Rząd w 2027 r. nie będzie miał łatwego zadania. Prognozy dotyczące inflacji wskazują na raczej niską waloryzację emerytur i rent, a także na niskie podwyżki płac w budżetówce. Tymczasem przyszły rok będzie też rokiem wyborczym, co może wywierać presję na polityków, by jednak dać obywatelom nieco więcej. Tylko jak to pogodzić z rosnącym deficytem i długiem?

- Rząd Donalda Tuska zaczyna prace nad budżetem na 2027 r. Będzie to rok wyborczy, co sprawia, że koalicja stanie przed nie lada dylematem.
- Na jednej szali znajdują się finanse państwa, które są w kiepskiej kondycji. Na drugiej – nastroje wyborców.
- Jeśli podwyżki płac w budżetówce oraz skala waloryzacji emerytur i rent nie zadowoli obywateli, rząd będzie ryzykował utratę głosów. Z drugiej strony gabinet Donalda Tuska wie, że musi ograniczać wydatki, bo Komisja Europejska patrzy nam na ręce.
Rząd siada we wtorek do prac nad projektem wieloletnich założeń makroekonomicznych na lata 2026-2030. Pod tą skomplikowaną nazwą kryją się kwestie istotne dla wielu Polaków. Te założenia zawierać będą bowiem m.in. prognozy dotyczące inflacji na ten rok i na 2027 r. A prognoza inflacji jest kluczowa, jeśli chodzi o waloryzację rent i emerytur, a także podwyżki w budżetówce. Wchodzimy już tutaj w prace nad budżetem na 2027 r. i określenie poziomu wydatków państwa.
Państwo oszukało młodych lekarzy. „Uczymy się bezsilności”
Szczegóły rządowego dokumentu dopiero poznamy, jednak dostępne już prognozy wskazują, że tegoroczna i przyszłoroczna inflacja raczej wysoka nie będzie. Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW), w 2026 r. wyniesie ona średniorocznie 3,3 proc. (tyle samo ma wynieść w 2027 r.). Z kolei ze specjalnej ankiety przeprowadzonej przez NBP wśród 21 ekspertów (reprezentujących m.in. instytucje finansowe i ośrodki analityczno-badawcze) wynika, że w 2026 r. inflacja w Polsce powinna ukształtować się między 2,3 proc. a 3,5 proc., przy czym tzw. centralna prognoza – tzn. najbardziej prawdopodobny scenariusz rozwoju sytuacji – to 2,9 proc. (na 2027 r. prognoza centralna to 2,7 proc.).
Ważą się losy emerytur i pensji w budżetówce
Sytuacja na Bliskim Wschodzie i związany z nią wzrost cen ropy i gazu sprawia, że przewidywanie poziomu inflacji w 2026 r., jak i w 2027 r., staje się wyjątkowym wyzwaniem. Rząd musi jednak jakąś prognozę wzrostu cen pokazać. I prawdopodobnie przyjmie – z ostrożności – niski wskaźnik inflacji na 2026 r. i na 2027 r. Tu zaczyna się problem dla części obywateli. Dlaczego?
Odpowiedź jest prosta. To właśnie wskaźnik inflacji stał się w ostatnich dwóch latach kluczowym kryterium przy ustalaniu skali podwyżek dla sektora publicznego – a więc dla urzędników i służb mundurowych (w przypadku nauczycieli sprawa wygląda nieco inaczej; dla wzrostu ich wynagrodzeń kluczowa jest ustawa okołobudżetowa).
W zeszłym roku, w pierwotnym projekcie planu wieloletniego, szacowano inflację na 2026 r. na poziomie 3,8 proc. Ostatecznie resort finansów skorygował tę prognozę i przyjął 3 proc. O tyle też wzrosły pensje w budżetówce. Gdyby rząd przyjął prognozę inflacji na 2027 r. na poziomie np. 2,7 proc. i twardo się jej trzymał, przyszłoroczny wzrost wynagrodzeń w tym sektorze będzie jeszcze niższy. Dla pracowników budżetówki to niezbyt dobrze, ale dla rządu oznacza to mniejsze wydatki na wynagrodzenia.
Oczywiście, klamka jeszcze nie zapadła. Na propozycje rządu będą reagować przedstawiciele pracowników i pracodawców w Radzie Dialogu Społecznego, którzy zapewne będą liczyć na to, że przed wyborami parlamentarnymi w 2027 r. rząd Donalda Tuska będzie bardziej skłonny do negocjacji. Ale właśnie – czy będzie?
Deficyt spędza rządzącym sen z powiek
Polska ma problem z wysokim deficytem i rekordowym poziomem długu w relacji do PKB. Na początku kwietnia Główny Urząd Statystyczny (GUS) podał wstępne dane, z których wynika, że oba te wskaźniki pogorszyły się w 2025 r. Deficyt sektora finansów publicznych w stosunku do PKB wyniósł 7,2 proc. (w porównaniu z 6,4 proc. PKB w 2024 r.), a wskaźnik długu sektora finansów publicznych do PKB wyniósł 59,7 proc. wobec 54,8 proc. w 2024 r.
