Reklama
Reklama
Reklama

Nord Stream. Tak Niemcy pomogły Putinowi podzielić Europę

TYLKO NA
nord-stream-1-grafika-selection
Nord Stream 1 od początku promowano jako projekt „europejski”, choć w praktyce służył przede wszystkim interesom Niemiec i Rosji (fot. Getty Images)

Jak zbudowano polityczny i marketingowy mur wokół Nord Stream 1? Fragment książki „Nord Stream za wszelką cenę” pokazuje, jak „europejskość” stała się parawanem dla niemiecko-rosyjskiego interesu gospodarczego, a Polska i Ukraina od początku przegrywały spór o alternatywny przebieg gazociągu.

Fragment książki „Nord Stream za wszelką cenę. Anatomia gazowego przymierza” autorstwa Bartosza Bieliszczuka i Ernesta Wyciszkiewicza, wydawnictwo Prześwity, Warszawa 2026.

Nord Stream 1, czyli szycie europejskiego garnituru na niemiecką miarę

Mówimy Nord Stream, widzimy podwodny gazociąg i starannie zespawane rury z wysokogatunkowej stali. I dziwimy się nieco, jak to się stało, że racjonalni Niemcy powiesili na ścianie otrzymaną od Rosjan strzelbę, zapominając, że – jak u Czechowa – musiała w końcu wystrzelić. Ale zamiast rozważyć różne scenariusze, Berlin oddał się inżynierii politycznej i społecznej. Zamiast obawiać się wspomnianej strzelby, zbudowano przy niej ołtarzyk i oddawano hołd w postaci szeroko zakrojonej kampanii lobbingowej. Specjaliści od politycznego marketingu zaproponowali kilka pomysłowych narracji.

Ryzyko wojny z Rosją. Co naprawdę nam grozi?

Reklama
Reklama

Na pierwszy ogień poszła „europejskość” i dążenie do jej zadekretowania za pomocą prawnych zaklęć i instytucjonalnych pieczęci. Następnie Niemcy wraz z powstającym konsorcjum zaczęły wyposażać projekt w „europejską misję”. Okoliczności były sprzyjające. W dokumentach i komunikatach rządziły „dialog” i „współzależność”. Gdy ktoś podnosił zarzuty polityczne, zwolennicy uciekali w narrację o „projekcie komercyjnym” realizowanym przez i za pieniądze korporacji.

Gdy pojawiał się problem rosyjskiej wiarygodności, lobbyści odwoływali się do pragmatyzmu i „budowania mostów”, żeby tworzyć kontrast dla rzekomych środkowoeuropejskich uprzedzeń i emocji.

Niemcy sprawnie się poruszali po tym terenie. Świadomi możliwych kontrowersji skupili się na takim kształtowaniu komunikacji, aby partykularne interesy udziałowców oblec w europejskie szaty, a zarzuty przeciwników sprowadzić do poziomu narodowych egoizmów. W rezultacie udało im się przenieść ciężar dyskusji poza politykę, a tym samym rozmyć odpowiedzialność, od której po rosyjskiej inwazji na Ukrainę w 2022 r. niemal wszyscy próbują się wymigiwać.

Opowieść o Nord Stream 1 skupia się na informacyjnym spektaklu, promującym gazociąg jako projekt z gruntu europejski, wzmacniający bezpieczeństwo energetyczne, cywilizujący Rosję dzięki współzależności, opłacalny i komercyjny, apolityczny, a nawet sprzyjający transformacji energetycznej. To, co z dzisiejszej perspektywy brzmi jak katalog słabych wymówek, okazało się skuteczną kampanią w wykonaniu przede wszystkim, choć nie tylko, Niemiec wspieranych przez Rosję i pod osłoną Komisji Europejskiej. Powstał gotowy wykrój pod fazę drugą rozpoczętą w 2015 r.

Reklama
Reklama

W praktyce rzekoma „europejskość” działała tu jak fałszywa metka doszyta do podróbki markowej marynarki, by ukryć, kto tak naprawdę i z jakich materiałów ją uszył oraz na czyją miarę została skrojona. Gazociąg reklamowano jako ofertę specjalną dla całej Europy, tyle że rachunek mieli opłacić wszyscy i to bez możliwości reklamacji, a korzystać – tylko nieliczni.

Najpierw zrekonstruujemy argumenty zwolenników (tak, jak brzmiały w Berlinie i na forum UE), a następnie pokażemy, jak były „europeizowane” i jak „europejskość” służyła maskowaniu narodowego interesu, głównie Niemiec.

