
Współczesny człowiek chce być młody, piękny i nieśmiertelny. Śmierć najchętniej usuwa z pola widzenia, a żałobę sprowadza do krótkiego epizodu. – Świat zamknął się jakby w jaskini ludzkiego ciała i ludzkiej świadomości – mówi w rozmowie z Zero.pl ks. prof. Jan Sochoń. Z okazji uroczystości Wszystkich Świętych pytamy o przemijanie, tajemnicę śmierci i nadzieję zmartwychwstania.
Marcin Darmas, Zero.pl: W jednym ze swoich aforyzmów ze zbioru „Ćwiartowanie” Emil Cioran napisał, że „śmierć jest tym, co życie wymyśliło dotąd najbardziej niezawodnego”. Dlaczego jednak tak trudno nam zaakceptować tę oczywistość? Śmierć jest przecież nieodłączną częścią ludzkiego istnienia.
Ks. prof. Jan Sochoń, teolog, filozof i poeta: Przede wszystkim dlatego, że śmierć pozostaje tajemnicą. Nie jesteśmy w stanie do końca pojąć, skąd się bierze i dlaczego tak nieuchronnie przynależy do ludzkiego sposobu istnienia. Po drugie, w każdym człowieku istnieje pewne naturalne przekonanie, wewnętrzne, duchowe napięcie, które można nazwać nadzieją. Mamy poczucie, że nie umrzemy całkowicie, że nasze zwyczajne, doczesne życie powinno zostać przedłużone w jakiejś nieskończonej przestrzeni. Nie wiemy dokładnie, czym ona jest, ale człowiek z natury pragnie istnieć.
Dlatego każde doświadczenie sprzeczne z tą nadzieją wywołuje w nas niepokój. Jest jeszcze jeden powód. Jesteśmy ludźmi przygodnymi, jak mówimy w filozofii, a więc takimi, którzy nie musieli się narodzić, a jednak przyszli na świat.
Ten sam Cioran pisze również o „niedogodności narodzin”.
Musimy doświadczać bólu, cierpienia i ograniczeń wynikających z naszej natury. Nie dysponujemy absolutnymi możliwościami, lecz jedynie tymi, które wyznacza ludzka miara. Skoro jednak się narodziliśmy, nieuchronnie zmierzamy ku śmierci.
Z tych powodów tak trudno ją zaakceptować. Czym innym jest jednak pogodzenie się ze śmiercią jako czymś nieuchronnym, wpisanym w ludzkie życie. Żyć znaczy również umierać. Czymś zupełnie innym jest natomiast cierpienie, zwłaszcza cierpienie niezawinione. Ono nie musi być i nie powinniśmy traktować go jako czegoś, co należy po prostu zaakceptować. Jeśli nie potrafimy go wyjaśnić filozoficznie ani w żaden inny sposób, powinniśmy przynajmniej starać się je umniejszać. Leczyć choroby, łagodzić ból, usuwać cierpienie w takim zakresie, w jakim pozwalają nam na to ludzkie możliwości.
Tusk skomentował inflację. Nie zapomniał dopiec Nawrockiemu
Kultura młodości i pięknego ciała. Dlaczego wypieramy śmierć?
Nasza współczesność robi wszystko, aby śmierć ukrywać. Dawniej była ona znacznie bardziej obecna w codziennym doświadczeniu. Starsi ludzie umierali w domach, w otoczeniu rodziny i wszystkich pokoleń. Dzieci bowiem również częściej doświadczały śmierci, choćby w jej najbardziej dramatycznym wymiarze, o którym Dostojewski pisał jako o „ontologicznym skandalu”. Czy lęk przed śmiercią i próba usunięcia jej z pola widzenia nie stały się jedną z ważniejszych cech naszych czasów? Co mówi o współczesnym człowieku fakt, że za wszelką cenę próbuje odwrócić wzrok od przemijania?
Należy się zgodzić z taką diagnozą. Wiek XX i XXI przyniosły istotną zmianę w rozumieniu tego, kim jest człowiek. Dawne obyczaje, zwłaszcza religijne, zostały odsunięte na obrzeża doświadczenia życiowego. Pojawił się nowy model antropologiczny, w którym wychwala się ludzkie ciało, ale przede wszystkim ciało młode, piękne, atrakcyjne, nadające się do prezentowania na wybiegu. Stopniowo zaczęto natomiast odsuwać od własnej świadomości konieczność starzenia się, cierpienia i śmierci.
