Czy Niemcy rozważają budowę własnej broni atomowej? W rozmowie z Zero.pl ekspert Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych dr Łukasz Jasiński wyjaśnia strategię obronną Berlina, analizuje uwarunkowania polityczne oraz rolę ewentualnego parasola nuklearnego. Ekspert przypomina, że RFN są „państwem progowym” oraz tłumaczy, jak blisko własnej bomby atomowej jest Berlin.

- W rozmowie z Zero.pl dr Łukasz Jasiński wyjaśnia aktualne podejście Berlina do zbrojeń i możliwości budowy własnej bomby atomowej.
- Ekspert analizuje niemiecką strategię obronną i tłumaczy, jaką rolę odgrywa w niej parasol nuklearny.
- Analityk ocenia, jaki jest realny dystans Niemiec do pozyskania własnej broni atomowej.
Agnieszka Waś-Turecka, Zero.pl: Przeczytałam we „Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung”, że w Niemczech wróciła dyskusja o pozyskaniu własnej broni atomowej. Naprawdę Niemcy to rozważają?
Dr Łukasz Jasiński, analityk ds. Niemiec, Polski Instytut Spraw Międzynarodowych: Dziś żadna poważna siła polityczna ani żaden polityk nie rozważają publicznie tego typu kroków. Co więcej kanclerz Friedrich Merz wprost odrzucił sugestie, że Niemcy mogłyby się podjąć działania w celu budowy własnej bomby. Ta kategoryczna postawa kanclerza jest argumentowana powodami natury politycznej, prawnej i moralnej.
O jakie dokładnie powody chodzi? Zacznijmy może od tych ostatnich – moralnych.
Część niemieckiej opinii publicznej i polityków, zwłaszcza tych utożsamiających się z lewicą, uznaje, że jest to broń nieetyczna, która niesie za sobą masowe zniszczenia na niespotykaną skalę. Są oni przywiązani do ideałów pacyfistycznych i uważają, że docelowo świat powinien być wolny do tego typu broni.
Duże znaczenie ma też wciąż obecna, zwłaszcza w starszych generacjach, pamięć II wojny światowej.
Czy cyberwojsko umie strzelać? Pierwszy wywiad gen. Molendy po nominacji w NATO
A ograniczenia polityczne?
Zdecydowana większość Niemców, niezależnie od coraz większej destabilizacji obserwowanej w stosunkach międzynarodowych, odrzuca ideę posiadania własnego arsenału nuklearnego. I to niezależnie od tego, na jaką partię głosują.
Wyjątek stanowi jedynie najmłodsza grupa wyborców. Według badania z czerwca zeszłego roku dla tygodnika „Die Zeit” w grupie od 18. do 24. roku życia większość, 54 proc. ankietowanych, popiera ten pomysł.
Politycy muszą brać pod uwagę te nastroje, które jak już wspomniałem wynikają w dużej mierze z doświadczeń historycznych. Przypomnijmy, że protesty przeciwko dozbrojeniu NATO z końca lat 70. czy przeciwko energetyce jądrowej to jest coś, co ukształtowało dużą część niemieckiego społeczeństwa, a także niemieckich polityków. Ci ostatni w tamtych latach często zaczynali swoją publiczną aktywność.
Wspomniał pan o najmłodszej grupie wyborców, która jest bardziej przychylna niemieckiej broni jądrowej. Czy wraz z jej dorastaniem nastroje opinii publicznej mogą się zmienić?
Tak. Pewnie nastąpi też zmiana pokoleniowa w niemieckiej polityce. Przecież kanclerz Merz kończy 70 lat. Naturalnymi następcami obecnego kanclerza i jego rówieśników będzie pokolenie 30, 40-latków, którzy nie czują się już tak mocno związani „obciążeniem historycznym”. Dla nich II wojna światowa to odległa opowieść o pokoleniu dziadków, czy pradziadków, których się często nie znało.
Zapewne w długiej perspektywie ewolucja poparcia dla własnej broni jądrowej w Niemczech będzie następowała, ale to wciąż odległa perspektywa co najmniej dekady.
Niemcom do broni atomowej blokują dostęp także porozumienia międzynarodowe.
Niemcy są stroną traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej z 1968 r. Republika Federalna Niemiec przystąpiła do niego w połowie lat 70. Gdyby Niemcy chciały w sposób legalny pracować nad własnym arsenałem nuklearnym, musiałyby ten traktat wypowiedzieć. Jest to teoretycznie możliwe, ponieważ istnieją odpowiednie klauzule, ale wymagałoby to czasu.
