Pani Patrycja, wdowa samotnie wychowująca troje dzieci, dostała od miasta mieszkanie w Łodzi przy al. 1 Maja. Wcześniej w jej sprawie interweniowała Kancelaria Prezydenta RP. Można więc powiedzieć, że system ostatecznie zadziałał: rodzina otrzymała lokal, urzędnicy mogli odnotować załatwienie sprawy, a odpowiednia pozycja znalazła się zapewne w odpowiedniej tabelce.
Problem w tym, co znajdowało się poza tabelką. W sierpniu 2026 roku „Express Ilustrowany” opisał mieszkanie bez ogrzewania, z niesprawną łazienką, uszkodzoną podłogą i dziurą w suficie. Pani Patrycja miała płacić za nie ponad tysiąc złotych miesięcznie. Na papierze matka z dziećmi otrzymała dach nad głową. W rzeczywistości dostała kolejne zmartwienie oraz rachunek za miejsce, które dopiero należało doprowadzić do stanu umożliwiającego bezpieczne zamieszkanie.
Ta historia pokazuje znacznie więcej niż stan jednego lokalu. Skoro w taki sposób może zakończyć się nawet interwencja Kancelarii Prezydenta RP, łatwo wyobrazić sobie położenie rodziny, za którą nie stoi żadna ważna instytucja.
Wpłać, płać, milcz. Największe manipulacje mieszkalnictwa społecznego
Zanim człowiek otrzyma mieszkanie, musi wystartować w urzędowym konkursie na najgorsze życie. O kolejności decyduje punktacja uwzględniająca trudne warunki, sytuację rodzinną i zdrowotną oraz czas oczekiwania. Sama punktacja może chronić przed uznaniowością. Nawet najsprawiedliwiej ułożona kolejka nie zastąpi jednak mieszkań. Za kolejne lata oczekiwania człowiek dostaje następne punkty: system wynagradza go za to, że wcześniej mu nie pomógł. Administracja coraz dokładniej mierzy cudzą krzywdę, podczas gdy lokator potrzebuje kluczy.
Miasto bez toalet
Według informacji przekazanych przez Urząd Miasta Łodzi na początku lutego 2026 roku gminny zasób liczył nieco ponad 36 tys. mieszkań. Aż 10,1 tys. pozostawało niezasiedlonych. Urząd tłumaczył, że 5,6 tys. pustostanów znajduje się w budynkach przeznaczonych do rozbiórki. Poza nimi pozostawało zatem około 4,5 tys. pustych lokali. Nie wszystkie można od razu zasiedlić, ale właśnie zdolność przywracania ich do użytkowania powinna być jednym z podstawowych sprawdzianów miejskiej polityki.
Bruksela ma plan na nasze mieszkania. Czy uda się skończyć z patologiami?
Jeszcze dobitniej skalę zaległości pokazują toalety. Według danych magistratu opisanych w lutym przez TuŁódź mieszkańcy około 4,5 tys. zasiedlonych lokali gminnych korzystali z toalety poza budynkiem, na podwórku lub w pomieszczeniach gospodarczych. W kolejnych 4269 lokalach WC znajdowało się na klatce schodowej. Łącznie ponad 8,7 tys. zamieszkanych mieszkań bez własnej toalety. Tysiące gospodarstw domowych, dla których załatwienie potrzeby oznacza wyjście z mieszkania niezależnie od pogody, wieku i sprawności.
Części mieszkańców służą przenośne kabiny. W lipcu „Nasze Miasto” informowało, że magistrat wynajmuje ich 165, a z jednej może korzystać nawet kilkanaście osób. W czwartej kadencji tej samej prezydent własna toaleta pozostaje dla części Łodzian nieosiągalnym standardem.
Łódź nie cierpi wyłącznie na brak mieszkań. Cierpi również na wieloletnie zaniedbania tych, które posiada. Nieremontowany i niezabezpieczony lokal niszczeje, koszt naprawy rośnie, a potem staje się argumentem za dalszym odkładaniem prac. Wreszcie budynek można uznać za nienadający się do uratowania, zburzyć, a zazwyczaj dobrze położony grunt sprzedać deweloperowi. Tak działa samonapędzająca się fabryka ruin: koszt zaniedbania uzasadnia kolejne zaniedbanie.
Uwaga! Dach nad głową!
