W polskich filmach i serialach „zwyczajne życie” często wygląda zaskakująco luksusowo. Bohaterowie mieszkają w dużych mieszkaniach, dużo kupują i rzadko przejmują się pieniędzmi. Nawet jeśli należą do klasy średniej, nie widać u nich kredytów, niepewności pracy czy liczenia wydatków. Dlaczego polskie kino tak chętnie pokazuje komfort, a tak rzadko codzienne ekonomiczne realia?

- Polskie filmy i seriale, jak „Rodzinka.pl”, „Planeta Singli” czy „Listy do M.”, pokazują klasę średnią jako świat wielkomiejskiego luksusu, bez kredytów i niepewności zatrudnienia.
- Klasa średnia to pojęcie nieostre – można ją definiować przez dochód, zawód, wykształcenie czy poczucie przynależności, co utrudnia jej wiarygodne pokazanie na ekranie.
- Polskie kino od lat lepiej opowiada o narodzie, inteligencji i historii niż o pozycji ekonomicznej bohaterów.
- Komedie romantyczne, takie jak „Nigdy w życiu!” czy „Lejdis”, ukształtowały obraz sukcesu jako dobrej dzielnicy i swobodnej konsumpcji, bez pytań o pieniądze.
- Filmy takie jak „Dzień świra” czy „Plac Zbawiciela” pokazują klasę średnią głównie w chwili degradacji i utraty bezpieczeństwa, rzadziej w stabilnym, codziennym życiu.
Dom Boskich, czyli przeciętność o powierzchni 200 metrów
W domu Boskich ciągle ktoś otwiera lodówkę. Jedno dziecko chce nowych butów, drugie telefonu, trzecie coś niszczy. Rodzice narzekają na wydatki, lecz ich sytuacja materialna nigdy naprawdę nie jest zagrożona. Duży dom, samochody, wakacje i codzienna konsumpcja nie wyglądają jak przywilej. Wyglądają jak życie przeciętnej polskiej rodziny.
„Rodzinka.pl” nie musi być dokumentem ekonomicznym. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy podobny świat powtarza się w dziesiątkach filmów i seriali. Przestronne mieszkanie, atrakcyjna praca, dwa samochody i częste zakupy stają się tłem tak zwyczajnym, że przestajemy je zauważać.
Dr Paweł Maranowski z Uniwersytetu Civitas pisze, że świat znany z „Planety Singli”, „Listów do M.”, „Lejdis”, „Nigdy w życiu!” czy właśnie „Rodzinki.pl” odpowiada raczej doświadczeniu wielkomiejskiej wyższej klasy średniej. Mimo to bywa przedstawiany jako normalne życie współczesnych Polaków. Różnica między przeciętną klasą średnią a środowiskiem uprzywilejowanym zostaje zatarta.
Skoro więc niemal wszyscy ekranowi bohaterowie należą do klasy średniej, dlaczego tak mało z nich zachowuje się tak, jakby ich pozycja zależała od pensji, kredytu i stabilności zatrudnienia?
Kto właściwie należy do klasy średniej?
Zanim oskarżymy kino o fałsz, trzeba przyznać, że sama klasa średnia jest pojęciem nieostrym. Można ją definiować przez dochód, wykonywany zawód, wykształcenie, posiadany majątek, bezpieczeństwo ekonomiczne, styl życia albo własne poczucie przynależności. Te kryteria nie zawsze się pokrywają.
Nauczyciel może mieć wysoki kapitał kulturowy i niewielkie dochody. Właściciel dobrze działającej firmy może dysponować pieniędzmi, ale nie czuć się częścią inteligenckiej klasy średniej. Pracownik korporacji może dobrze zarabiać, a zarazem bać się, że restrukturyzacja odbierze mu pozycję.
Maranowski zauważa, że różne kryteria dają tylko częściowo pokrywające się definicje. To utrudnia pracę filmowców. Położenia klasowego nie da się pokazać jednym kadrem. Dlatego twórcy sięgają po jego widoczne znaki: mieszkanie, samochód, ubranie, zawód i sposób spędzania czasu.
