W warunkach rosnącego zagrożenia ze strony Federacji Rosyjskiej jako państwo zdecydowaliśmy się przeznaczyć w 2026 r. na polskie siły zbrojne ponad 200 mld zł. Cel wydatkowania tych pieniędzy jest stosunkowo prosty: odstraszenie naszego potencjalnego przeciwnika, jakim jest Rosja.
Samo odstraszanie jest skomplikowanym procesem, który obejmuje szereg niuansów logiki strategicznej. W największym skrócie, logika zakłada budowę takiej odporności państwa, aby w kalkulacjach przeciwnika przeważało przekonanie, że atak przyniesie mu więcej strat niż korzyści.
Abyśmy jednak mogli zasiać ziarno wątpliwości co do powodzenia ataku, przeciwnik musi czuć się odstraszony. Temu służą właśnie między innymi programy zbrojeniowe, na które wydajemy prawie 5 proc. PKB. Wydatkowanie środków budżetowych na same systemy uzbrojenia stanowi jedynie część tego, czego potrzebujemy w ramach skutecznego odstraszania.
Zanim jednak system odstraszania definitywnie zawiedzie, a przeciwnik zdecyduje się na atak, następuje faza testowa. Przeciwnik inicjuje wówczas działania, aby sprawdzić naszą reakcję. Tak też się stało z końcem ubiegłego miesiąca, kiedy Rosjanie skierowali swój pocisk rakietowy Ch-101 na pole w województwie lubelskim.
Rozważania o tym, czy było to celowe działanie Moskwy – co zostało potwierdzone przez ekspertów – czy też przypadkowe zboczenie pocisku rakietowego z kursu, nie są istotne. W warunkach, w których nasz główny przeciwnik prowadzi wojnę za naszą granicą, każde naruszenie naszej suwerenności musi być postrzegane jako celowe. Jednym z powodów konieczności takiego podejścia jest fakt, że skoro Rosja jest naszym przeciwnikiem, oczywiste jest, iż stajemy się obiektem prób. Testowania naszych procedur, systemów alarmowania ludności, a w wymiarze czysto wojskowym: efektywności zakupionych przez nas systemów militarnych.
Rosyjski test
Sposób, w jaki przeszliśmy ten egzamin, pozostawia wiele do życzenia. Zawiodły procedury wojskowe, administracyjne oraz system informowania ludności o zagrożeniu. Z faktami się więc nie dyskutuje. Należy je przyjąć i wyciągnąć z nich wnioski.
W całej tej sytuacji kluczowe jest jednak zwrócenie uwagi na argument premiera Donalda Tuska oraz szefa MON Władysława Kosiniaka-Kamysza dotyczący tego, dlaczego pocisk nie został zestrzelony. Obaj powołali się na skądinąd słuszną argumentację związaną z racjonalną ekonomiką wojenną, czyli koniecznością przeprowadzenia rachunku opłacalności zużycia amunicji. Wskazali na brak bezpośredniego zagrożenia, ponieważ pocisk wybuchł w polu.
Czytaj również: Czy Polska odda Ukrainie kolejne pociski do Patriotów? Wiceminister zabrała głos
Z takim postawieniem sprawy trudno polemizować. Nie ma państwa na świecie, które zdecydowałoby się na zestrzelenie każdego pocisku naruszającego jego suwerenność. Nie robi tego żadne państwo, nawet Izrael, jeśli wie, że pocisk spadnie na niezamieszkany obszar pustyni Negew. W takiej sytuacji następuje po prostu rachunek kosztów.
Jednak w silnym państwie, jakim jest Izrael, takie sytuacje nie pozostają bez reakcji. Jeśli pocisk naruszy izraelskie terytorium, odpowiedź Izraela z reguły nie jest symetryczna, lecz eskalacyjna. Chodzi o to, by przeciwnik wiedział, że może zadać cios, ale musi liczyć się z tym, że odpowiedź będzie znacznie silniejsza. Takie podejście jest odzwierciedleniem modelu odstraszania poprzez karę, czyli odstraszania przeciwnika przez zadanie mu bólu, jeśli ten zdecyduje się na wrogie działania.
Państwo polskie nie praktykuje tego modelu. Wraz z rozwojem polskich zdolności wojskowych przyjęliśmy model odstraszania przez uniemożliwienie, czyli budowanie takich zdolności obronnych, które mają stanowić swoistą tarczę chroniącą nas przed „strzałami” przeciwnika. W tej logice jesteśmy na tyle silni, by odeprzeć atak.
Fundament polskiego nieba
Problem z przyjętym przez Polskę modelem pojawia się wraz z próbą zastosowania go w praktyce wobec wyzwań współczesnego pola walki. Wyzwania te są od 2022 r. codziennie demonstrowane na Ukrainie oraz w trakcie III wojny w Zatoce Perskiej.
Oba konflikty mają swoją unikalną specyfikę, jednak łączy je wspólna cecha, która generuje globalny trend wykorzystania ogromnej liczby tanich środków dalekiego rażenia – przede wszystkim w postaci dronów i pocisków rakietowych.