Co oznacza to skupieniu się na pięknie zdrowego ciała?
W tym modelu człowiek koncentruje się przede wszystkim na sobie. Akceptuje pluralizm, dopuszcza różne poglądy na świat, ale ostatecznie pozostaje zamknięty w perspektywie czysto ludzkiej. To człowiek i jego potrzeby stają się najwyższą instancją. On decyduje o tym, jaki jest świat i jak powinna wyglądać ludzka kultura.
W konsekwencji tylko to, co atrakcyjne, młode i piękne, staje się kategorią godną publicznej afirmacji. Oddalamy się natomiast od prawdy o tym, kim naprawdę jest człowiek i co oznacza jego istnienie.
Najbardziej dramatyczne wydaje mi się jednak coś innego: człowiek został pozbawiony tajemnicy, również tajemnicy religijnej. Od czasów Kanta przeniknęło do europejskiej świadomości przekonanie, że ludzki rozum, filozofia i nauka są w stanie wyjaśnić właściwie wszystkie zagadki rzeczywistości. To, co tajemnicze, zaczęło uchodzić za nieinteresujące, a nawet zbędne. Wszelkie kategorie metafizyczne, odnoszące się do tego, co przekracza materialny wymiar istnienia, zostały w dużej mierze porzucone.
„Element walki politycznej”. Wipler o wizycie śledczych w swojej fundacji
Zmierzch cywilizacji zachodniej. Ks. Sochoń o utracie religijnej tradycji
Pozbawienie wymiaru tajemnicy, o którym k siądz p rofesor mówi, zmienia nie tylko nasze rozumienie świata – zmienia się sam człowiek w sposób fundamentalny.
Żyjemy w modelu kultury, w którym człowiek istnieje po to, by cieszyć się sobą i własnymi osiągnięciami. Samo w sobie nie musi być to czymś złym. Problem pojawia się wtedy, gdy prowadzi do kultury hedonistycznej, opartej na samozadowoleniu, często osiąganym kosztem innych ludzi. Kultura staje się wówczas płaska, pozbawiona głębi duchowej, artystycznej i intelektualnej.
Świat zamknął się jakby w jaskini ludzkiego ciała i ludzkiej świadomości. I to właśnie uważam za jeden z największych problemów współczesności.
Zwraca ksiądz profesor uwagę na zanik wymiaru tajemnicy. Ale zmienił się również sam sposób przeżywania śmierci. Kiedyś była ona doświadczeniem wspólnotowym. Umierało się w domu, wśród bliskich, a żałobę przeżywała cała rodzina i lokalna społeczność. Dzisiaj śmierć została w dużej mierze zamknięta w szpitalnej sali. Czy nie utraciliśmy czegoś istotnego, pozbywając się wspólnotowego wymiaru umierania i żałoby?
Zgoda. Na tę kwestię zwracał uwagę między innymi ksiądz profesor Janusz Pasierb. Cała obyczajowość związana z odchodzeniem człowieka została właściwie ograniczona do przestrzeni szpitalnej. Śmierć przestała być towarzyszem codziennego życia, zniknęła z obyczajowości rodzinnej i społecznej. Stała się czymś niepotrzebnym, niepokojącym, czymś, czego najlepiej nie dostrzegać.
Ludzie nie chcą przeżywać żałoby, a jeżeli już jej doświadczają, często nie wiedzą, jak sobie z nią poradzić. Proszę zauważyć, że nawet zewnętrzne oznaki żałoby niemal zanikły. Mało kto nosi dzisiaj odpowiedni strój czy choćby niewielki znak wskazujący, że przeżywa stratę bliskiej osoby. Żałoba, jeśli w ogóle jest obecna, zostaje sprowadzona do krótkiego okresu, po którym należy wrócić do normalnego funkcjonowania.
Dlaczego tak się dzieje?