W Polsce dochodzi do tego jeszcze jeden problem. Klasa średnia jest jednocześnie obietnicą bezpieczeństwa i obelgą oznaczającą przeciętność. Dla jednych to nieosiągalna stabilizacja. Dla innych – konformizm, nuda i życie „jak sąsiad”. Można więc należeć do niej ekonomicznie, ale odrzucać tę nazwę symbolicznie. Trudno opowiadać o grupie, która sama nie ma pewności, czy istnieje i kto do niej należy.
Kino widzi naród, inteligencję i lud, ale nie widzi klas
Problem nie dotyczy wyłącznie klasy średniej. Polskie kino od dawna słabo opowiada o społeczeństwie za pomocą kategorii klasowych. Znacznie lepiej zna inne języki: narodu i historii, inteligencji i ludu, opozycji i władzy, centrum i prowincji, moralnego obowiązku i zdrady.
Bohater polskiego filmu częściej był Polakiem, inteligentem, katolikiem, buntownikiem albo ofiarą historii niż pracownikiem zajmującym określoną pozycję ekonomiczną. Pieniądze i praca pojawiały się na ekranie, ale ważniejsze były pamięć, odpowiedzialność i wspólnota.
Kino moralnego niepokoju dobrze pokazywało instytucje, karierę i cenę konformizmu, ale głównie w języku moralnym. Człowiek awansował, ponieważ zdradził wartości, a nie dlatego, że miał lepszy dostęp do kapitału, kontaktów czy odziedziczonego mieszkania.
Może Cię zainteresować: Polskie dzieciństwo na sprzedaż. Od Tytusa do Wiedźmina
W części kina postinteligenckiego pozycja bohatera jest po prostu domyślna. Twórcę interesuje jego dusza, związek albo stosunek do historii, więc warunki bytowe zostają poza kadrem. Klasa średnia nie musi być przedstawiona, ponieważ punkt widzenia inteligenta uchodzi za naturalny punkt widzenia na cały świat.
Transformacja: wszyscy mieli zostać zwycięzcami
Dzisiejszy obraz klasy średniej wyrasta z kultury transformacji. Lata 90. przyniosły nowego bohatera: przedsiębiorcę, karierowicza, biznesmena, człowieka uczącego się kapitalizmu. Teraz awans miał zależeć od pomysłowości, odwagi i gotowości do ryzyka.
Ewa Mazierska opisuje kino tamtego czasu jako etap „heroicznego neoliberalizmu”. Sukces był rozumiany głównie finansowo. Początkowo kapitalizm był komedią o nowych zasadach. Potem przybierał formę kina gangsterskiego. W „Kapitale, czyli jak zrobić pieniądze w Polsce”, „Pierwszym milionie”, „Psy” czy „Kilerze” nowa rzeczywistość była polem walki o pieniądze, pozycję i sprawczość.
Klasa średnia nie wyrosła z tych filmów jako grupa zwyczajnych, bezpiecznych pracowników. Pojawiła się raczej jako obraz zwycięzcy transformacji. Kto miał energię, spryt albo szczęście, ten mógł wejść do nowego świata. Kredyt bywał znakiem wolności, a bezrobocie – bodźcem do przedsiębiorczości.
Polskie kino nauczyło się więc pokazywać moment zdobywania pieniędzy. Znacznie gorzej radzi sobie z życiem ludzi, którzy pieniądze już zarabiają, ale każdego miesiąca muszą utrzymać swoją pozycję.
Komedia romantyczna: kapitalizm, który wygląda jak miłość
Najczystszy obraz tej fantazji przyniosły komedie romantyczne i seriale obyczajowe. „Nigdy w życiu!”, „Tylko mnie kochaj”, „Dlaczego nie!”, „Lejdis”, „Planeta Singli”, „Listy do M.” czy „Magda M.” rozgrywają się w Warszawie przypominającej reklamę europejskiej metropolii.
Bohaterowie mieszkają w atrakcyjnych wnętrzach, pracują w mediach, reklamie, kancelariach, architekturze albo branży kreatywnej. Zawód jest częścią ich charakteru, lecz rzadko źródłem zmęczenia, niepewnej umowy czy lęku przed zwolnieniem.
Zobacz także: Otwierasz „GTA VI”, a tam zdrapka. Jak żyć (i grać) w cyfrowym świecie?
