćwiczyłam do końca. Jestem za to wdzięczna losowi i swojemu ciału. A konkretna myśl o torze? Tydzień po porodzie. Wiedziałam już, jak działam, że jestem sprawna.

Pierwszy przejazd po powrocie był dobry. Byłaś nawet zaskoczona, że aż tak.

Pierwsze jazdy po powrocie były naprawdę dobre. To było miesiąc po porodzie – we wrześniu 2025 r., czwartkowe treningi przed WSMP (Wyścigowe Samochodowe Mistrzostwa Polski). Wszyscy jechali już mocnym, wyścigowym tempem, więc miałam bardzo dobry punkt odniesienia. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że zaledwie miesiąc po porodzie byłam tylko sekundę od swojego standardowego tempa na tym torze. Po takiej przerwie i wszystkim, przez co przeszedł organizm, naprawdę się tego nie spodziewałam.

Do ścigania wróciłaś w kwietniu 2026 r., w Alpine Elf Cup Series, czyli jednej z najmocniejszych europejskich serii monomarkowych.

Reklama
Reklama

Pierwszy weekend odbył się w Nogaro, we Francji, w czasie Wielkanocy. Po przerwie trudno przewidzieć, czego się spodziewać, dlatego dwa podia już podczas pierwszej rundy były dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem i ważnym sygnałem, że dalej jestem konkurencyjna.

Wyścigowy instynkt wrócił dość naturalnie – nie tylko tempo, ale też pewność w walce koło w koło. Podia w Nogaro dały mi dużo wiary, a zwycięstwo w Dijon, na torze, na którym miałam okazję rywalizować pierwszy raz, pokazało, że naprawdę mogę walczyć o najwyższe lokaty. 

Po pierwszej ciąży było podobnie?

Absolutnie nie. Nie była to depresja poporodowa, ale byłam rozczarowana sobą. Nieplanowane cięcie cesarskie – nagle złe KTG, decyzja o natychmiastowej operacji. Byłam na trzech szkołach rodzenia, bardzo przygotowywałam się do porodu naturalnego – i nagle żadnej szansy. Rozczarowana, ale też przerażona. Sport towarzyszył mi od zawsze, kochałam i szanowałam swoje ciało – sześciopak, 60 pompek ot tak, plank przez osiem minut... To mnie definiowało. I nagle leżałam na łóżku, średnio czułam nogi, a pani położna mówiła: „Za kilka godzin zrobimy sobie rozruch”. Trzy pielęgniarki podnosiły mnie z łóżka. Płakałam. Towarzyszył mi duży ból, nie mogłam zrobić kroku, wziąć dziecka na ręce. Byłam w ciężkim szoku.

Reklama
Reklama

Z perspektywy drugiego porodu, po którym po prostu wstałam i zaczęłam chodzić, zastanawiam się, na ile pierwsza sytuacja wyniknęła z mentalnego nieprzygotowania na cesarkę. Myślę, że warto o tym mówić: zadbajcie na etapie ciąży o otwartość na różne warianty. Ja byłam na nią kompletnie nieprzygotowana.

Do powrotu na tor po pierwszej ciąży zmotywowałaś się sama, czy ktoś ci pomógł?

Na zawody wróciłam po roku, ale na testach byłam wcześniej. Zaczęłam też robić inne rzeczy – testy samochodów, power speeche. Ale ta „inicjacja” to przełom grudnia 2023 r. i stycznia 2024 r., pół roku po porodzie. Siedziałam tylko z Klarą. Karol zobaczył, że nie mam w oku tej iskry, że coś jest nie tak. Zaproponował, żebym wróciła do pracy na dwa dni w tygodniu, a on zajmie się córką. Wtedy się otworzyłam. Zaczęłam przygotowania fizyczne, ćwiczenia oddechowe, wróciłam do aktywności. Nie wiem, jak by to wyglądało bez mojego męża.

Reklama
Reklama

Ale laurka!

(śmiech). Tak! Ale w pełni zasłużona.

Łatwiej było ci odbudować mięśnie czy pewność siebie?

Mięśnie. Zdecydowanie. To moja naturalna predyspozycja – zawsze zaczynałam od przygotowania fizycznego. Wychodziłam z założenia: jak jestem sprawna fizycznie, to jest mi łatwiej utrzymać balans i skupienie przez cały wyścig. To była moja mocna karta i na wstępie pokazywała: ona robi 50 pompek w minutę, coś jest na rzeczy.

Reklama
Reklama

Ale pamiętam jeden moment. Pół roku po pierwszym porodzie chciałam zrobić jedną pompkę. Popłakałam się i odpuściłam.

Ciało jeszcze nie odpowiadało.

Tak. Teraz, przy Korze, poszło mi o wiele łatwiej – od siódmego tygodnia pracowałam z fizjoterapeutką: ćwiczenia oddechowe, masaże, bańka chińska. Na bazie własnych doświadczeń. Najpierw ciało, potem mental.