Tusk ostrzega przed Rosją. Tak europejskie media oceniają zagrożenie dla NATO

Początki

„Europejskość” zaczęła kiełkować, jeszcze zanim Nord Stream 1 stał się marką. Protoplasta bałtyckiej rury (Northern Trans-European Pipeline) znalazł się w aneksie do wspólnego oświadczenia przewodniczących Rady Europejskiej i Komisji oraz prezydenta Rosji z października 2001 r. jako projekt będący przedmiotem wspólnego zainteresowania. W tekście pojawił się jeszcze wtedy passus o uznaniu przez Rosję za priorytetową również rozbudowy gazociągu jamalskiego, biegnącego przez Białoruś i Polskę. W marcu 2002 r. Komisja nawoływała do ścisłej współpracy między państwami członkowskimi i europejskim biznesem, aby nakłaniać Rosję do udziału w projektach poprawiających bezpieczeństwo dostaw do UE.

Reklama
Reklama

Z dzisiejszej perspektywy brzmi to dość kuriozalnie, ale warto pamiętać, że wtedy jeszcze spokojny i powściągliwy Putin po chaotycznym i chwiejnym Jelcynie wzbudzał więcej nadziei aniżeli obaw. W tym czasie Rosjanie decydowali, którą z opcji wybrać: „pieremyczkę”, która miała zastąpić planowaną drugą nitkę gazociągu jamalskiego, czy też wciąż jeszcze mocno hipotetyczną bałtycką rurę. Polska zgodziła się na wstępne rozmowy na temat „łącznika”, lecz proponowała inny jego przebieg – przez Stalową Wolę i Śląsk – tak aby rurociąg mógł służyć także krajowym odbiorcom.

Incydent na lotnisku w Lipsku. Niemcy wskazują na Rosję

Rosyjski wariant sprowadzał się jednak do tranzytowej przewiązki z Białorusi na Słowację, której celem było wyłącznie ominięcie Ukrainy i osłabienie jej pozycji względem Moskwy. Warszawa nie zgodziła się na ten wariant. Gazprom zwrócił się więc ku opcji bałtyckiej wspieranej przez Berlin i niemieckie koncerny, które nie miały podobnych skrupułów i przystąpiły do prac mimo zastrzeżeń Polski, Ukrainy i innych państw regionu.

Sojusz Putina i Schrödera

Sercem tego oświadczenia nie była jednak troska o europejski popyt, lecz bardzo konkretna architektura interesów: Gazprom i E.ON miały prowadzić wspólne działania w zakresie wydobycia gazu, budowy gazociągu przez Morze Bałtyckie, rozbudowy infrastruktury sprzedaży rosyjskiego gazu w RFN oraz „w Europie jako całości”, a także realizacji wspólnych projektów w segmencie elektrociepłowni gazowych na rynku europejskim. Współpraca miała więc obejmować cały łańcuch dostaw gazu: od złoża aż do spalania „błękitnego paliwa” w elektrowniach lub elektrociepłowniach.

Szczególnie interesujące jest zakończenie oświadczenia, gdzie – w pozornie neutralnym języku – pojawia się wprost to, co w kolejnych latach stanie się osią sporu: ograniczanie „ryzyka pozahandlowego” i usuwanie przeszkód na poziomie europejskim, które mogłyby utrudniać realizację projektów. Do tej bardzo pojemnej kategorii można wrzucić protesty krnąbrnych sąsiadów, spór o solidarność, opór państw bałtyckich i Polski, a nawet wątpliwości w sprawie gazociągu rodzące się ze znacznym opóźnieniem w Komisji Europejskiej. W tej frazie mieści się przyszła praktyka: dla Berlina problemem nie było to, czy gazociąg bałtycki dzieli Europę, tylko to, by podział nie zablokował inwestycji. Z kolei Moskwa liczyła, że rękami Niemiec ominie większość raf i przy okazji wbije klin pomiędzy państwa Unii.

Reklama
Reklama

Polityczny kontekst zbliżenia był równie ważny jak gospodarczy. Schröder nie udawał dystansu; do historii przeszła jego rozmowa z dziennikarzem ARD w listopadzie 2004 r., gdy pytany, czy uważa Putina za „demokratę bez skazy”, bez wahania odpowiedział twierdząco, dodając „I wierzę Putinowi, i jestem też przekonany, że chce on uczynić z tego kraju porządną demokrację i że to zrobi; taką, która może nie spełni wszystkich oczekiwań jego krytyków, ale nasze już tak”. Rosjanie nie pozostawali dłużni. W marcu 2005 r. Siergiej Ławrow podkreślał, że współpraca z Niemcami wyprzedza dialog z innymi czołowymi partnerami europejskimi w wielu sferach i stanowi dla nich „wyraźny drogowskaz”.

