Reklama
Wojsko

Przeciwlotnicza tarcza w starciu z masą dronów i rakiet. Polskie miasta są bezbronne?

Wiceszef Agencji Uzbrojenia gen. Michał Marciniak przyznał na antenie Polsat News, że obecnie duże polskie miasta nie są chronione przez systemy antyrakietowe. Słowa wojskowego wywołały, nieprzypadkowo, wielkie poruszenie. Warto jednak przyjrzeć się wnioskom z wojny rosyjsko-ukraińskiej i walk na Bliskim Wschodzie.

Michał Bruszewski
Opinia autorstwa: Michał Bruszewski
Dzisiaj 05:52
8 min
System Patriot. (fot. Karolis Kavolelis / Shutterstock)
TYLKO NA

Generał Marciniak stwierdził, że nie chronimy polskich miast, bo „nie mamy rozstawionych wokół nich systemów” i że „jest lista priorytetów”. – To państwo musi podjąć decyzję, co jest kluczowe – wskazywał w Polsat News.

Stoi to w sprzeczności z doświadczeniami wojny rosyjsko-ukraińskiej i operacji na Bliskim Wschodzie, bo właśnie finalnie to miasta tam są chronione.

Na słowa generała Marciniaka zareagowało Ministerstwo Obrony Narodowej. „Obrona powietrzna Polski nie polega na stałym rozmieszczeniu baterii rakietowych wokół każdego dużego miasta. Jest to system zintegrowany, którego elementy są rozmieszczane i wykorzystywane adekwatnie do aktualnej sytuacji, oceny zagrożeń oraz priorytetów obronnych państwa” – podkreśliło MON w swoim komunikacie.

Reklama
Reklama

Cofnijmy się kilka lat wstecz. W 2023 r. Warszawa była pod parasolem Patriotów.

Już nie jest.

Ochrona cywilów to podstawa

Zacznijmy od tego, że wojna rosyjsko-ukraińska, w której Rosja – jak dotąd – użyła dziesiątek tysięcy Shahedów i tysięcy rakiet – pocisków balistycznych i manewrujących – potwierdziła, jak ważna jest obrona przeciwlotnicza.

Podkreślmy: w miastach chroni się cywilów, dlatego to jest takie ważne. Nie trafia do mnie argument, że chroni się wybiórcze strategiczne obiekty, a nie miasta, bo przecież w miastach też jest infrastruktura krytyczna, dowództwa, zakłady przemysłowe. Wojnę toczy całe państwo. Nie są to zarzuty do wojskowych, bo oni wypełniają dyspozycje polityków. Finalnie, widząc materiały ze współczesnych wojen, widzimy wszelako, że w dużej mierze ochrania się właśnie miasta. 

Tylko w lipcu 2026 r. lotnictwo i obrona przeciwlotnicza Ukrainy podczas odpierania zmasowanych ataków Rosji przechwyciły ponad 5 tys. dronów uderzeniowych, 187 pocisków manewrujących oraz 29 rakiet balistycznych. Łącznie ukraińska obrona powietrzna zniszczyła lub zneutralizowała ponad 5 tys. celów. Zaznaczmy: z 9 tys.

Polska jest obiektem hybrydowych ataków ze strony Rosji i raz na jakiś czas poprzez prowokacje testuje ona nasz system odporności państwa. Ukraina nie jest też w stanie zestrzeliwać wszystkich obiektów latających, bo w tak zwanych atakach saturacyjnych właśnie chodzi o to, żeby przeładować obronę przeciwlotniczą Ukrainy – mówiąc wprost, Rosja wystrzeliwuje tak wiele dronów i rakiet, że ukraińska OPL-ka musi wybierać. To samo spotkało Izrael w czasie ataków odwetowych Iranu. Część tych obiektów leci więc dalej.

Reklama
Reklama

Warto wspomnieć, że w polską przestrzeń powietrzną w ostatnim czasie wleciał pocisk manewrujący Ch-101 i zdetonował na polu w miejscowości Tarnawa-Kolonia. Z kolei w nocy z 9 na 10 września 2025 r. do Polski wleciało ponad 20 dronów Gerbera imitujących Shahedy.

Oba wydarzenia pokazały, że choć jesteśmy uzbrojeni w nowoczesną broń, to kuleją procedury i komunikacja ze społeczeństwem.

Wojsko ma zdolności do obrony polskiego nieba, posiada nowoczesną broń, może nie w liczbie, której bym sobie życzył, ale jest zdolne do zestrzeliwania rosyjskich rakiet i dronów. Pytanie nie brzmi więc, czy jesteśmy w stanie, bo jesteśmy, ale czy na zestrzeliwanie takich obiektów jako manifestację siły – co robi np. Rumunia – gotowe są nasze polityczne elity.

Ku mojemu zaskoczeniu w komunikacie Ministerstwa Obrony Narodowej nie wspomniano słownie o lotnictwie, a przecież to ono oprócz wielu poziomów powstającej polskiej Tarczy Powietrznej z Wisłą, Narwią, Pilicą i Sanem wykonuje misje obrony przeciwlotniczej kraju. To nasi lotnicy.

Co z wojskowym lotnictwem?