Jakie spojrzenie na ryzyko dało ci macierzyństwo?

Reklama
Reklama

Nie zmieniło mojego podejścia do niego. Jestem po pierwszych dwóch weekendach wyścigowych i dalej je podejmuję. Co robię inaczej? Na pewno więcej kalkuluję w trudnych warunkach. Przy deszczu założyłam specjalne opony wcześniej niż trzy lata temu. Chłodniejsza głowa, większa kalkulacja. Ale tam, gdzie jestem czegoś pewna – w pościgu, w manewrach wyprzedzania – absolutnie nic się nie zmieniło. I dobrze, bo gdyby się zmieniło, nie byłoby tego tempa w tym sezonie. Mówi się, że po porodzie zwalnia się pół sekundy. U mnie absolutnie nie.

Czyli na torze jesteś tą samą Gosią Rdest sprzed Klary i Kory, ale wychodząc z pracy – mental się zmienia.

Tak, zdecydowanie. Na torze nic się nie zmieniło. Ale w codziennej jeździe – na pewno. Zasada ograniczonego zaufania zawsze mi towarzyszyła, ale teraz ma mocniejsze zastosowanie. Z dziewczynkami nie jadę „na ostro” – ani zmęczona, ani bez planu. Dbam o ich komfort. To stało się priorytetem.

Musiałaś się komuś tłumaczyć z tego, że wracasz?

Reklama
Reklama

Każdemu, oprócz męża. Mój tata wyraził jeszcze zrozumienie. Ale dla innych bliskich to była abstrakcja. Myślę, że wynika to z głęboko zakorzenionych tradycji: kobieta jest przy dziecku. To piękne. Ale szybki powrót po porodzie – zwłaszcza do sportu – to wciąż niecodzienność. Mamy już pewne przykłady – wioska olimpijska i przychylność dla karmienia piersią. Ale to ciągle początki.

Do dziś słyszę: „dzieci potrzebują matki”. Ja jestem. Nie skreślam sobie w głowie słowa mama. Po powrocie z pierwszych zawodów tego roku, z dwoma drugimi miejscami, wysłałam zdjęcia na rodzinnej grupie. Teściowie napisali: „O, znów masz ten błysk w oku”.

Potwierdzam, widziałam zdjęcia.

Reklama
Reklama

I wiesz co? Jak córki będą oglądały te ujęcia z pucharami za kilkanaście lat, chcę, żeby zobaczyły, że można. Że są dwie ścieżki: być z dzieckiem w domu i być szczęśliwą – albo robić jedno i drugie jednocześnie, nie rezygnując z siebie. Bo każdy z nas ma jedno życie i przeżywa je po raz pierwszy.

Krzywdzące stereotypy o matkach powracających do sportu – słyszałaś coś, co cię wkurzyło?

Takie komentarze staram się blokować w sieci albo po prostu wypierać. Ale zdarzało się: „Gdzie są dzieci, zostań w domu”.

Gosia-zawodniczka – ta chwila przed startem, kiedy siedzisz sama i analizujesz. Masz wciąż pełen focus na zwycięstwo, tak jak przed ciążami?

Reklama
Reklama

Na torze czas płynie inaczej. Priorytety się przewartościowują, cykl dnia jest inny. Jak jest sześć godzin przerwy między wyjazdem – mam kontakt z bliskimi, naturalnie. Ale przeważnie mój rytm wygląda tak: oglądam inne wyścigi, analizuję dane i onboardy, jem, drzemka, rozgrzewka, przebranie, wizualizacja i wsiadam za kierownicę.

Jazda wyścigowa to ciekawe połączenie: z jednej strony jesteś samotnikiem. To ty jedziesz, ty podejmujesz decyzje, ty ponosisz konsekwencje. Ale analiza danych, ustawienia samochodu… to praca grupowa. Mam swoje techniki skupienia. Pracuję słowami kluczami – zakręt definiuje jedno słowo, które zastępuje pięć linijek notatek. Po angielsku, bo polski jest zbyt opisowy. Apex – punkt styczny. Brake – punkt hamowania. Position – ustawienie samochodu. Lecę sekcjami, powtarzam te słowa – trzymają umysł w ryzach.

Dłużej jestem kierowcą niż matką. Więcej wiem o jeżdżeniu niż o macierzyństwie, którego cały czas się uczę razem z rozwojem dzieci. Może dlatego to skupienie przychodzi mi naturalnie.

Co mówisz sobie w chwilach zwątpienia?

Reklama
Reklama

Motywuje mnie mąż. Naprawdę. Mówi: „Gosia, weź się w garść” (śmiech). I działa. Ostatnio w Dijon – nowy tor, trudne warunki: wiatr, deszcz. Byłam w mocnym niedoczasie, wściekła. Zadzwoniłam do Karola kompletnie załamana. On żartem rzucił: „Bez pucharu nie przyjeżdżaj, bo więcej nie pojedziesz”. Rozegrał mnie idealnie.

