Reklama
Kraj

„House of Cards” po polsku. Hazardziści grają naszym bezpieczeństwem

Trwający kryzys wokół Trybunału Konstytucyjnego nie jest jedynie sporem politycznym. Stanowi odzwierciedlenie stanu, w jakim znajduje się dziś nasze państwo: głębokiego rozkładu polityczno-instytucjonalnego.

Wojciech J. Kittel
Opinia autorstwa: Wojciech J. Kittel
Dzisiaj 16:35
9 min
Spór o Trybunał Konstytucyjny przypomina rozsypujący się domek z kart, a za polityczny hazard zapłacą wszyscy obywatele (fot. PAP/East News/Getty Images)

Za obecny (bez)ład konstytucyjny bezpośrednią odpowiedzialność ponoszą politycy. To oni podtrzymują od 11 lat wewnętrzny konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego (TK), który niczym gangrena rozprzestrzenia się na inne obszary działalności państwa. Nie zmienia to jednak faktu, że punktem kulminacyjnym stała się decyzja o rozpoczęciu operacji „Kort” – przejęcia TK w imię „stanu wyższej konieczności”.

Dziś jest jasne, że kryzys jest rezultatem wieloletniej walki między dwoma obozami politycznymi. Nie sposób tego racjonalizować, szczególnie w obliczu wyraźnego zagrożenia zewnętrznego. Nasi politycy, niczym hazardziści, postawili bowiem na szali bezpieczeństwo i życie Polaków. A wszystko to w imię zakłamanych haseł: „demokracji” i „praworządności”.

Czy to ważne, kto zaczął?

W gruncie rzeczy nie ma sensu rozstrzygać, kiedy i za sprawą kogo rozpoczął się kryzys konstytucyjny. Ważniejsze jest jednak to, że ani rząd, ani największa opozycyjna partia polityczna nie wykazują woli jego zażegnania i poprawy sytuacji.

Jak ujął to klasyk polskiej polityki: „…i kamieni kupa”. Samo przywołanie tego cytatu jest wołaniem o pomstę do nieba. Politycy doprowadzili do sytuacji, w której stan naszego państwa opisujemy słowami Sienkiewicza. Nie Henryka, lecz jego prawnuka Bartłomieja.

REKLAMA
Reklama

PiS składa zawiadomienie do prokuratury. „Zamach stanu nie pozostanie bezkarny”

W swoim artykule prof. Sławomir Dębski „Rosyjska ruletka przy Alei Szucha. Stawką jest bezpieczeństwo Polski” w słuszny sposób przedstawił konsekwencje podjęcia tej inicjatywy przez rząd, zwracając uwagę na osłabienie jednego z filarów naszego bezpieczeństwa, jakim jest determinacja naszych sojuszników do udzielenia nam pomocy. Postawił przy tym fundamentalne pytanie: „Jakiej Polski Amerykanie mieliby bronić?” Pytanie dotyczy bowiem naszej głębi strategicznej oraz wsparcia sojuszników, na które liczymy w razie potencjalnej wojny.

Prof. Dębski wypowiedział się w dyplomatycznym tonie. Ja jednak dyplomatą nie jestem. Stawiam się niejako w roli oskarżyciela wobec polityków, którzy zamiast prowadzić nas ku rozwojowi i bezpieczeństwu, kierują państwo kursem kolizyjnym wprost na górę lodową.

Chcę zatem skierować uwagę do wewnątrz, ku nam samym. Przyjrzeć się konsekwencjom dla potencjału naszego państwa, którym w momencie „W” będziemy rzeczywiście dysponować. Tu i teraz.

Reset albo rozbiórka. Dla Trybunału nie ma innej drogi

Czyja ma być Polska?

Stawiam zatem pytanie, które jest w istocie parafrazą pytania prof. Dębskiego. Pytanie skierowane już nie do naszych sojuszników, lecz do nas samych, w samo serce naszego państwa: „Czyja ma być Polska?”