– Z punktu widzenia ekonomicznego, problemem Polski dzisiaj nie są kwestie długu publicznego, a kwestie deficytu – mówi portalowi Zero.pl dr Marcin Wroński, członek Rady Fiskalnej, adiunkt w Kolegium Gospodarki Światowej SGH. – Deficyt sektora finansów publicznych należy do najwyższych w Unii Europejskiej.
Jak to się stało, że weszliśmy na tak wysoki poziom? – Mniej więcej połowa przyrostu deficytu w latach 2022 – 2025 wynika z wyższych wydatków na obronę narodową – tłumaczy dr Wroński. – Podjęliśmy decyzję o radykalnym zwiększeniu nakładów na ten cel (z 2 proc. do ponad 4 proc. PKB, najwyższe nakłady w NATO), ale nie podjęliśmy decyzji o tym, jak te nakłady finansować. W perspektywie kilku lat wzrost wydatków na obronę narodową można finansować deficytem, ale dziś wiemy już, że utrzymanie nakładów będzie konieczne w dłuższej perspektywie. Trzeba zatem szukać dodatkowych źródeł przychodów sektora finansów publicznych.
Rząd między młotem a kowadłem
Nasz kraj został już objęty przez Komisję Europejską procedurą nadmiernego deficytu – to dlatego, że już kilka lat temu przekroczyliśmy unijny próg ostrożnościowy, według którego deficyt powinien wynosić maksymalnie 3 proc. PKB. Komisja, mówiąc kolokwialnie, patrzy nam teraz na ręce. Do 30 kwietnia Polska, podobnie jak wszystkie kraje UE, ma złożyć do Brukseli sprawozdanie z wdrażania średniookresowego planu budżetowo-strukturalnego na lata 2025-2028. To plan, w którym pokazaliśmy, jak chcemy redukować deficyt. Zgodnie z pierwotnymi założeniami Ministerstwa Finansów, miał on spaść poniżej 3 proc. PKB w 2028 r. Powiedzieć, że się na to nie zanosi – to jak nie powiedzieć nic.
– Ministerstwo Finansów chce polepszyć kondycję budżetu państwa, proponując zamrożenie progów podatkowych oraz poprawę ściągalności podatków (m.in. dzięki wejściu KSEF) – zauważa dr Wroński. – W świetle szacunków MFW do 2029 r. wygeneruje to 1-1,5 proc. PKB dodatkowych przychodów. To słuszny krok, ale niewystarczający. Podobnie niewystarczająca jest strategia „wyrastania z deficytu” – notujemy wysoki deficyt mimo dość silnego wzrostu gospodarczego.
– Jak redukować deficyt? Przy jego skali, rozwiązań trzeba szukać zarówno po stronie dochodowej, jak i wydatkowej – wskazuje dr Marcin Wroński. – Istnieje przestrzeń do wzrostu przychodów z podatku PIT, poprzez likwidację preferencji podatkowych oraz wzrost progresywności systemu podatkowego. Czeka nas debata o finansowaniu ochrony zdrowia – sytuacja finansowa NFZ się pogarsza, zarazem postulaty podniesienia składek budzą obawy, że dodatkowe wpływy przełożą się przede wszystkim na wyższe zarobki lekarzy, a nie na lepszą opiekę zdrowotną.
Dziś oszczędzamy, jutro będziemy wyć
Konieczność redukcji deficytu sprawia, że rząd nie może „szaleć” z wydatkami. To nie są dobre wieści także dla emerytów i rencistów. „Wzór” na minimalną podwyżkę świadczeń to wskaźnik inflacji (za ubiegły rok) powiększony o 20 proc. realnego wzrostu płac (także w ubiegłym roku kalendarzowym). Niska zakładana inflacja już „na starcie” wskazuje na planowaną niską waloryzację emerytur i rent (oczywiście, by poznać ostateczną skalę waloryzacji, trzeba poczekać na finalny odczyt inflacji za 2026 r., który poda GUS na początku przyszłego roku).
– Biorąc pod uwagę trudną sytuację fiskalną, przyjęcie konserwatywnych (ostrożnych – przyp. red.) założeń dotyczących inflacji jest słuszną decyzją – wskazuje dr Marcin Wroński. – Gdyby inflacja okazała się niższa od założonej, przychody z podatków byłyby niższe, deficyt zaś większy. Konsekwencją tego założenia jest niższy wzrost rent i emerytur. Jeśli jednak inflacja będzie wyższa, istnieją odpowiednie mechanizmy waloryzacji.
Rząd może zmienić drugą część „wzoru” na waloryzację i zaproponować, że wskaźnik inflacji zostanie powiększony nie o 20 proc. wzrostu płac, a np. o 30 proc. Znowu jednak powstaje pytanie, czy się na to zdecyduje.
Wybory parlamentarne w 2027 r. stawiają gabinet Donalda Tuska w bardzo trudnej sytuacji. Mogą one zachęcać polityków koalicji rządzącej do hojnych gestów wobec wyborców. Ale tę hojność ogranicza kiepski stan finansów państwa.