„Groźba” podziałała.

Totalnie. Zagryzłam zęby, korzystałam z tego, co zrobili inni zawodnicy – ich linie, prędkości. Powiedziałam sobie: skillset mam, nad samochodem panuję jak mało kto, musi się udać.

Reklama
Reklama

Co jest dla ciebie bardziej bolesne – gorszy wynik czy niespełniona obietnica wobec córek?

Przez te trzy lata nie miałam momentu, w którym rozczarowałabym córkę jako mama. Jeżeli powiedziałam, że odbiorę Klarę z przedszkola i przywiozę ulubioną przekąskę, to przywiozę. Jak umawiamy się na lody – idziemy. Zależy mi, żeby moje dzieci znały wartość słowa. W rodzinie to ono buduje poczucie jedności.

A przegrywanie?

Nienawidzę. Jak przyjeżdżam bez pucharu, bez podium – masakra. Nieznośna jestem, przynajmniej podczas podróży powrotnej (śmiech).

Reklama
Reklama

Co zmieniło w tobie macierzyństwo?

Poszerzyło definicję sukcesu. Nie miałam poczucia, że rodzina jest elementem dobrostanu, zanim jej nie miałam. Nie znałam prawdziwej definicji miłości – nie miałam pojęcia, jak kompleksowe może być to słowo. Długo nie myślałam o macierzyństwie jako celu. Decyzja o staraniu się o dziecko była świadoma i późna – miałam 30 lat. Nawet Karolowi chyba o tym wprost nie powiedziałam. To przyszło naturalnie, bez ogłaszania. I teraz to jest mój sukces – obok sportu, motoryzacji, motorsportu – poczucie kompletności.

Bycie mamą nie zmieniło za to „żądzy krwi” na torze.

Czego chciałabyś córki nauczyć swoim życiem?

Reklama
Reklama

Zorganizowania. Asertywności. I tej chęci do odkrycia pasji, do posiadania czegoś swojego – u mnie to była praca przez wiele lat. W wyścigach, w biznesie, w życiu. Chciałabym, żeby miały to szybciej i wcześniej niż ja. Żeby wiedziały, że można.

A czego nie chciałabyś przekazać?

Żeby nie chciały zadowolić każdego. Ja dalej trochę mam to w sobie. Żeby umiały powiedzieć „nie”.

Co sport zabrał ci przez te lata, a co oddał z nawiązką?

Reklama
Reklama

Zabrał mi sieć znajomości. Te prawdziwe, które przetrwały, mogę policzyć na palcach jednej ręki. Mało kto był w stanie zaakceptować, że na tydzień czy dwa się ze mną traci kontakt, że w danym czasie inne rzeczy mają dla mnie priorytet. Nie pamiętam nawet relacji z liceum – wtedy 50 proc. czasu byłam na weekendach wyścigowych. To rzutowało.

Połowa szkolnego czasu na torze.

Dosłownie. Frekwencja była przedmiotem dyskusji. Ale nie zamieniłabym tego.

Sport z nawiązką oddał mi znajomość świata. Gdyby nie wyścigi, nie poznałabym tych kultur, nie nauczyłabym się pracować w tak szerokim środowisku – inżynierowie, mechanicy, starty od Florydy po Dubaj i Indie, ludzie o różnych kolorach skóry, w różnych strefach czasowych, z różnym podejściem do pracy. To otworzyło mnie na różne sposoby działania.

Reklama
Reklama

Chciałabyś zaszczepić w córkach pasję do motorsportu?

Zdecydowanie, chociaż nic na siłę. Chciałabym dać im szansę na odkrycie pasji – możliwie wcześnie. Chciałabym, żeby spróbowały motorsportu – jest indywidualny na torze, ale analiza danych, ustawienia samochodu, relacja z mechanikiem – to praca grupowa. A ile jest drogowych ameb… to wyłącznie efekt braku tej świadomości. Nawet jeśli dziewczynki nie będą zawodniczkami, prowadzenie pojazdu ma swoje benefity. Panowanie nad maszyną to ważna lekcja.

Jaką scenę z waszego rodzinnego życia chętnie pokazałabyś dziewczynkom za kilkanaście lat?

Rodzinny okrzyk. Jedziemy samochodem wszyscy razem i Klara pyta, czy możemy go wykonać. I lecimy: „Jesteśmy na fali, nic nas nie powstrzyma, rodzina w komplecie to świetna drużyna!”. Zna całą sentencję. Ta jedność, ta stabilność – sama już to czuje i chce celebrować.

O, jeszcze wspólne wyjścia na lody i to charakterystyczne: „Mamo, a mogę twój smak? Tato, a mogę z tobą na spółę?”. Takie wspomnienia. Zwyczajne, ale przez to właśnie bezcenne.

Źródło: Zero.pl
Aleksandra Cieślik
Aleksandra CieślikReporterka i wydawczyni
Reklama
Reklama