Samuel Nowak i Anna Taszycka nazwali ten nurt „kinem nowej burżuazji”. Polska komedia romantyczna nie tylko opowiadała o miłości. Uczyła także, jak ma wyglądać sukces: dobra dzielnica, odpowiedni zawód, gustowne wnętrze i swobodna konsumpcja. Konflikt ekonomiczny zamieniał się w uczuciowy. Bohaterka nie zastanawiała się, czy stać ją na mieszkanie, tylko czy wybrać właściwego mężczyznę.
Komedia romantyczna potrzebuje fantazji i nie musi działać jak raport o zarobkach. Warto jednak zapytać, dlaczego ucieczka od ekonomii stała się tak pełna, że widz nie potrafi nawet oszacować, czy bohaterów stać na ich życie. W tych filmach miłość przekracza bariery, lecz najczęściej dlatego, że bariery ekonomiczne wcześniej usunięto z kadru.
Mieszkanie wie wszystko, film nie pyta o nic
Najwięcej o klasie średniej mówi mieszkanie. Jego metraż, dzielnica, sposób urządzenia i liczba pokoi zdradzają znacznie więcej niż deklaracje bohatera. Film często używa wnętrza jak estetycznej wizytówki niezależności i dobrego gustu. Nie wiadomo natomiast, czy lokal wynajmuje, odziedziczyła, kupiła za gotówkę czy spłaca przez trzydzieści lat.
Inaczej żyje ktoś, kto dostał mieszkanie od rodziny, inaczej ktoś, kto oddaje bankowi połowę pensji. Pomoc rodziców, dziedziczenie czy opieka nad dziećmi nie są tylko dodatkami do fabuły. To mechanizmy, dzięki którym średnioklasowe życie staje się możliwe.
Pierre Bourdieu pokazywał, że gust nie jest wyłącznie prywatnym wyborem. Meble, jedzenie, ubrania i sposób spędzania czasu pomagają zaznaczyć pozycję społeczną i odróżnić się od innych. Polskie kino świetnie rozpoznaje tę estetykę. Wie, jaki bohater ma ekspres do kawy. Znacznie rzadziej wyjaśnia, kto zapłacił za kuchnię, w której ten ekspres stoi.
Mieszkanie nie jest więc tylko dekoracją. Jest magazynem rodzinnej historii, długu i przewagi. Kiedy film tego nie pokazuje, uprzywilejowanie zaczyna wyglądać jak cecha charakteru.
Lęk przed spadaniem
Klasa średnia nie musi być stabilną grupą. Może być stanem ciągłego podtrzymywania pozycji. Barbara Ehrenreich nazwała to „fear of falling” – lękiem przed spadaniem. Chodzi nie tylko o biedę, lecz także o utratę statusu i bezpieczeństwa.
W Polsce to obawa przed utratą pracy, niespłaconą ratą, powrotem do rodzinnego miasta albo chorobą niszczącą budżet. To także wstyd przed akcentem, mieszkaniem rodziców, zawodem ojca czy miejscem pochodzenia. Awans trzeba stale potwierdzać.
Przeczytaj również: Atak nożem podczas Łemkowskiej Watry. Ukrainiec z zarzutami
„Dzień świra” pokazuje inteligenta, którego wykształcenie nie przyniosło ani ekonomicznego, ani symbolicznego spełnienia. Adaś Miauczyński wie, że miał należeć do warstwy szanowanej, lecz jego życie jest ciasne, powtarzalne i pełne upokorzeń. W „Placu Zbawiciela” mieszkanie staje się obietnicą awansu, a potem mechanizmem rozpadu bezpieczeństwa. Jedna decyzja finansowa uruchamia zależność od rodziny, przemoc i gwałtowną deklasację.
Maranowski wskazuje oba filmy jako przykłady przedstawiania klasy przez degradację, zależność i kruchość statusu. Klasa średnia jest najciekawsza nie wtedy, gdy spokojnie konsumuje, lecz wtedy, gdy przestaje wierzyć, że jej życie jest trwałe.
Kiedy kino dostrzega klasę, często widzi potwora
Kino popularne idealizuje klasę średnią, ale kino społeczne łatwo wpada w drugą skrajność. Kiedy zaczyna widzieć przywilej, często pokazuje go przez hipokryzję, pogardę wobec prowincji, emocjonalny chłód, drapieżną rywalizację i konsumpcjonizm.