Co dzieje się, gdy dochodzi do naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej? Podrywane są dyżurne myśliwce. Mamy ponad 40 wysłużonych F-16, a przesiadamy się docelowo na 32 F-35 Husarz. Notabene w nocy z 9 na 10 września 2025 r. stacjonujący w Polsce holenderski myśliwiec F-35 zestrzelił rosyjskiego drona naruszającego polską przestrzeń powietrzną. Da się? W wojnie koszt-efekt to sytuacja absurdalna, ale pokazuje, że lotnictwo nasze oraz sojusznicze jest zdolne do takich misji. Tak zafiksowano się na Patriotach, że zapomniano o lotnictwie.

Reklama
Reklama

A teraz przejdźmy do polskiej „Żelaznej Kopuły”, czyli do Powietrznej Tarczy Polski. Tarcze mamy cztery: Wisła, Narew, Pilica oraz San. Za najwyższy poziom – nazwijmy go strategicznym, powyżej 100 kilometrów – odpowiadają dwie baterie Patriot (docelowo będzie ich osiem) z programu „Wisła”.

To oczywiście za mało, a przecież niedawno oddaliśmy kilka przeciwpocisków PAC-3 Ukrainie i rozważane jest przekazanie kolejnych. Pojawia się więc argument, że gdybyśmy owych przeciwpocisków nie oddali, to może rosyjska rakieta by w lipcu do Polski nie wleciała.

I tutaj warto zaznaczyć, że argument z rosyjską rakietą Ch-101 nie jest – nomen omen – trafiony. Dlaczego? Ch-101 naruszyła polską przestrzeń powietrzną, a mogłaby przy pomocy polskich pocisków w ukraińskich rękach być wcześniej zestrzelona. Argument ten jest jednak zagadkowy, ponieważ był to pocisk manewrujący, który na Ukrainie zestrzeliwuje się najczęściej inną amunicją i innymi systemami, bo Patrioty to srebra rodowe, to unikat, który zachowuje się na walkę z najgorszym przeciwnikiem, czyli rakietami balistycznymi. Jak sama nazwa wskazuje, atakującymi po krzywej balistycznej.

Ponadto przed tym naruszeniem polskiej przestrzeni powietrznej przekazano Ukrainie pociski do Patriotów, tak? Jednak z powodu wojny rosyjsko-ukraińskiej i wojny na Bliskim Wschodzie występuje niedobór wspomnianych przeciwrakiet PAC-3, dlatego przekazywanie ich Ukrainie z polskiego arsenału budzi takie kontrowersje. Do Patriotów zakupiliśmy ponad 200 pocisków PAC-3 MSE.

Nie tylko Patrioty

Wróćmy do naszej tarczy powietrznej. Na poziomach taktycznych znajdują się coraz niżej Narew oraz mała Narew, zasięg między 25 a 45 kilometrów. Jest to obrona przeciwlotnicza bazująca na brytyjskiej rodzinie pocisków CAMM/CAMM-ER. Niżej – Pilica oraz Pilica+ – czyli system bezpośredniej osłony przeciwlotniczej, dokładniej PSR-A Pilica, polski przeciwlotniczy system rakietowo-artyleryjski bardzo krótkiego zasięgu.

Reklama
Reklama

Tutaj warto powiedzieć kilka słów o rodzimym zestawie przeciwlotniczym Piorun, który wyśmienicie sprawdził się na Ukrainie. I PSR-A Pilica, i samobieżny przeciwlotniczy zestaw rakietowy Poprad, są także uzbrojone w Pioruny. Pioruny to także wyrzutnie MANPADS, czyli jeden żołnierz wystrzeliwuje z ramienia pocisk w cel.

I najniższy – i zarazem najnowszy – poziom to SAN, czyli System Antydronowy. To najnowsza, czwarta tarcza, stworzona jako rozwiązanie pod wojnę koszt-efekt, by za dronami ze sklejki nie latał F-35. Koncentruje się na niskokosztowym strącaniu dronów nieprzyjaciela. Korzystamy tutaj i z doświadczeń Ukrainy, i z USA, bo Polska zamówiła system antydronowy MEROPS.

I choć dedykowany do walki przeciwpancernej, to w obronie przeciwlotniczej może służyć także AH-64 Apache, których Polska będzie miała 96, będąc drugim po USA użytkownikiem tego śmigłowca uderzeniowego. Na Ukrainie także śmigłowce w misjach pościgowych zestrzeliwują rosyjskie drony. Jestem sceptyczny wobec takich działań, ale są one wykonalne. 

Podsumowując, z doświadczeń wojny rosyjsko-ukraińskiej i wojny amerykańsko-irańskiej wynika, że Patrioty to broń przeciwlotnicza, którą zachowuje się na najgroźniejsze pociski balistyczne przeciwnika. Do wrogich dronów, samolotów, śmigłowców czy nawet pocisków manewrujących raczej strzela się z innych systemów i innej amunicji. Bezpieczeństwo polskich miast zależy więc od czterech poziomów obrony przeciwlotniczej i lotnictwa wojskowego jako takiego, ale także na jaką skalę ataków przeciwnika jesteśmy przygotowani i od tego, czym przeciwnik w nas strzela.

Wojsko przygotowuje się na godzinę „W” i do tego się szkoli. Dlatego musi być też przygotowane na saturacyjne ataki przeciwnika, a do tego potrzeba nie tylko ośmiu baterii Patriot z pełnym zapasem amunicji, ale także arsenału dronów-interceptorów. Warto też mieć jasną komunikację z obywatelami, co i jak jest chronione, by czuli się bezpiecznie.

Źródło: Zero.pl
Michał Bruszewski
Michał BruszewskiDziennikarz