Reklama
Reklama
Reklama

Do odebrania dzieci wykorzystano wytrych prawny? Tak ekspert mówi o sprawie Hornej-Cieślak

TYLKO NA
Monika Horna-Cieślak
Warszawa, 26.06.2025. Rzecznik Praw Dziecka Monika Horna-Cieślak sali plenarnej Sejmu w Warszawie, w trzecim dniu posiedzenia (fot. Radek Pietruszka / PAP)

Portal Zero.pl opisał w środę, jak rzeczniczka praw dziecka Monika Horna-Cieślak doprowadziła do odebrania dwójki dzieci rodzicom. Sąd stanowczo stwierdził, że nie było ku temu podstaw, a sama urzędniczka mogła wywierać presję. – Jak się wydaje, wykorzystano procedury antyprzemocowe jako wytrych – mówi nam Tomasz Gołembiewski, adwokat i ekspert w zakresie prawa rodzinnego.

Kasjan Owsianko, Zero.pl: Telefony do sędziego z biura Rzecznika Praw Dziecka, spotkanie z komendantem stołecznej policji. Czy takie działanie ze strony Moniki Hornej-Cieślak jest czymś, co mieści się w ramach normalnej procedury?

Tomasz Gołembiewski, adwokat, ekspert w zakresie prawa rodzinnego: Jeżeli chodzi o kontakty z sądem i bezpośrednie wydzwanianie do sędziego – co zostało wprost wytknięte w uzasadnieniu postanowienia sądu – to takie rzeczy nie powinny mieć miejsca, bo to jest ingerencja w niezależność i niezawisłość sędziowską. Rzecznik Praw Dziecka w postępowaniu sądowym działa na uprawnieniach prokuratora, a prokurator nie ma prawa kontaktować się prywatnie i bezpośrednio przez telefon z sędzią orzekającym w sprawie. Rzecznik ma prawo kierować oficjalne noty, pisma procesowe, uwagi czy żądać podjęcia czynności, ale wyłącznie drogą urzędową na piśmie, a nie dzwonić o godz. 19 do sądu i prosić o rozmowę z konkretnym sędzią.

Druga kwestia to interwencja na policji. Formalnie rzecz biorąc, RPD ma prawo udać się do jednostki policji osobiście i złożyć zawiadomienie w ramach interwencji – nie musi wszystkiego wysyłać pocztą. Jednak w praktyce takie sytuacje po prostu się nie zdarzają. Nie przypominam sobie żadnego przypadku, aby RPD osobiście stawił się na komendzie i instruował funkcjonariuszy.

Cała sprawa zaczęła się od incydentu na ulicy. Horna-Cieślak miała być świadkiem, jak matka szarpnęła dziecko i nakrzyczała na nie, gdy to miało próbować wbiec na jezdnię.

Reklama
Reklama

Tutaj dochodzimy do fundamentalnego dylematu: czy Rzecznik Praw Dziecka ma prawo występować w tej samej sprawie jako organ nadzorujący i prowadzący postępowanie na prawach prokuratora, czy też nie powinna natychmiast wyłączyć się z czynności, przekazać sprawy swojemu zastępcy i występować wyłącznie w charakterze świadka? W postępowaniu przed sądem rodzinnym rzeczniczka została przesłuchana jako świadek, a jednocześnie formalnie występowała jako RPD na prawach prokuratora. To sytuacja całkowicie bez precedensu.

Gdybym to ja był świadkiem takiego zdarzenia i z jakiegoś powodu stwierdził – tak jak rzeczniczka – że sprawa wymaga zgłoszenia na policję, służby zadziałałyby tak samo? Też tak szybko dzieci trafiłyby do placówki opiekuńczo-wychowawczej?

Reklama
Reklama

Absolutnie nie. Nawet w przypadku rzeczniczki to nie powinno tak wyglądać. W standardowym trybie, gdy RPD kieruje oficjalne wystąpienie lub prośbę o interwencję, instytucje i sądy mają ustawowo do 30 dni na odpowiedź. A tutaj mieliśmy spotkanie z komendantem policji, po którym zmieniono zdanie i wydano decyzję. W normalnym trybie po zgłoszeniu takiego wydarzenia policja, o ile podjęłaby czynności, to najpierw sama starałaby się wyjaśnić sytuację.

Takie działanie kojarzy się raczej z przypadkami bezpośredniego zagrożenia dla dzieci, a nie z krzyknięciem czy szarpnięciem w momencie stresu na ulicy.

Kodeks rodzinny i opiekuńczy precyzuje, że dziecko można natychmiast odebrać w przypadku bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia. Sęk w tym, że z opisu zawartego w uzasadnieniu postanowienia sądu w żaden sposób nie wynika, aby jakiekolwiek realne zagrożenie życia lub zdrowia w ogóle wystąpiło.

Co więcej, sąd w uzasadnieniu wyraźnie podkreślił, że przesłuchana później policjantka wydała nakaz opuszczenia lokalu oraz zakaz zbliżania się do dzieci bez uprzedniego przesłuchania rodziców, bez wysłuchania dzieci. Przepisy teoretycznie dopuszczają wydanie zastosowanego w tym przypadku nakazu opuszczenia lokalu bez rozmowy, ale standardy i procedury wymagają, aby najpierw zweryfikować stan faktyczny.

Reklama
Reklama

Czytaj też: Zapowiedź Nawrockiego ws. bazy wojsk USA. Znamy możliwy termin ukończenia budowy

Dlaczego w ogóle zastosowano tutaj akurat nakaz opuszczenia lokalu?