W „Sali samobójców. Hejterze” napięcie rodzi się między aspirującym chłopakiem z prowincji a uprzywilejowanym warszawskim środowiskiem. Tomasz nie ma ich swobody, języka ani kontaktów. Uczy się więc naśladować styl klasy wyższej, a zarazem chce ją upokorzyć. W „Cichej nocy” awans wiąże się z emigracją, rozpadem rodziny i potrzebą ucieczki. „Wesele”, „Twarz”, „Chleb i sól” czy „Inni ludzie” także pokazują klasę poprzez pogardę, aspirację i społeczne tarcie.
Ta ostrość jest reakcją na wcześniejsze przedstawianie przywileju jako niewinnej normalności. Problem pojawia się wtedy, gdy klasa średnia zostaje zredukowana do grupy ludzi pustych, zakłamanych i moralnie zużytych.
Demonizacja jest lustrzanym odbiciem idealizacji. Jedna pokazuje wygodne życie bez kosztów, druga – koszty bez zwykłego życia. W obu przypadkach znika codzienność ludzi, którzy nie są ani bezkarną elitą, ani ofiarami na dnie, lecz żyją pomiędzy bezpieczeństwem a możliwością jego utraty.
Praca bez pracy, pieniądze bez liczenia
Największą słabością wielu polskich filmów nie są nawet za duże mieszkania. Jest nią nieumiejętność pokazania pracy. Bohater „pracuje w reklamie”, ale nie wiadomo, co naprawdę robi. Architekt ogląda makiety, dziennikarka chodzi na spotkania, prawnik wygłasza jedną mowę, pisarz siedzi przed laptopem, a właścicielka kawiarni zawsze ma czas na rozmowę.
Brakuje terminów, nadgodzin, umów, zależności od przełożonych, dojazdów i liczenia wydatków. Ekran zna zawód jako element wizerunku, rzadziej jako źródło zmęczenia.
Po fascynacji zwycięzcami transformacji polskie kino zaczęło częściej opowiadać o przegranych neoliberalnej gry. Nadal jednak brakuje bohatera pomiędzy zwycięstwem i katastrofą: zwykłego pracownika, który daje sobie radę, ale płaci za to czasem, zdrowiem i niepewnością.
Kino zna spektakularny awans i widowiskowy upadek. Gorzej zna poniedziałek rano. A właśnie wtedy klasa średnia staje się najbardziej prawdziwa: w korku, przed skrzynką mailową, z ratą do zapłacenia i pytaniem, czy ten miesiąc będzie równie spokojny jak poprzedni.
Sprawdź również: Wyborca czy fan? Dlaczego zamiast o programach rozmawiamy o walce dobra ze złem
Jak wyglądałby uczciwy film o klasie średniej?
Uczciwy film o polskiej klasie średniej nie musiałby zmieniać się w wykład socjologiczny. Wystarczyłoby, aby szczegóły miały konsekwencje.
Mieszkanie byłoby czyjeś albo zadłużone. Awans wymagałby ceny. Dobre wykształcenie nie gwarantowałoby bezpieczeństwa. Pomoc rodziców nie znikałaby z historii, a utrata pracy zmieniałaby relacje. Gust bohatera mówiłby o jego aspiracjach i pochodzeniu. Sukces jednej osoby zależałby również od pracy innych.
Maranowski podsumowuje: „Problem polskiego kina nie polega więc na tym, że klasa średnia jest w nim nieobecna, lecz na tym, że zbyt często pozostaje niewidzialna jako klasa”. Trafnie dodaje, że na ekranie staje się ona często nie tyle pozycją społeczną, ile „określonym zestawem dekoracji i praktyk konsumpcyjnych”.
Polskie kino zna już wszystkie przedmioty klasy średniej. Wie, jak wygląda jej kuchnia, samochód, telefon, płaszcz i biuro. Wciąż jednak za rzadko pokazuje, co znajduje się pod powierzchnią tych rzeczy: pomoc rodziców, kredyt, kapitał wyniesiony z domu, sieć znajomości, lęk przed utratą pracy i wstyd, że awans może się skończyć.
Nie potrzebujemy kolejnego serialowego penthouse'u ani kolejnej karykatury sytego mieszczucha. Potrzebujemy filmu, w którym ktoś wreszcie usiądzie przy tym pięknym stole i policzy, czy wystarczy mu do pierwszego.