Drugim prawnym ograniczeniem jest umowa 2+4 zawarta w 1990 r. dotycząca warunków i zgody na zjednoczenie Niemiec. Z jednej strony podpisały ją dwa państwa niemieckie: RFN i NRD, a z drugiej cztery zwycięskie mocarstwa z czasów II wojny światowej: Związek Radziecki, Stany Zjednoczone, Francja i Wielka Brytania. W tej umowie rządy RFN i NRD publicznie zadeklarowały, że nie będą dążyły do pozyskania broni atomowej, ale także biologicznej i chemicznej.
Tej umowy nie da się formalnie wypowiedzieć, ponieważ ma ona formę traktatu o ostatecznie regulującego kwestię zjednoczenia i w pewnym sensie także roli Niemiec w Europie.
Czyli nie ma szans na złamanie porozumienia 2+4?
Na gruncie prawa międzynarodowego nie ma w umowie 2+4 klauzuli umożliwiającej wyjście z niej. Natomiast żyjemy w czasach, kiedy prawo międzynarodowe traci na znaczeniu. Niestety, coraz częściej politycy lekceważą prawo międzynarodowe bezwzględnie realizując swoje interesy.
Niemcy byliby w stanie „zlekceważyć” umowę 2+4?
Nie.
Dzisiejsze Niemcy nie?
Nie, absolutnie nie. Współczesna RFN akurat jest bardzo mocno zakorzeniona w prawie międzynarodowym.
A przyszłe Niemcy? Pokolenia dzisiejszych 30, 40-latków?
Niemcy rządzone przez pokolenie obecnych 30, 40-latków mogą być bardziej asertywne, jeśli chodzi o pewne kwestie. Mogą śmielej poruszać tematykę chociażby broni nuklearnej, ale w moim przekonaniu dalej miałoby to być osadzone w formie szerszej współpracy, w ramach NATO, lub UE.
Rozbudowa polskiej armii konieczna? Polacy nie mają wątpliwości
Niemcy mają w tym momencie na swoim terytorium amerykańską broń jądrową. To jest realna polisa ubezpieczeniowa, skoro ostateczne decyzje dotyczące jej użycia i tak należą do prezydenta Stanów Zjednoczonych?
To jest element NATO-wskiego programu Nuclear Sharing, a broń amerykańska znajduje się w Niemczech już od lat 50. Mówimy nieoficjalnie o około 20 bombach typu B61. Prawdopodobnie znajdują się na terenie Nadrenii-Palatynatu, w bazie Büchel.
Udział w Nuclear Sharing to mocno zakorzeniony element architektury bezpieczeństwa i odstraszania Republiki Federalnej Niemiec. Podobnie jak amerykańskie bazy na terenie Niemiec, jak obecność w NATO, czy obecność w Unii Europejskiej. To wszystko składa się na kotwicę, która utrzymuje Niemcy w strukturach bezpieczeństwa, politycznych i ekonomicznych Zachodu.
Czy fakt, że prezydentem USA jest obecnie Donald Trump, który w swoich wypowiedziach od czasu do czasu podważa sens obecności amerykańskiej broni w Europie, zachwiał architekturą bezpieczeństwa Niemiec?
Oczywiście prezydent Trump wprowadził dużo niepewności, jednak przynajmniej wśród obecnej koalicji rządzącej istnieje szerokie przeświadczenie, że celem strategicznym Niemiec - mimo wszystko - powinno być podtrzymanie więzi transatlantyckich i utrzymanie jak największej obecności amerykańskiej w Europie.
Dlatego m.in. zdecydowano o wzroście nakładów na Bundeswehrę. W zeszłym roku przyjęto zmiany w wielkim skrócie liberalizujące zasady zaciągania przez RFN długów, tzw. „pakiet finansowy”. Umożliwił on skokowy wzrost wydatków na modernizację i rozbudowę sił zbrojnych.
Jednocześnie jednak Niemcy prowadzą rozmowy o europejskim parasolu nuklearnym.
W reakcji na różne wypowiedzi czy działania administracji amerykańskiej kanclerz Merz próbuje działać dwutorowo. Z jednej strony robi wszystko, by podtrzymać więź transatlantycką i amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa, a z drugiej wspólnie z sojusznikami europejskimi próbuje stworzyć jakiś rodzaj uzupełnienia tych gwarancji. Można to określić kolokwialnie jako „plan B”. Stąd właśnie podjęcie dialogu w sprawie odstraszania z Francją i Wielką Brytanią.