Same uprawnienia policji w tym zakresie wynikają z Ustawy o policji i Ustawy o przeciwdziałaniu przemocy domowej. Ma on izolować sprawcę przemocy od osób doznających krzywdy. W tym przypadku zastosowano go jednak w stosunku do obojga rodziców: oboje musieli opuścić lokal i obojgu zakazano kontaktu z dziećmi. Co oczywiste, rodzice nie mogli zabrać maluchów ze sobą pod inny adres, bo złamaliby policyjny zakaz zbliżania się. W efekcie dzieci zostały same w czterech ścianach, co dało funkcjonariuszom pretekst do umieszczenia ich w placówce opiekuńczo-wychowawczej.

Jak się wydaje, wykorzystano procedury antyprzemocowe jako wytrych do natychmiastowego odebrania dzieci, na co nie chciał zgodzić się sąd rodzinny.

Te przepisy zostały stworzone z myślą o takim działaniu? Brzmi to raczej jak wytrych.

Zadziałał tu mechanizm domina: rodzicom nakazano natychmiast opuścić mieszkanie i równocześnie zakazano zbliżania się oraz kontaktowania z dziećmi. Ponieważ na miejscu nie było nikogo z bliskiej rodziny, a dzieci zostały same w lokalu bez opieki prawnej i faktycznej, to w takim stanie rzeczy policja miała formalny obowiązek zabezpieczyć pozostawione bez opieki dzieci i przekazać je do pieczy instytucjonalnej. Cały problem polega w tej sprawie na tym, że to policja na skutek działań RPD doprowadziła do tej sytuacji. Zastosowano procedury antyprzemocowe do wywołania skutku, którego przepisy w ogóle nie przewidywały.

Reklama
Reklama

To obnaża całą patologię procedury potocznie określanej w środowisku prawniczym jako „mieszkanie za pomówienie”. Zwykle w ostrych konfliktach rozwodowych strony wykorzystują ten mechanizm do bezwzględnej walki o majątek i dzieci, aby natychmiast pozbyć się małżonka z mieszkania. Tutaj jednak to narzędzie zostało wykorzystane w sposób skrajnie instrumentalny przez organ państwa. Doprowadzono do tego, że oboje rodziców odcięto od dzieci, a same maluchy trafiły do domu dziecka.

Ustawodawca był wielokrotnie ostrzegany przez ekspertów, że te regulacje będą instrumentalnie nadużywane. Nikt jednak nie przypuszczał, że po ten wytrych sięgnie konstytucyjny organ państwa przeciwko obojgu rodzicom jednocześnie. Nikt nie zakładał, że instytucje powołane do ochrony praw obywateli zachowają się w sposób tak złowrogi.

To jak powinna wyglądać cała procedura, gdyby rzeczniczka chciała postąpić zgodnie z prawem?

Reklama
Reklama

Najpierw powinna skierować pismo do właściwego wydziału rodzinnego sądu rejonowego z wnioskiem o wgląd w sytuację rodziny. W takim przypadku sąd niezwłocznie wysyła kuratora sądowego, który przeprowadza wywiad środowiskowy na miejscu, bada relacje i weryfikuje warunki bytowe. Można również powiadomić policję, aby przeprowadziła doraźną interwencję sprawdzającą.

Co najbardziej kuriozalne, procedura sądowa w tej sprawie faktycznie się toczyła. Sąd rodzinny prowadził sprawę o wgląd w sytuację opiekuńczą zarówno przed odebraniem dzieci, jak i po nim. Sąd był na bieżąco informowany, ale nie podzielił radykalnego stanowiska rzeczniczki i nie widział podstaw do odbierania dzieci. Wtedy rzeczniczka najzwyczajniej w świecie obeszła drogę sądową, poszła na policję i wymusiła zastosowanie trybu administracyjnego.

Rodzice nie mogli się od tego odwołać?

Policja po wydaniu nakazu i zakazu ma obowiązek przesłać dokumenty do sądu. Podejrzewam, że ci ludzie byli w tak potężnym szoku, że nawet nie mieli profesjonalnego pełnomocnika. Mogli nie wiedzieć, że na złożenie zażalenia na policyjny nakaz przysługują zaledwie trzy dni.

Co więcej: ustawa nakazuje sądowi rozpatrzenie zażalenia również w terminie trzech dni, co w polskich realiach jest czystą fikcją. Rozpoznanie w miesiąc graniczy z cudem, a średnio czeka się około trzy miesiące. Tymczasem policyjny nakaz obowiązuje przez 14 dni. Cała ścieżka odwoławcza była w tym momencie iluzoryczna.

Reklama
Reklama

A co z działaniami policji? One były bez zastrzeżeń?

Ustawa jest tak wadliwie sformułowana, że dopuszcza wydanie nakazu opuszczenia lokalu bez uprzedniej rozmowy z osobą, której ten nakaz dotyczy. Dziwię się, że nikt do tej pory nie skierował tych przepisów do Trybunału Konstytucyjnego. Formalnie policjantka zmieściła się w granicach dopuszczonych przez ustawę. Do jednostki wkroczył konstytucyjny organ – Rzecznik Praw Dziecka. Mogę mieć tylko nadzieję, że odpowiednie służby i władze przyjrzą się sprawie i należycie ocenią działania wszystkich uczestników tego postępowania.

Może zainteresować Cię także:

Reklama
Reklama