Zdjęcie Izabeli Bodnar z martwym tuńczykiem było dla mnie smutne. Zabite zwierzę zostało potraktowane jak wakacyjne trofeum, element dobrej zabawy, rekwizyt do zdjęcia. Potem fotografia trafiła do mediów społecznościowych i zaczęła żyć własnym życiem. Reakcja była natychmiastowa.
Anna Maria Żukowska pytała, czym właściwie takie zdjęcie różni się od fotografii z upolowaną sarną. Zresztą: to bardzo dobre pytanie. Bo wędkarstwo, w sensie etycznym i funkcjonalnym, jest formą polowania. Zmienia się narzędzie i środowisko, ale pozostaje podstawowa logika: człowiek łapie i (najczęściej) zabija dzikie zwierzę, a potem fotografuje się ze zdobyczą. Agnieszka Gozdyra pytała o empatię i styl, i o to, po co w ogóle publikować takie zdjęcie. Do dyskusji dołączyli eksperci i ekspertki zajmujący się prawami zwierząt, a w mediach szybko przypomniano wcześniejsze deklaracje Bodnar dotyczące ich ochrony.
Czytaj także: Jest stanowisko prokuratora ws. Marcina Romanowskiego. Wydano komunikat
Wędkarstwo jest polowaniem
A potem Izabela Bodnar odpowiedziała swoim krytykom, że jeżeli sami jedzą zwierzęta, sushi, ryby czy kotlety, to ich oburzenie jest hipokryzją. Tu akurat miała rację. Jeżeli oburza was martwy tuńczyk leżący na pokładzie łodzi, ale nie oburza was ten sam tuńczyk pokrojony w restauracji na niewielkie kawałki i położony na ryżu, to być może problemem nie jest śmierć zwierzęcia. Problemem jest to, że ktoś wam ją pokazał.
Nasza kultura wykonała ogromną pracę, żeby oddzielić zwierzę od produktu, którym się staje. Martwy tuńczyk po kilku kolejnych etapach obróbki po prostu zamienia się w kolację. Wobec ryb stosujemy jeszcze jeden kulturowy wyjątek. Gdy polityk fotografuje się obok zastrzelonego jelenia, większość z was rozpoznaje – to polowanie, dla którego akceptacja społeczna nie jest powszechna. Gdy polityk stoi (siedzi, leży) obok martwej ryby na pokładzie łodzi, mówicie o połowie, wędkarstwie albo wakacyjnej przygodzie. A – powtórzę – wędkarstwo jest polowaniem.
Jeśli dobrze rozumiem wypowiedź Izabeli Bodnar, jako weganka mam prawo powiedzieć, że zdjęcie zamieszczone przez polityczkę było dla mnie obrzydliwe. Ale od tej „afery” minęło już trochę czasu. I dzisiaj bardziej niż sam martwy tuńczyk interesuje mnie inna kwestia.
Po co właściwie posłanka Izabela Bodnar opublikowała to zdjęcie? Co chciała nam powiedzieć? Dlaczego uznała, że warto?
Nie przedstawiała stanowiska politycznego. Nie tłumaczyła swojej decyzji. Nie informowała o projekcie ustawy. Nie komentowała istotnej sprawy publicznej. Nie proponowała rozwiązania. Nie przedstawiała argumentów. Pokazała zdjęcie z wakacji.
Sprawdź również: Były minister odpowiada Stanowskiemu. „Zastrzeżenie PESEL-u to nie proteza”
Smacznej kawusi, obywatelu
Ale ta sytuacja nie jest wyjątkiem, jest przykładem. Otwórzmy profile polityków i polityczek.
„Dzień dobry”. „Dobrego weekendu”. „Smacznej kawusi”. Zdjęcie ze spotkania, z którego nie dowiadujemy się, o czym właściwie rozmawiano. Piętnaście sekund z konferencji, z których nie wynika, jakie rozwiązanie polityk proponuje. Wakacje. Kolejna rolka.
Oczywiście, polityczka nie przestaje być człowiekiem dlatego, że została wybrana do parlamentu. Nie oczekuję też, że każdy post na Instagramie będzie analizą ustawy o finansach publicznych. Problem jest gdzie indziej.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy po miesiącu obserwowania osoby, która tworzy prawo w moim państwie, wiem, gdzie była, z kim zrobiła zdjęcie, gdzie biegała, jak spędziła weekend i jak wygląda jej pies, ale nadal nie wiem, co sądzi o najważniejszych sprawach państwa.
Coraz bardziej widoczni, coraz mniej czytelni
Tak, sama publikowałam zdjęcia jedzenia, restauracji czy miejsc, w których byłam, ale nie jako neutralne obrazki z życia: za nimi konsekwentnie stał przekaz o weganizmie, prawach zwierząt i koniecznej zmianie systemu żywnościowego. U mnie obraz był nośnikiem przekazu. U wielu polityków i polityczek obraz staje się całym przekazem.