Z punktu widzenia Niemiec lepiej postawić na francuską wizję autonomii europejskiej, czy raczej na brytyjski atom, który jest silniej zakorzeniony w strukturach NATO?
Niemcy nie przyjęli szczególnego rozróżnienia. To znaczy nie deklarują, że do któregoś z tych państw jest im bliżej.
Tak naprawdę próbują dokonać zbliżenia jednocześnie z Francją i Wielką Brytanią w ramach tak zwanej grupy E3 (format Francja-Wielka Brytania-Niemcy – przyp. red.), ponieważ nie chodzi tu tylko o bliższą współpracę wojskową, ewentualne odstraszanie czy rozszerzenie parasola nuklearnego na Niemcy, ale także szerzej o koordynację działań politycznych w różnych sferach. To bardzo dobrze widać na przykładzie wojny w Ukrainie, gdzie koordynacja dyplomatycznego, finansowego i militarnego wsparcia dla tego państwa przez format E3 odgrywa coraz większą rolę.
Ogólnie jednak potencjał francuski jest o tyle lepszy, że jest po prostu większy i bardziej zróżnicowany.
Polska chce 300 tys. żołnierzy. Są jednak problemy
Jednak zarówno w przypadku francuskiego, jak i brytyjskiego parasola nuklearnego pojawia się ten sam problem, o którym wspomnieliśmy przy okazji amerykańskiej broni atomowej. Ostateczna decyzja o jej wykorzystaniu nie należy do Niemiec.
Tak. I niemieccy politycy oraz wojskowi także o tym wiedzą.
W niemieckiej strategii podstawowym elementem odstraszania Rosji, która przez Berlin jest uważana za główne i długofalowe zagrożenie, jest broń konwencjonalna. Stąd ten trwający od kilku lat proces modernizacji niemieckich sił zbrojnych. Bundeswehra ma osiągnąć potencjał umożliwiający skuteczne odstraszanie oraz obronę Niemiec i sojuszników około 2030 r.
Natomiast z punktu widzenia Berlina, odstraszanie nuklearne ma pełnić funkcję uzupełnienia. Zwłaszcza uzupełnienie programu nuclear sharing o francuskie i brytyjskie zaangażowanie w Niemczech, niezależnie od jego formy, ma być dodatkowym sygnałem dla Moskwy. Celem jest maksymalne skomplikowanie rosyjskich kalkulacji, gdyby Putin zamierzał „przetestować” NATO.
Załóżmy na chwilę czarny scenariusz: USA wychodzą z NATO, a Francja i Wielka Brytania stwierdzają, że ich arsenały bronią tylko odpowiednio Paryż i Londyn. Czy Niemcy byłyby w stanie wyprodukować własną broń atomową?
Technologicznie tak. RFN jest w stanie zrobić to dosyć szybko i sprawnie. Niemcy są tzw. państwem progowym, czyli dysponują wiedzą, potencjałem technicznym i infrastrukturą, które pozwalają myśleć o stworzeniu własnego arsenału atomowego. Ze względu na stopień skomplikowania tego zagadnienia mówimy jednak o perspektywie kilku lat.
Co więcej, trzeba pamiętać, że stworzenie własnej bomby to dopiero pierwszy krok. Słabością Niemiec jest brak poligonu, na którym można byłoby taką broń przetestować. Należy mieć też na uwadze, że RFN musiałaby równolegle przygotować doktrynę stosowania tego typu broni. Państwa takie, jak np. Francja, mają konkretne zasady, w których komunikują, także na zewnątrz, w jakich sytuacjach byłyby skłonne po taką broń sięgnąć i jaką rolę ona odgrywa. W Niemczech wymagałoby to długiej debaty strategicznej, bo wcześniej takich rozmów nie było.
Czyli gdyby była potrzeba, to Niemcy teoretycznie są w stanie zbudować broń atomową, ale na razie uznają, że takiej potrzeby nie ma?
Generalnie tak. Co do tego panuje szeroki konsensus. Na początku roku pojawił się wprawdzie głos generała brygady Franka Piepera, który stwierdził, że być może Niemcy powinny posiadać taktyczną broń jądrową. Niemniej jednak, biorąc pod uwagę wypowiedzi polityków, o których wspominałem, jest to w dalszym ciągu wykluczone.