O skali tego zjawiska najlepiej świadczą liczby. Od 2022 r. Rosja użyła ponad 13 tys. pocisków rakietowych różnego typu, w tym ponad tysiąca pocisków balistycznych, a także ponad 140 tys. dronów typu Shahed i ich rosyjskich odpowiedników.
W przypadku irańskiej odpowiedzi na amerykańskie ataki Teheran, prowadząc działania wymierzone w cały region Bliskiego Wschodu, od lutego wystrzelił ponad 2 tys. pocisków balistycznych oraz ponad 5 tys. dronów. Liczby te nie uwzględniają ataków przeprowadzanych przez irańskich pełnomocników regionalnych: Hezbollahu, irackich milicji i jemeńskich Huti.
Wobec tak zatrważającej liczby użytych środków konieczne jest zbudowanie efektywnego systemu obrony powietrznej. Właśnie dlatego Wojsko Polskie zdecydowało się na rozwój systemu wielowarstwowego. Za obronę przed jednym z najpoważniejszych zagrożeń, czyli pociskami balistycznymi, odpowiada program Wisła, oparty na zestawach Patriot. To właśnie one stanowią fundament obrony polskiego nieba.
Obecnie dysponujemy 16 wyrzutniami, które osiągnęły gotowość w grudniu 2025 r. Same wyrzutnie byłyby jednak niewiele warte bez amunicji. W ramach pierwszej fazy programu pozyskano 208 pocisków PAC-3, stanowiących najbardziej zaawansowany rodzaj amunicji. Z tej liczby pięć pocisków przekazaliśmy Ukrainie w kwietniu. Arsenał mają uzupełnić również starsze pociski PAC-2.
Jednak to pociski PAC-3 są w obecnych warunkach szczególnie istotne, ponieważ stanowią skuteczną zaporę przed atakami pociskami balistycznymi, które sieją tak duże spustoszenie na Ukrainie. W 2026 r. średnie miesięczne użycie tego rodzaju pocisków przez Rosję wynosi około 84 sztuk. Taki poziom zużycia w zestawieniu z miesięczną produkcją wynoszącą ok. 100 sztuk powoduje, że Rosjanie zapewniają sobie dodatkowy zapas, który mogą wykorzystać podczas zmasowanego ataku.
Miesięczna liczba używanych pocisków nie przekłada się jednak bezpośrednio na liczbę pocisków PAC, które muszą zostać wystrzelone w celu ich przechwycenia. W warunkach wojennych, gdy Ukraińcy dysponowali zapasami pocisków do wyrzutni Patriot dostarczanych z Zachodu, do przechwycenia jednego celu wystrzeliwano zazwyczaj dwa lub trzy pociski PAC. Obecnie, w warunkach ich deficytu, często stosują zasadę oszczędności: jeden cel, jeden pocisk.
Jak długo zdołamy się bronić?
Jednak umiejętności ukraińskich operatorów zdobyte dzięki doświadczeniu w ocenie i identyfikacji celów – co przełożyło się na skuteczność przechwytywania pocisków – nie znalazły potwierdzenia podczas operacji „Epic Fury”. Podczas przechwytywania irańskich pocisków amerykańscy i arabscy żołnierze obsługujący systemy Patriot nie szczędzili amunicji. Przeciwko jednemu irańskiemu pociskowi wystrzeliwano nawet osiem pocisków PAC. Brytyjski ośrodek analityczny RUSI opisał sytuację, w której przeciwko pojedynczemu irańskiemu pociskowi użyto nawet jedenastu pocisków przechwytujących.
To właśnie taka praktyka wykorzystania amunicji przeciwlotniczej doprowadziła do znacznego uszczuplenia zapasów magazynowych. Amerykański ośrodek analityczny CSIS, monitorujący stan zapasów pocisków na podstawie informacji o zamówieniach publicznych oraz zużyciu amunicji w toku działań wojennych, podał, że od 28 lutego do 8 kwietnia USA zużyły 1300 pocisków. Do 27 lipca szacowana liczba wzrosła do ponad 1500 pocisków PAC. Zużycie uszczupliło zapasy magazynowe USA o 67 proc. Do tego należy doliczyć amunicję zużytą przez regionalnych arabskich sojuszników USA. Sama Arabia Saudyjska w ciągu pierwszych 39 dni wojny zużyła 2400 pocisków PAC – przed wojną posiadała ich 2800.
Polecamy: Powrót powszechnego poboru do wojska? Polacy niejednoznacznie
Przyjmijmy, że polscy operatorzy wyrzutni Patriot czerpią szerokimi garściami z ukraińskich doświadczeń z ich obsługi. Załóżmy również, że w potencjalnym konflikcie, gdyby wybuchł on jutro, a Rosja nie rozpoczęłaby go od zmasowanego ataku, polscy żołnierze stosowaliby wskazaną wcześniej proporcję dwóch lub trzech pocisków na jeden cel. W takim przypadku nasze zapasy wystarczyłyby na niespełna miesiąc obrony polskiego nieba.