Politycy są coraz bardziej widoczni, a coraz mniej czytelni. Widzimy ich codziennie. Ale coraz trudniej powiedzieć, co właściwie myślą. Wiemy, gdzie byli. Nie wiemy, za czym się opowiadają. Wiemy, z kim zrobili zdjęcie. Nie wiemy, jak zagłosują i dlaczego. Wiemy, co (kogo?) jedzą. Nie wiemy, co chcieliby zmienić.
Nigdy wcześniej osoby sprawujące władzę nie miały takich możliwości bezpośredniego komunikowania się z obywatelkami i obywatelami. Nie potrzebują gazety. Nie potrzebują telewizji. Nie potrzebują konferencji prasowej. Nie potrzebują dziennikarza, który zdecyduje, czy ich wypowiedź znajdzie się w materiale.
Mogą sięgnąć po telefon i powiedzieć setkom tysięcy ludzi dokładnie to, co chcą. Mogą wyjaśnić, dlaczego popierają konkretną ustawę. Mogą pokazać swoją poprawkę. Mogą opowiedzieć, dlaczego uważają, że rząd się myli. Mogą napisać, czy opozycja atakuje niemerytorycznie. Mogą przedstawić własne rozwiązanie.
Dwie strony pustej komunikacji
To gigantyczna demokratyczna możliwość. A zamiast tego dostajemy rolkę. Nigdy politycy nie komunikowali tak dużo i chyba nigdy tak często nie mówili tak mało. Oczywiście najłatwiej powiedzieć, że winne są tzw. media społecznościowe.
Magdalena Biejat, komentując aferę wokół zdjęcia Bodnar, mówiła właśnie o tym, co media społecznościowe robią z mózgami polityków. I niewątpliwie coś robią. Algorytmy premiują obraz, emocję, osobę, konflikt, szybkość, prostotę. Merytoryczne stanowisko ma z punktu widzenia platformy zasadnicze wady. Jest dłuższe. Bywa skomplikowane. Nie zawsze da się je sprowadzić do trzydziestu sekund. Wymaga od odbiorcy chwili skupienia.
Może Cię zainteresować: Oszuści żerują na tragedii na Węgrzech. Wojewoda ostrzega rodziny
A od polityka wymaga czegoś jeszcze bardziej niebezpiecznego. Uczciwości. Kiedy napisze, że uważa XYZ, ktoś może za pół roku przypomnieć mu, że uważał XYZ. Kiedy opowie się za konkretnym rozwiązaniem, może stracić wyborczynie i wyborców, którzy są przeciwko niemu. Kiedy przedstawi projekt, można go ocenić. Kiedy poda argument, można go podważyć. Kiedy złoży obietnicę, można go z niej rozliczyć.
Zdjęcie z kawą jest znacznie bezpieczniejsze. I właśnie dlatego problem pustej komunikacji politycznej jest poważniejszy. Dla polityka jest ona wygodna. Dla demokracji już nie.
Demokracja potrzebuje bowiem polityków, których można łapać za słowo. Ale jak rozliczyć selfie? Jak zweryfikować rolkę z samochodu? Co dokładnie wynika z informacji, że polityk właśnie biegnie na kolejne spotkanie? Nic.
Zobacz również: Idą spore zmiany w dyskontach. Szukaj czarnych ramek podczas zakupów
Chcę wiedzieć, co myślą politycy. A nie, gdzie spędzają wakacje
I dlatego wracam do zdjęcia Izabeli Bodnar. Nie po to, żeby kilka tygodni później ponownie urządzać jej publiczne zawstydzanie. Bo sam „blaming and shaming” bardzo łatwo staje się częścią dokładnie tego samego systemu.
Zdjęcie Bodnar było kontentem. Oburzenie na zdjęcie było kontentem. Odpowiedź Bodnar była kontentem. Potępienie odpowiedzi Bodnar było kolejnym kontentem.
Przez kilka dni wszyscy mogliśmy mieć stanowisko w sprawie zdjęcia Izabeli Bodnar. Znacznie trudniej odpowiedzieć na pytanie, ilu z nas potrafiłoby wymienić kilka jej stanowisk w sprawach, w których jako posłanka faktycznie współdecyduje o naszym życiu.
Jako weganka chciałabym oczywiście, żeby politycy nie pozowali z martwymi zwierzętami. Powtórzę, zwierzę nie staje się mniej martwe dlatego, że jest rybą. A zabijanie dla rozrywki nie zmienia swojego charakteru tylko dlatego, że nazywacie je połowem zamiast polowaniem.
Ale jako obywatelka mam wobec polityków i polityczek jeszcze inne oczekiwanie. Chciałabym wiedzieć, co myślą. Nie tylko gdzie są. Nie tylko z kim są. Nie tylko, co jedzą, gdzie biegną i jak spędzają weekend.
Chcę wiedzieć, co myślą o państwie, którego prawo tworzą. Jakie rozwiązania popierają. Jakich nie poprą. Jakie mają (merytoryczne) argumenty. Czego chcą dokonać. I za co są gotowi zapłacić polityczną cenę.
Nie potrzebujemy od polityków i polityczek więcej kontentu. Potrzebujemy od nich treści.