REKLAMA
Reklama

Dziś odpowiedź na to pytanie została zawłaszczona przez dwa polityczne plemiona, które w obliczu pogarszającej się sytuacji bezpieczeństwa postawiły na szali przyszłość naszego państwa. W imię czego? Partykularnych interesów dwóch partii, które od dwóch dekad traktują państwo jako swoją własność.

Choć oba środowiska różnią się światopoglądowo, łączy je sposób myślenia o państwie. Niczym Król Słońce, Ludwik XIV, wyznają przypisywaną mu maksymę: „Państwo to ja”. W ich przekonaniu państwo ma funkcjonować na ich modłę, zgodnie z interesem partyjnym, gdzie każda ze stron chroni swoich politycznych arystokratów przed odpowiedzialnością. Jedni bronią politycznego zbiega, drudzy łapówkarzy. I tak to się w naszej ojczyźnie kręci. Wszystko po to, by swoi mogli wybierać swoich.

Te słowa mogą brzmieć radykalnie. Nie są jednak przejawem symetryzmu. Jest to racjonalna diagnoza tego, jak polityczny duopol zawłaszczył nasze państwo. A przecież Polska nie należy do żadnej partii politycznej. Rzeczpospolita jest rzeczą wspólną. To obywatele, a nie obecna klasa polityczna, tworzą państwo. To oni każdego dnia pracują na jego rozwój i ponoszą ciężar jego utrzymania.

W obliczu pogarszającej się sytuacji geopolitycznej Polski taki sposób uprawiania polityki staje się szczególnie niebezpieczny. Polityczne podziały uderzają nie tylko w sprawność organizacyjną państwa, lecz przede wszystkim w gotowość obywateli do jego obrony.

REKLAMA
Reklama

Do tego, w mojej ocenie, prowadzą nasi „przywódcy”, kopiąc coraz głębsze rowy w społeczeństwie. Trudno zatem nie zadać sobie pytania: o czyją Polskę mielibyśmy się bić? O Polskę politycznych oligarchów, którzy nie potrafią ze sobą rozmawiać, a zamiast dialogu wybierają język siły i wykorzystują aparat państwa do walki politycznej? Jeśli tak nasi politycy wyobrażają sobie przyszłość ojczyzny, biada nam.

„Sędziowie po prostu się ośmieszyli“. Matysiak zdecydowanie o kryzysie wokół TK

Warto w tym miejscu przypomnieć naszym politykom wyniki sondażu IBRiS dla Radia ZET, opublikowanego w symbolicznym dniu 1 sierpnia. Zaledwie 27 proc. ankietowanych zadeklarowało w nim gotowość zgłoszenia się do obrony ojczyzny w razie zagrożenia wojną. W tym 11,7 proc. odpowiedziało „zdecydowanie tak”, a 15,3 proc. „raczej tak”. Jednocześnie aż 58,1 proc. badanych nie zadeklarowało takiej gotowości, natomiast 14,9 proc. nie potrafiło jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie.

Przywołanie tych danych nie jest przypadkowe. Nie są one wyrokiem na patriotyzm Polaków. Oddają jednak nastroje społeczne, z którymi funkcjonujemy w „czasach przedwojennych”, o których nasi „przywódcy polityczni” przypominają niemal w każdym swoim oświadczeniu. Warto więc zapytać, jak właściwie przygotowali nas do tych czasów.

REKLAMA
Reklama

Za nami wojna w Gruzji w 2008 r., katastrofa smoleńska w 2010 r., aneksja Krymu i rosyjska agresja na wschodzie Ukrainy w 2014 r., a wreszcie inwazja na Ukrainę w 2022 r. Czy w tym czasie nasi politycy zrobili cokolwiek, aby umocnić wśród obywateli przekonanie, że państwo jest naszym wspólnym dobrem, a nie łupem dzielonym między zwycięzców kolejnych wyborów?