Oczywiście można podważyć powyższą prognozę, wskazując, że jesteśmy członkiem NATO i w przypadku konfliktu cały Sojusz przyszedłby nam z pomocą, a przynajmniej dostarczyłby potrzebną amunicję. Problem z tą amunicją polega na tym, że jej po prostu nie ma.
Zdolności produkcyjne USA
Nasz gwarant bezpieczeństwa, który w ramach NATO współtworzy model odstraszania, ujawnił podczas działań wojennych wobec Iranu swoją największą słabość: ograniczoną zdolność do odtwarzania zużytych zapasów amunicji przez własną bazę produkcyjną.
Słabość nie polega bowiem na tym, że USA nie chcą produkować większej liczby pocisków. Przeciwnie, chcą zwiększać ich produkcję. Jednak nawet przeznaczając na ten cel gros środków, nie są w stanie zwiększyć jej w tempie odpowiadającym skali potrzeb.
Przytoczmy więc liczby. Obecne możliwości produkcyjne pocisków PAC-3 wynoszą ok. 600 sztuk rocznie, z czego około połowa przeznaczana jest na eksport do sojuszników. Pentagon zdaje sobie sprawę z tego problemu i podpisał umowę z Lockheed Martin na zwiększenie produkcji do 2 tys. sztuk rocznie (warto zestawić tę liczbę ze skalą zużycia podczas III wojny w Zatoce). Taki poziom ma jednak zostać osiągnięty najwcześniej w 2030 r.
Problemem nie są pieniądze, lecz czas potrzebny do wyprodukowania jednego pocisku. Ze względu na niezwykle złożony proces produkcyjny, wyprodukowanie jednego PAC-3 wymaga 24 miesięcy. W przypadku produkcji jego silnika, okres sięga już 30 miesięcy. Oznacza to, że amunicja zamówiona dzisiaj, zostałaby dostarczona najwcześniej w połowie 2028 r.
Problemem nie jest również samo wybudowanie jednej fabryki, ponieważ w produkcję jednego pocisku zaangażowanych jest ponad 400 firm dostarczających podzespoły. Co ciekawe, 80 proc. tych dostawców dostarcza swoje podzespoły także do co najmniej jednego innego programu rakietowego. Oznacza to, że zwiększenie produkcji pocisków może prowadzić do konkurencji o te same zdolności przemysłowe, pracowników, maszyny i komponenty z innymi programami, które borykają się z podobnymi problemami.
Czytaj również: Początki ORP Wicher. Ekspert: Okręt droższy niż przewidywano
Sam cykl produkcji nie jest jedynym wyzwaniem związanym ze zwiększaniem zdolności przemysłowych. Nowe zakłady wymagają wykwalifikowanych pracowników, a amerykański sektor obronny ma coraz większe trudności z ich pozyskaniem i utrzymaniem. Skalę tego problemu wskazało w zeszłym roku Politico, publikując reportaż przedstawiający warunki pracy w jednym z zakładów Lockheed Martin. Korporacji, która w 2025 r. wypłaciła akcjonariuszom około 6,1 mld dol. w formie dywidend oraz odkupu własnych akcji. Politico zestawiło skalę tych wypłat, ze szczególnie uderzającą historią wieloletniego pracownika, którego sytuacja finansowa oraz brak alternatyw pracy na lokalnym rynku zmusiły do mieszkania w samochodzie. Jego wynagrodzenie nie pozwalało na wynajęcie mieszkania.
W ten sposób pojawia się kolejne wąskie gardło amerykańskiej mobilizacji przemysłowej. Wykwalifikowanego operatora obrabiarki, montera elektroniki czy innego specjalisty nie można „wyprodukować” szybciej niż silnika rakietowego. Pracownika trzeba znaleźć, wyszkolić, uzyskać dla niego wymagane poświadczenia bezpieczeństwa, a następnie zaoferować mu takie warunki, aby po kilku miesiącach nie odszedł do innego pracodawcy.
Sedno kryzysu
Całość problemów amerykańskiej bazy przemysłowej prowadzi do sedna kryzysu naszego modelu odstraszania. Kupując system Patriot czy jakikolwiek inny z USA, faktycznie kupujemy sprzęt z najwyższej półki. Nie uzyskujemy jednak wraz z nim niezależnej zdolności do prowadzenia długotrwałej wojny. Nasze zapasy amunicji są ograniczone, ich uzupełnianie zależy od amerykańskich zdolności produkcyjnych, które są ograniczone przez potrzeby USA oraz amerykańskiej sieci sojuszników w świecie.
Wojna na Ukrainie oraz wojna z Iranem udowodniły, iż siła militarna nie sprowadza się wyłącznie do zdolności skutecznego przystąpienia do wojny. Kluczowa jest własna zdolność do podtrzymywania wysiłku wojennego poprzez uzupełnianie zużytych zapasów.