Rankiem 12 września 2026 roku zawaliła się część budynku frontowego przy Zgierskiej 74, w którym prowadzono rozbiórkę. W przyległych oficynach nadal mieszkali ludzie. Miesiąc wcześniej miasto zapewniało o dokumentacji technicznej, ręcznej metodzie prac i odpowiednich zabezpieczeniach. Przyznawało zarazem, że oficyny również przeznaczono do wykwaterowania i rozbiórki, ale nie planowano tego ani w 2026, ani w 2027 roku. Mieszkańców obudziły huk i tumany pyłu.
Radio Łódź podało, że mieszkańcom zaproponowano hostel, lecz nikt nie skorzystał. Taka propozycja może pomóc doraźnie, ale pozostawia bez odpowiedzi pytanie, co dalej. Przecież konieczność wyprowadzki z oficyn była miastu znana jeszcze przed zawaleniem się fragmentu frontu. Mieszkańcy powinni wiedzieć, kiedy otrzymają inne lokale i na jakich warunkach będą mogli się do nich przenieść.
Wielkie dotacje na tańsze lokale. Rząd będzie nadal próbował zasypać dziurę mieszkaniową
Budynek czeka na rozbiórkę, rodzina na przeprowadzkę, a pomiędzy jednym terminem a drugim trzeba normalnie mieszkać: posłać dzieci do szkoły, ugotować obiad, położyć się spać. Dla urzędu to okres przejściowy. Dla lokatorów – kolejne lata życia.
Obietnice do ponownego użytku
W sierpniu 2025 roku wiceprezydent Adam Wieczorek przedstawił wielki plan: do końca 2029 roku Łódź ma wybudować 1,5 tys. mieszkań, wyremontować 2,2 tys. lokali, kompleksowo zmodernizować 125 budynków i rozebrać 150. Przy tej okazji miasto mówiło o 1790 rodzinach mieszkających w złych warunkach technicznych, w budynkach wyłączonych z użytkowania. Na awaryjnej liście ZLM znajdowało się również 5 tys. okien i drzwi oczekujących na wymianę, część w stanie określanym jako tragiczny.
Plan brzmi imponująco. Problem z łódzkimi zapowiedziami polega na tym, że wcześniej również brzmiały imponująco.
Spora zmiana na rynku mieszkaniowym. Mniej domów na rynku, a potrzeby rosną
Przy Lubelskiej klucze obiecywano w 2022 roku, a gotowe mieszkania pokazano w marcu 2026 roku. Przy Nawrot 98 zakończenie planowano na 2023 rok, natomiast pierwsze przeprowadzki zapowiedziano dopiero na maj 2026 roku. Przędzalnianą, planowaną na koniec 2023 roku, zaprezentowano jako gotową w sierpniu 2025 roku. Budowa przy Skierniewickiej miała ruszyć w 2021 roku, rozpoczęła się na początku 2026 roku i ma potrwać do kwietnia 2027 roku.
Konferencja zapowiadająca inwestycję i konferencja z okazji jej zakończenia funkcjonują jednak w miejskiej komunikacji jako dwa osobne triumfy. Pomiędzy nimi są lata, podczas których ludzie nadal czekają.
Potrzebny jest również uczciwy bilans. Ile mieszkań przybyło dzięki budowie i remontom, a ile ubyło wskutek sprzedaży, rozbiórek i wyłączenia z użytkowania? Czy maleje liczba zamieszkanych lokali bez WC? Czy skraca się oczekiwanie? Sama liczba remontów nie odpowiada na pytanie, czy miasto nadąża za degradacją zasobu. Można pracować coraz więcej, wydawać coraz więcej i nadal pozostawać coraz dalej od rozwiązania problemu.
Czwarta kadencja
Hanna Zdanowska kieruje Łodzią od 2010 roku. Obecna kadencja jest jej czwartą. Po blisko szesnastu latach trudno nadal występować w roli osoby, która właśnie weszła do zrujnowanej kamienicy i ze zdumieniem odkryła wilgoć na ścianie. Historyczne zaniedbania, wiek zabudowy i niewystarczające wsparcie państwa są realnymi problemami. Dzisiejszy stan zasobu jest jednak także rezultatem wieloletnich decyzji tej samej ekipy.
Po tylu latach rządzenia łatwo pomylić mandat mieszkańców z prawem własności do miasta. Urząd przyzwyczaja się do mieszkańców jako petentów, a mieszkańcy do tego, że każda odpowiedź zaczyna się od wyjaśnienia, dlaczego czegoś nie można zrobić. Odpowiedzialność rozpływa się między dyrektorami, departamentami i jednostkami. Przy przecinaniu wstęg wiadomo, komu należą się zasługi. Gdy odpada sufit, ustalenie odpowiedzialnego staje się znacznie trudniejsze.