Powtarzam. Zmieniło się nasze rozumienie człowieka i celu ludzkiego życia. Zmienił się paradygmat antropologiczny. To, co było naturalne w tradycji, a zarazem głęboko zakorzenione w religijnym rozumieniu rzeczywistości, przestało dzisiaj funkcjonować.
Nie chodzi jednak o to, żeby na tę zmianę wyłącznie się obrażać. Trzeba próbować ją rozumieć, a następnie naprawiać to, co jeszcze można naprawić. Żyjemy w czasach zaniku myślenia zakorzenionego w tradycji kulturowej, a szerzej – w czasach zmierzchu cywilizacji zachodniej. Dlatego powinniśmy powracać do tradycji, zwłaszcza religijnych.
Dzisiejsza uroczystość Wszystkich Świętych i jutrzejszy Dzień Zaduszny należą właśnie do tych świąt, które wyrastają z wielowiekowej tradycji kształtującej człowieka Zachodu. Jeżeli całkowicie ją utracimy, zaniknie również tradycyjny model człowieczeństwa – rozumianego jako człowieczeństwo szlachetne, dobre, otwarte na drugiego człowieka. Warto o tym pamiętać.
Zmartwychwstanie Chrystusa. Dlaczego śmierć nie jest kresem ludzkiego istnienia?
W chrześcijaństwie śmierć nie jest ostatecznym kresem ani popadnięciem w kosmiczną pustkę i wiekuistą ciszę. Jak zmartwychwstanie Chrystusa zmienia nasze rozumienie umierania?
Najważniejsze jest chyba to, że Jezus, pragnąc przynieść światu ocalenie i zbawienie, wybrał sposób działania, który z ludzkiego punktu widzenia wydaje się dramatyczny. Wybrał cierpienie, krzyż i Golgotę. Proszę zauważyć, że dla wielu kultur, choćby starożytnych Greków, a także dla muzułmanów, krzyż jest czymś nie do przyjęcia, niekiedy wręcz przedmiotem szyderstwa. W tamtych tradycjach nie do pomyślenia było, że Bóg może stać się człowiekiem i zstąpić na sam dół ludzkiego istnienia, aż po cierpienie i śmierć.
Chrześcijaństwo głosi natomiast, że Bóg rzeczywiście przyjął ludzką naturę, stał się człowiekiem, pozostając jednocześnie Bogiem. Wcielenie jest ogromną tajemnicą. Święty Tomasz określał je mianem tajemnicy objawionej – revelata. Chodzi o to, że musiała ona zostać ludziom objawiona przez Boga. Człowiek sam z siebie nigdy nie byłby w stanie dojść do takiego rozpoznania.
A co ze zmartwychwstaniem?
My, ludzie wierzący, wyznajemy, że Jezus prawdziwie zmartwychwstał, a więc pokonał śmierć. Uczynił to po to, abyśmy również mogli otrzymać nadzieję, a następnie rzeczywiste uczestnictwo w wiecznym istnieniu w Królestwie Bożym.
Dla chrześcijanina zmartwychwstanie całkowicie zmienia zatem jakość ludzkiego życia. Po pierwsze, oznacza, że nie jesteśmy zamknięci w jakiejś pustce po śmierci, lecz otwiera się przed nami perspektywa wieczności. Po drugie, zmartwychwstanie dotyczy wszystkich ludzi, a więc niebo będzie miało wymiar wspólnotowy.
Dlaczego?
Ponieważ Bóg jest wspólnotą, a niebo nie oznacza wyłącznie indywidualnego spotkania człowieka z Bogiem. Jezus często porównywał ten radosny stan do uczty weselnej. W tej metaforze jest coś niezwykle ważnego: spotykamy się razem, poznajemy wzajemnie, uczestniczymy we wspólnym szczęściu.
Lubię również na własny użytek posługiwać się pewną metaforą. Wyobrażam sobie, że niebo, które zostanie nam dane, jeżeli tego będziemy chcieli jako ludzie wolni, będzie przypominało ocean nieustannie poruszany nowymi przeżyciami. Będzie to zupełnie nowa jakość istnienia.
Niebo jako nieskończone poznawanie Boga. Co czeka człowieka po śmierci?
Jak odczytywać tę metaforę?