Iran deklaruje gotowość otwarcia cieśniny Ormuz. Stawia warunki USA

W kwietniu 2005 r., gdy Rosja została gościem honorowym targów w Hanowerze (politycznej kolebce Schrödera, skąd pochodzi także wielu jego bliskich współpracowników, takich jak Frank-Walter Steinmeier czy Sigmar Gabriel), przywódcy obu państw spijali sobie słowa z ust na temat nieograniczonych perspektyw wzajemnych relacji i zawierali wstępne porozumienia dotyczące gazociągu. Strony wydały kolejne wspólne oświadczenie – dokument, który już jawnie łączył trzy wątki w jedną opowieść: czterdzieści lat niezwykle udanych relacji energetycznych, długoterminowe strategiczne partnerstwo oraz korzyści „dla całej Europy”.

Reklama
Reklama

Projekt Gazociągu Północnoeuropejskiego (to jeszcze czas, gdy nasz bohater występuje pod wieloma imionami) został opisany jako inwestycja, która „uzupełni i zdywersyfikuje” istniejącą sieć gazociągów. Strony podkreśliły „konieczność prowadzenia skoordynowanej polityki energetycznej” i wspólnotę interesów przyozdobioną europejską retoryką.

Ropa tanieje, ale na stacjach tego nie widać. Jakie ceny paliw w tym tygodniu?

To ważna zmiana narracji. Projekt bałtycki, do tej pory wykorzystywany jako karta przetargowa wobec Polski i Ukrainy, ewentualnie jedna z możliwych opcji przesyłu, zaczął być traktowany jako kręgosłup niemiecko-rosyjskich ambicji gospodarczych. Działo się to na tle pomarańczowej rewolucji na Ukrainie po fiasku próby instalowania w Kijowie prorosyjskiego prezydenta w 2004 r. Szukanie obejścia Ukrainy już nie było jednym z wielu scenariuszy, ale stało się strategicznym wyborem, którego stawką był nie tylko gaz, ale kontrola nad układem naczyń łączących dostawy gazu po odpowiedniej cenie z presją polityczną i dzieleniem państw UE na uprzywilejowanych i dyskryminowanych.

W 2005 r. Gazprom przemianował przedsięwzięcie na North European Gas Pipeline i rozpoczął prace studialne nad wykorzystaniem projektu do dostaw na nowe rynki (Dania, Holandia, Wielka Brytania). W tym samym roku formalnie dołączyły do niego niemieckie firmy, a we wrześniu Putin i Schröder firmowali korporacyjne porozumienie o budowie. A wkrótce potem były kanclerz dostał posadę w zarządzie konsorcjum: odebrał więc zapłatę w świetle reflektorów bez konieczności wymiany kopert pod stołem. Wysłał przy okazji silny sygnał, że nad projektem rozpostarty jest polityczny parasol.

Reklama
Reklama

Wrze na Bliskim Wschodzie. Trump skrócił weekend, Iran zapowiada ataki

Gdy podpisywano porozumienie, Siergiej Ławrow publikował laudację na cześć rosyjsko-niemieckich relacji w znamiennym tonie: „Dziś z pełnym przekonaniem można stwierdzić, że rosyjsko-niemieckie partnerstwo strategiczne rzeczywiście stało się pozytywnym, stabilizującym czynnikiem w przestrzeni euroatlantyckiej. U jego podstaw leżą wzajemne zaufanie, szczerość, poszanowanie interesów drugiej strony oraz orientacja na przyszłość. Cechy wyróżniające to: odpowiedzialność, otwartość, elastyczność, uwzględnianie wzajemnych interesów, przejrzystość i otwartość wobec partnerów oraz sąsiadów. Najważniejsze charakterystyki to wielowymiarowość, głębia, intensywność i rozbudowanie więzi we wszystkich obszarach. […] Na przyjaźni i współpracy rosyjsko-niemieckiej korzysta cała Europa”.

Wszystko układało się po myśli Moskwy i Berlina. Ten polityczny kontekst pozwala lepiej zrozumieć niemiecką determinację w dążeniu do realizacji flagowej bałtyckiej inwestycji, zarówno w sensie symbolicznym, jak i materialnym. Pojawił się problem: jak zneutralizować tych w UE, którzy nie kwapili się z uznaniem gazociągu za emanację europejskości, co zrobić, aby nadać mu miano przedsięwzięcia „ponad wszelką wątpliwość europejskiego”, takiego, którego podważać nie wypada. Otóż uznano, że trzeba sprawę „zalegalizować”.

Reklama
Reklama