Co się zmieniło poza zwiększaniem wydatków na obronność od 2017 r.? Czy w świetle tych wydatków i zapału społeczeństwa realne jest stworzenie armii liczącej 500 tys. żołnierzy? Czy stworzono rzeczywistą obronę cywilną, a nie tylko zapisano ją w ustawie? Czy polityka zagraniczna państwa jest spójna i profesjonalna? To tylko część pytań, które są niewygodne dla polityków, a dla społeczeństwa fundamentalne.

Kulisy wejścia prezydenta do TK. „Ja wchodzę pierwszy, wy idziecie za mną”

Konsekwencje tej politycznej degrengolady wykraczają daleko poza paraliż TK. W sytuacji bezpośredniego zagrożenia spór o interpretację Konstytucji nie będzie miał znaczenia. Przyjdzie nam jednak zebrać żniwo tego sporu.

Co, jeśli w chwili próby okaże się, że politycy, którzy przez lata dzielili społeczeństwo, nie będą już w stanie go zjednoczyć?

W naukach politycznych znany jest efekt „zjednoczenia wokół flagi”. Polega on na tym, że w obliczu zewnętrznego zagrożenia społeczeństwo jednoczy się wokół państwa i jego przywódców, odsuwając dotychczasowe podziały na dalszy plan. Tak właśnie stało się na Ukrainie w 2022 r.

REKLAMA
Reklama

Problem polega na tym, że efekt ten nie jest żadnym prawem natury. Nie pojawia się automatycznie wraz z pierwszym wystrzałem ani ogłoszeniem stanu zagrożenia. Głęboka polaryzacja polityczna i brak zaufania do instytucji mogą sprawić, że nawet w obliczu wspólnego wroga społeczeństwo nie zjednoczy się wokół politycznego przywództwa.

Kryzys zaufania

Największym zagrożeniem nie jest brak patriotyzmu wśród Polaków, lecz kryzys zaufania, który politycy z dnia na dzień pogłębiają, tocząc swoją „walkę w piaskownicy”. Patriotyzm obywateli nie oznacza przecież bezwarunkowego zaufania do rządzących. Można kochać własną ojczyznę, a jednocześnie nie ufać tym, którzy sprawują w niej władzę. Można chcieć bronić Polski, ale nie politycznego porządku, który przez lata wpajano nam jako własność jednego albo drugiego obozu.

Tymczasem nasi politycy nie dostrzegają, że podcinają gałąź, na której siedzą. Nie można przez lata przekonywać Polaków, że druga połowa społeczeństwa stanowi zagrożenie dla ojczyzny, a następnie oczekiwać, że w chwili kryzysu wszyscy bez wahania staną ramię w ramię.

W Kanale Zero krytykował przełożonych. Poważne konsekwencje dla policjanta

Jako przedstawiciel młodego pokolenia podsuwam polskim politykom pod nos sole trzeźwiące. I przypominam: wspólnoty nie buduje się na politycznej nienawiści. Nie odbuduje się jej również jednym przemówieniem wygłoszonym na tle biało-czerwonej flagi. Wojny nie prowadzą armie. Wojny prowadzą państwa. A państwo to nie politycy. Państwem jesteśmy MY – obywatele państwa polskiego.

REKLAMA
Reklama

Dlatego pytanie „Czyja ma być Polska?” nie jest pytaniem retorycznym. Dotyczy tego, czy w chwili największej próby będziemy jeszcze potrafili myśleć o Rzeczypospolitej jako o rzeczy wspólnej. A może okaże się, że wieloletnia wojna politycznych plemion tak głęboko podzieliła społeczeństwo, iż nawet realne zagrożenie nie wystarczy, aby przywrócić poczucie wspólnoty?

Najgorsze jest jednak to, że kiedy ten polityczny domek z kart w końcu się zawali, rachunek za ten hazard bezpieczeństwem państwa zapłacą nie politycy, którzy rozdawali karty, lecz my wszyscy.

Źródło: Zero.pl
Wojciech J. Kittel
Wojciech J. KittelAnalityk think tanku Strategy and Future oraz współpracownik magazynu „Układ Sił”. Zajmuje się strategią oraz analizą zmian na współczesnym polu walki - autor zewnętrzny
REKLAMA
Reklama