Uwierzyliśmy w TBS. Dziś boimy się o dach nad głową na starość
Za gospodarowanie miejskim zasobem odpowiada wiceprezydent Adam Wieczorek. Według opisu jego oświadczenia majątkowego opublikowanego w maju 2025 roku w majątku jego i żony znajdowało się 13 mieszkań: jedno należące do niego, jedenaście objętych współwłasnością małżeńską i jedno należące do żony. Wieczorek uzyskiwał również dochody z najmu.
Chodzi o interesy. W godzinach pracy Wieczorek powinien rozwijać zasób zapewniający tani i stabilny najem oraz wzmacniający pozycję lokatorów wobec prywatnych właścicieli. Po godzinach sam jest wynajmującym. Większy wybór dostępnych mieszkań służy najemcom; prywatny interes właściciela nie musi być z nim zbieżny. Nie dowodzi to nadużycia ani nie przesądza o motywach konkretnych decyzji. Jest jednak powodem, żeby szczególnie uważnie rozliczać polityka z budowy publicznej alternatywy wobec rynku, na którym sam zarabia.
Po czterech kadencjach ogłoszenie kolejnego programu nie powinno wystarczać. Władza miała dość czasu, aby poznać problem i nauczyć się własnego miasta.
Najem krótkoterminowy popularniejszy niż hotele. Rewolucja, na którą państwo przymyka oko
Dialog społeczny? To nie w Łodzi
Jako Stowarzyszenie Łódź dla Ludzi próbujemy pomagać mieszkańcom uwięzionym w tym systemie. Piszemy pisma, interweniujemy, przygotowujemy ludzi do rozpraw i nagłaśniamy historie, których urząd wolałby nie zauważać. Niekiedy udaje się obronić człowieka przed eksmisją albo wywalczyć najem socjalny. Wygrany wyrok nie zawsze oznacza jednak mieszkanie, a przyznany lokal nie zawsze oznacza dom. Można wygrać z miastem w sądzie, ale znacznie trudniej zmusić je do cywilizacji.
Wspólnie z Łódzkim Stowarzyszeniem Lokatorów zabiegaliśmy o powołanie Komisji Dialogu Obywatelskiego ds. Polityki Mieszkaniowej. Chcieliśmy, żeby doświadczenia mieszkańców i organizacji pomagających im na co dzień miały wpływ na miejskie decyzje. Miasto odmówiło. Odrzuciło tym samym propozycję stałej współpracy z ludźmi, którzy znają skutki tej polityki od strony zimnych mieszkań, niewykonanych remontów i wieloletniego oczekiwania. Trudno naprawiać system, zamykając drzwi przed tymi, którzy codziennie mierzą się z jego wadami.
W sporze z ZLM lokator od początku znajduje się na słabszej pozycji. Urząd ma prawników, publiczne pieniądze i procedury, które pozwalają unikać odpowiedzialności. Człowiek ma jedno życie i mieszkanie, od którego zależy bezpieczeństwo jego rodziny. ZLM może miesiącami przenosić sprawę między wydziałami, odkładać remont do następnego budżetu i cierpliwie czekać, aż lokator straci siły. Dla urzędu kolejny rok oznacza nową pozycję w planie finansowym. Dla rodziny może oznaczać następną zimę spędzoną w zimnie, wilgoci i strachu.
Organizacje lokatorskie pomagają tę nierówność choć trochę zmniejszyć. Zbieramy dokumenty, porównujemy odpowiedzi, przypominamy obietnice, których pojedynczy człowiek nie ma już siły egzekwować. Dlatego odmowa wspólnej pracy nad polityką mieszkaniową ma znaczenie. Pozostawia mieszkańców w roli petentów, których sprawy można rozpatrywać osobno, bez rozmowy o tym, dlaczego podobne dramaty powtarzają się pod kolejnymi adresami.
Koniec pewnej epoki w kredytach. Za kilka miesięcy duże zmiany
Pani Patrycja potrzebowała mieszkania, w którym mogłaby bezpiecznie wychowywać dzieci. Żeby je otrzymać, musiała zainteresować swoją sprawą Kancelarię Prezydenta RP. Potem potrzebne były media, żeby pokazać, co właściwie dostała. Po blisko szesnastu latach rządów tej samej ekipy ciepły, bezpieczny dom wciąż trzeba w Łodzi wywalczyć, a wręczenie kluczy może być dopiero początkiem tej walki.


