
– Ktoś wyciągnął łapę, która oznacza władzę i postanowił: „my wam wyjmiemy dzieci z rodziny i wsadzimy je do domu dziecka”. To jest dramat – mówi w rozmowie z Zero.pl psycholog Dorota Krzywicka. To komentarz do środowej publikacji Zero.pl dot. rzeczniczki praw dziecka Moniki Hornej-Cieślak.
- Monika Horna-Cieślak była świadkiem ulicznego incydentu, podczas którego matka szarpnęła dziecko i krzyczała na nie. RPD zainterweniowała i została zwyzywana.
- Choć policja, kurator sądowy ani sąd nie widzieli podstaw do natychmiastowego odebrania dzieci i umieszczenia ich w pieczy zastępczej, te trafiły do placówki opiekuńczo-wychowawczej.
- Sąd nakazał natychmiastowy powrót dzieci do rodziców. W uzasadnieniu wskazał, że działania wobec rodziny „mogą nosić wyraźne znamiona przemocy instytucjonalnej” i były „rażąco nieproporcjonalne do zaistniałego zdarzenia”.
- – Jestem zszokowana – przyznaje w rozmowie z Zero.pl psycholog Dorota Krzywicka.
– Jest pewna gradacja działań, które podejmujemy wtedy, kiedy trzeba zadziałać i jeżeli stwierdza się, że ktoś źle się opiekuje dzieckiem, to najpierw sprawę kieruje się do asystenta rodziny, potem może kuratora, można także udzielić rodzinie pomocy psychologicznej – tłumaczy Krzywicka.
– Natomiast sytuacja, kiedy ktoś jest świadkiem jednorazowej sytuacji i dzieci lądują w domu dziecka, czyli są wyrwane z rodziny i przeprowadza się jakiś nalot w ich mieszkaniu, to żenująca sytuacja, zupełnie jakby jakąś grupę przestępczą policja miała rozwalać – dodaje.
Nasza rozmówczyni nawiązuje do akcji policji w mieszkaniu rodziców z udziałem m.in. psa tropiącego.
Do odebrania dzieci wykorzystano wytrych prawny? Tak ekspert mówi o sprawie Hornej-Cieślak
– To są małe dzieci odebrane rodzicom, co do których my nie wiemy, czy oni są dobrymi rodzicami, czy nie. Nikt im nie udowodnił, że się nad tymi dziećmi znęcają, że źle się wywiązują ze swoich obowiązków. Po prostu ktoś wyciągnął łapę, która oznacza władzę i postanowił: „my wam wyjmiemy dzieci z rodziny i wsadzimy je do domu dziecka”. To jest dramat – ocenia.
„To wszystko jest postawione na głowie”
– Każdy człowiek wyrwany ze swojego naturalnego środowiska – nawet dorosły – czuje się bardzo niekomfortowo, a co dopiero tak małe dzieci. Dla nich rodzina to podstawa bezpieczeństwa i stabilizacji. Nie mam odpowiednich słów, żeby tą sytuację ocenić. To jest po prostu niedopuszczalne – ocenia psycholożka.
– To wszystko jest postawione na głowie – dodaje w rozmowie z Zero.pl.
Dorota Krzywicka stwierdza, że „nie wie o jakie dobro chodziło pani rzecznik, ale na pewno nie chodziło jej o dobro dzieci”.
– Nie wiem, czy ta pani była kiedykolwiek w domu dziecka i czy wie, co to znaczy taka instytucjonalna opieka – z pełnym szacunkiem do ludzi, którzy tam pracują – ale to jest zimna, lodowata instytucja. Jakkolwiek wspaniałe opiekunki i jacykolwiek wspaniali wychowawcy by tam nie pracowali – kontynuuje.
– To jest dom jak przechowalnia, okropność, to jest ostateczność. I chyba ta pani w życiu nie była w domu dziecka, nie wie, czym pachnie dom dziecka, nie wie, jak się dzieci czują w domu dziecka. I dlatego tak jej łatwo przyszło zadecydować – ocenia.
Psycholog: Ktoś powinien za to odpowiedzieć
Stwierdza, że cała ta sytuacja to „krzywda zrobiona dzieciom, rodzicom i ktoś powinien za to odpowiedzieć”.
Policja odcina się od afery z Moniką Horną-Cieślak. Odpowiadamy na oświadczenie
Nasza rozmówczyni odniosła się do faktu, że rzeczniczka praw dziecka Monika Horna-Cieślak została obrażona przez matkę tych dzieci.
– Dobro pani rzecznik zostało tak bardzo naruszone, że zaczęła interweniować nadmiernie. To była akcja odwetowa, to nie była akcja profilaktyczna – stwierdza.