Święty Augustyn zwracał uwagę, że nasza ludzka pasja poznawania nigdy się nie zakończy. Szczęście nieba będzie więc, jak przypuszczam, polegało na nieskończonym poznawaniu tajemnicy Boga. Słynne zdanie świętego Pawła o oglądaniu Boga twarzą w twarz nie musi, przynajmniej w moim rozumieniu, oznaczać jakiegoś całkowitego poznania Jego istoty.
Bóg dla stworzenia pozostanie zawsze Bogiem, a my zawsze będziemy ludźmi, również po zmartwychwstaniu. Nasza natura nie przestanie być ludzką naturą. Wydaje mi się, że to dobra perspektywa. Nie chodzi o to, by człowiek przestał być człowiekiem, lecz by mógł bez końca poznawać i miłować Boga.
Skoro mówimy o wieczności, nie sposób pominąć pytania o piekło. Czy ono rzeczywiście istnieje? Czy jest miejscem, stanem ducha, a może przede wszystkim możliwością, którą człowiek sam wybiera?
Piekło istnieje, ale trzeba zapytać, co właściwie oznacza. W pewnym sensie jest możliwością całkowitego zerwania więzi człowieka z Bogiem. Można powiedzieć, że jest to sytuacja, w której człowiek odrzuca Bożą miłość.
U Dostojewskiego wolność dana ludziom przez Chrystusa jest zarówno blaskiem, jak i nędzą.
Bóg nie odbiera nam wolności. Nie bierze nas za rękę i nie mówi, co mamy robić. Nie buduje za nas naszej kultury, domów, samochodów czy dzieł sztuki. Stworzył nas jako osoby wolne, obdarzone rozumem i wolą, a więc zdolne do wybierania dobra albo zła.
Czy człowiek może tak bardzo zamknąć się w swoim wewnętrznym uporze, że na wieczność odrzuci wszelki kontakt z Bogiem? Czy może naprawdę nie chcieć już nigdy spotkać się z Tajemnicą, którą nazywamy Bogiem?
W teologii taka postawa wiąże się z pojęciem grzechu przeciwko Duchowi Świętemu. Jan Paweł II w jednej ze swoich książek postawił jednak ważne pytanie: czy rzeczywiście istnieją ludzie, którzy do końca, z pełną świadomością, chcieliby pozbawić się możliwości kontaktu z Bogiem? Papież pozostawił tutaj znak zapytania. Ja również go stawiam.
Zmartwychwstanie jest przecież wielkim znakiem, który domaga się wiary. Z perspektywy chrześcijańskiej oznacza największe ludzkie szczęście, swoisty antropologiczny cud. Mimo naszych słabości, mimo zła, które sobie wyrządzamy, mimo wojen i cierpienia, które zadajemy innym, zmartwychwstanie przezwycięża wszystko, co złe w ludzkiej naturze i ludzkiej wolności.
Jestem przywiązany do pewnej hipotezy: zmartwychwstanie, które dokonuje się po śmierci, ukaże każdemu człowiekowi, co naprawdę znaczyło być człowiekiem. Za życia nie potrafimy tego do końca rozpoznać. Jesteśmy tajemnicą nawet dla samych siebie. Nie posiadamy klucza, który pozwoliłby nam otworzyć własne serce, a tym bardziej serce drugiego człowieka. Możemy jedynie przesyłać sobie znaki, próbować się porozumieć i sprawdzać, czy rzeczywiście się rozumiemy.
Zmartwychwstanie otwiera więc przed człowiekiem możliwość pełnego poznania własnego życia, jego sensu i wszystkich jego wymiarów. Otwiera również drogę do nieustannego poznawania Boga i miłowania Go.
Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny. Skąd bierze się polska pamięć o zmarłych?
1 listopada odwiedzamy cmentarze, zapalamy znicze, przynosimy kwiaty, porządkujemy groby. Co właściwie oznaczają te gesty? Czy są wyrazem miłości do tych, którzy odeszli, czy może również próbą obrony przed przemijaniem? Co roku powracamy na cmentarze, jakbyśmy chcieli potwierdzić, że więź ze zmarłymi nie została zerwana. Polska tradycja jest pod tym względem wyjątkowa. Obcokrajowcy często zwracają uwagę na pieczołowitość, z jaką dbamy o groby naszych bliskich. Skąd bierze się ta szczególna wrażliwość?
Zgadzam się. Polska tradycja w tym względzie jest wyjątkowa. Wiąże się to przede wszystkim z perspektywą religijną i chrześcijańską. W krajach, w których chrześcijaństwo traci znaczenie albo wręcz zanika, stopniowo zanikają również tego rodzaju sposoby zachowania wobec tych, którzy odeszli.
Warto zatem przypomnieć historię naszej tradycji. Uroczystość Wszystkich Świętych ma bardzo dawne korzenie. Początkowo wspominano przede wszystkim wszystkich męczenników, którzy oddali życie za Chrystusa. Na Wschodzie takie obchody pojawiły się już w IV wieku, choć ich termin nie był wszędzie jednakowy. W Antiochii święto obchodzono w niedzielę po uroczystości Zesłania Ducha Świętego, w Edessie natomiast w maju.
W Rzymie uroczystość nabrała szczególnego znaczenia za pontyfikatu papieża Bonifacego IV. Za zgodą cesarza zamieniono wówczas pogański Panteon w kościół poświęcony Najświętszej Maryi Pannie i wszystkim męczennikom. W ten sposób dawna świątynia otrzymała nowe, chrześcijańskie znaczenie, a pamięć o męczennikach zaczęła być obchodzona w sposób szczególnie uroczysty.
Z czasem święto rozszerzało się na kolejne kraje. Około VIII wieku obchodzono je już 1 listopada w Irlandii, Bawarii i niektórych kościołach Galii. Za pontyfikatu Grzegorza IV, przy poparciu cesarza Ludwika Pobożnego, uroczystość została rozszerzona na cały Kościół zachodni. W ten sposób lokalne święto rzymskie stało się uroczystością powszechną.
Początkowo najważniejszy był kult męczenników, którzy oddali życie za Chrystusa. Później objął on także innych świętych – ludzi, którzy naśladowali Jezusa w codziennym postępowaniu. Dzisiaj uroczystość Wszystkich Świętych ma charakter uniwersalny. Kościół oddaje cześć zarówno męczennikom, jak i wyznawcom, wszystkim tym, którzy osiągnęli świętość.
A następnego dnia przychodzi czas Zaduszek. To święto ma nieco inną wymowę. Nie wspominamy już wyłącznie tych, którzy osiągnęli świętość, lecz modlimy się za wszystkich zmarłych.
Dzień Zaduszny pojawił się w kalendarzu liturgicznym stosunkowo późno. Sama idea tego święta wywodzi się ze środowisk zakonnych. Reguła świętego Izydora z Sewilli, pochodząca z VII wieku, zalecała modlitwę za wszystkich zmarłych w poniedziałek po uroczystości Zesłania Ducha Świętego.
W obecnej formule Dzień Zaduszny został wprowadzony przez świętego Odylona, opata klasztoru w Cluny. Klasztor ten promieniował wówczas swoim oddziaływaniem na całą chrześcijańską Europę. Odylon zarządził, aby 2 listopada modlić się za wszystkich zmarłych, bezpośrednio po uroczystości Wszystkich Świętych.
Kościół raduje się więc nie tylko świętymi, lecz pamięta również o tych wszystkich, którzy odeszli z tego świata i pozostają objęci łaską Bożego miłosierdzia. Modlimy się za zmarłych, których wiarę zna jedynie Bóg, za wszystkich, którzy opuścili ziemskie życie.
A jeśli nie jesteśmy dotknięci łaską wiary?
To także moment, w którym stawiamy sobie zasadnicze pytania egzystencjalne. Wydaje mi się, że szczególnie dzisiaj, kiedy jesteśmy pochłonięci gwałtownymi przemianami rzeczywistości, potrzebujemy chwili namysłu nad sensem, celem i znaczeniem własnego życia.
Powinniśmy zapytać samych siebie, co trzeba zrobić, aby świat dzięki naszej obecności stawał się choć odrobinę lepszy. Jak żyć, by zasłużyć na wieczne spotkanie z Bogiem? To pytania niezwykle cenne. Nie musimy ich sobie zadawać, ale możemy. I właśnie na tym, jak sądzę, polega nasza wolność.
Może zainteresuje Cię również:

