„To naprawdę poważna sprawa. Mam na myśli perspektywę krótkoterminową, raczej miesiące niż lata [o ewentualnej agresji Rosji na jedno z państw NATO]” – to Donald Tusk z kwietnia tego roku dla „Financial Times”. Póki co, te słowa nie sprawdziły się, ale ostatnie dni i tygodnie to nasilenie prowokacyjnych działań ze strony Kremla. I wiele wskazuje na to, że będziemy musieli się przyzwyczaić do szeregu takich incydentów, bo Rosja prędko z wojny hybrydowej nie rezygnuje. Ani w wydaniu putinowskim, ani sowieckim – w latach 20. XX wieku Sowieci przez kilka lat przerzucali do Polski terrorystyczne bandy.
Wizyta szefa MON w USA przełożona. „Pilna prośba strony amerykańskiej”
Prowokacje przez mniejsze i większe „P”
Drony trafiające w lokomotywę pociągu z Kijowa do Warszawy i stację benzynową kilka kilometrów od Polski. Dron znaleziony niedaleko Ustki, uzbrojony w głowicę odłamkowo-burzącą wraz z zapalnikiem – zdetonowaną przez polskie służby. Wreszcie NATO-wskie myśliwce zestrzeliwujące drona nad Litwą – pierwsza taka (przynajmniej znana publicznie) interwencja Sojuszu na niebie naszego sąsiada. Ośrodek Studiów Wschodnich stawia sprawę jasno: Putin i jego ludzie dysponują szerokim wachlarzem środków stosowanych w wojnie hybrydowej z Zachodem. Od dezinformacji uprawianej na potęgę w mediach społecznościowych, przez akty sabotażu i cyberataki wymierzone w zakłady zbrojeniowe, elektrownie, wodociągi czy lotniska, po „przypadkowe” przeloty dronów i samolotów bojowych.
Cel? Wywołanie w państwach i społeczeństwach wspierających Ukrainę poczucia ciągłego zagrożenia, skutkującego ograniczeniem pomocy dla Kijowa. A że przy okazji można sprawdzić, na ile można sobie pozwolić wobec systemów obronnych krajów NATO, tym lepiej. Co na to polskie władze? Dotychczas dzielą czas między spieranie się, czy premier faktycznie otrzymał raport od szefa CIA, a merytoryczne, a przynajmniej mogące za takie uchodzić, spotkania w sprawie bezpieczeństwa. I nie da się ukryć, że lepiej, by przeważały te ostatnie, by wspomnieć niedawną, kilkugodzinną rozmowę Władysława Kosiniaka-Kamysza, generała Wiesława Kukuły i Karola Nawrockiego w Pałacu Prezydenckim. „Tego typu spotkania pomiędzy ministrem obrony, szefem Sztabu a prezydentem, zwierzchnikiem Sił Zbrojnych, wydają się być bardzo dobrym rozwiązaniem” – komentował na gorąco szef MON.
Tusk ostrzega przed Rosją. Tak europejskie media oceniają zagrożenie dla NATO
Jego poprzednik nie tak dawno natomiast wił się jak piskorz w Radiu Zet, byle tylko nie przyznać, że Polska powinna wspomóc zbrojnie kraje bałtyckie w razie ataku Rosji. Powiedzieć, że to nieroztropne stanowisko, to eufemizm. Nie powinno jednak dziwić – Mariusz Błaszczak już w 2023 roku, gdy dla czysto partyjnych celów ujawnił fragment naszego archiwalnego planu obrony, udowodnił, że jest mało poważnym politykiem. Niemniej nie tylko opozycja, ale i ekipa rządząca ma o czym myśleć. Deficyt schronów czy syren alarmowych (np. w Lublinie trzeba by zwiększyć ich liczbę dwukrotnie) to przykłady pierwsze z brzegu. Rozbudowa infrastruktury obronnej to zaś zadanie na wiele lat, zwłaszcza że Rosja prędko z wojny hybrydowej nie rezygnuje. Ani w wydaniu putinowskim, ani sowieckim – w latach 20. XX wieku Sowieci przez kilka lat przerzucali do Polski terrorystyczne bandy.
Wkraczają, zabijają, uciekają
Traktat ryski, zawarty 18 marca 1921 roku między Polską a państwami sowieckimi: Rosją i Ukrainą, zakończył wojnę polsko-bolszewicką. Wyznaczył również wschodnią granicę odrodzonej Rzeczpospolitej, ale bynajmniej nie była to granica pokoju. Wręcz przeciwnie – polskie państwo pozostało dla Kremla jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym wrogiem na arenie międzynarodowej. A że z wrogiem się nie rozmawia, tylko go destabilizuje, Sowieci wysyłali za granicę przeszkolone grupy dywersantów, którzy na szeroką skalę dokonywali aktów politycznego terroru. Od ataków na polskie majątki, plebanie i budynki państwowe, przez zamachy na policjantów, żołnierzy i urzędników, po niszczenie elementów infrastruktury (mostów, torów kolejowych itd.).
Żaden z mieszkańców Kresów Wschodnich nie mógł się czuć bezpieczny. Sowieckie bandy nie wahały się wchodzić nawet do miasteczek, gdzie kradły, gwałciły i mordowały. W jeszcze gorszej sytuacji znalazły się rodziny z osad usytuowanych wzdłuż granicy. Dywersanci również tam stosowali taktykę „wkrocz – podpal/zgwałć/zabij – ucieknij”, tyle że do pokonania mieli nie kilkadziesiąt, a kilka, może kilkanaście kilometrów. Po sowieckiej stronie mieli zaś nad sobą parasol ochronny rozłożony przez radzieckie służby. Pograniczne oddziały (PO), a także wywiad wojskowy (Razwiedupr) i polityczny (OGPU) tydzień w tydzień, miesiąc w miesiąc dbały o to, aby nikomu z sabotażystów nie spadł włos z głowy.
Niestety, polskie władze przez kilka lat nie tylko nie potrafiły sobie poradzić z napadami i morderstwami, ale wręcz ułatwiały Sowietom brudną robotę. Jakim cudem? Z jednej strony poprzez tolerowanie obecności na terytorium RP osób potencjalnie niebezpiecznych. Mowa tu m.in. o byłych żołnierzach Stanisława Bułak-Bałachowicza. Do jego oddziałów trafiali Białorusini, Rosjanie, Estończycy, przedstawiciele ludów Kaukazu – jednym słowem wielonarodowa i wielobarwna zbieranina. I o ile podczas wojny z bolszewikami podkomendni Bałachowicza wspierali Polaków i zapisali niejedną pozytywną kartę, po jej zakończeniu niejeden z nich kontynuował awanturniczy żywot. Problem w tym, że teraz w warunkach pokoju, rabując i bijąc.
Stanowili więc łakomy kąsek dla sowieckich służb, tym bardziej że jako niedawni żołnierze znali okolicę często na wylot. Tymczasem przedstawiciele polskich władz, zwłaszcza na szczeblu lokalnym, niespecjalnie się nimi interesowali. I nie chodziłoby tu o to, aby amatorów szabli i szklanki przerobić na statecznych cywilów. Nie bez powodu Józef Piłsudski mówił o Bałachowiczu: „Jest to typowy partyzant i warchoł, raczej doskonały ataman rozbójników niż oficer w europejskim stylu [...]. Dajcie mu być sobą, bo innym być nie potrafi. Nikt z rysia nie zrobi cnotliwego wyżła”.
Niemniej przydałoby się śledzenie ich poczynań już po wojnie, a nawet przesiedlenie co większych watażków z rejonu pogranicza. Tego zabrakło, a na dokładkę Sowietom udało się pozyskać do współpracy Polaków pracujących w newralgicznych miejscach. Zarówno cywilów, jak i wojskowych – w tym gronie mieli się znaleźć żołnierze pełniący służbę na stacjach łączności, a nawet członkowie dowództw przygranicznych pułków. W tym kontekście nie dziwi, że gdy w lipcu 1924 roku na miejscowość Wiszniew (na Wileńszczyźnie) napadło około 30 bandytów wyposażonych w karabiny i 3 karabiny maszynowe, mieli naprzeciw siebie 1 posterunkowego (!).
Kluczowe spotkanie w sprawie bezpieczeństwa. Będzie prezydent, szef MON i BBN
Reszta załogi – komendant i kilkoro policjantów – gościła wówczas w pobliskich Juraciszkach, celowo zawezwana przez sekretarza tutejszego sądu pokoju. Ów sekretarz okazał się aktywnym współpracownikiem „czerwonych”, tyle że ten fakt odkryto za późno... Łącznie od marca 1921 do kwietnia 1924 na Kresach doszło do 259 aktów antypolskiej dywersji, przy czym ich kulminacja nastąpiła w 1924 roku. Nie obyło się bez ofiar śmiertelnych: tylko we wspomnianym już 1924 roku z życiem pożegnało się na służbie 77 funkcjonariuszy policji. Nic dziwnego, że miesiąc po napaści na Wiszniew starosta Wiktor Wartman alarmował: „Sytuacja w powiecie przedstawia się groźnie. Na całym terenie [...] daje się zauważyć pogorszenie się nastrojów ludności, nawet katolickiej”.
Bezradne służby, zuchwałe bandy
Napady dokonywane przez uzbrojone bandy nie były ani spontaniczne, ani niezależne od siebie. Przykładem jest atak na miasteczko Stołpce z sierpnia 1924 roku – spośród 100 agresorów wielu przeszło wcześniej półroczny kurs terrorystyczny, zorganizowany przez oficerów sowieckich w Mińsku. Ponadto tego typu akcje często przebiegały według ściśle określonego, różniącego się co najwyżej w szczegółach, scenariusza. Weźmy wymienione już Stołpce i Wiszniew – w obu przypadkach dywersanci rozpoczęli swoje działania o 1:00 w nocy i rabowali, co popadnie, przez prawie 3 godziny. Ale to nie wszystko: celem napastników były również najważniejsze urzędy, w tym posterunki policji.
Jeśli nie udało się ich podpalić, próbowali je co najmniej zdemolować. Dodajmy do tego broń – i tu, i tu byli wyposażeni w karabiny maszynowe. Wreszcie bandyckie oddziały każdorazowo dzieliły się podczas napadu na kilka mniejszych, atakujących różne obiekty. Z kolei podczas ucieczki ku granicy i dalej, do ZSRR, atakujący rozchodzili się w różne strony, aby utrudnić pościg polskim służbom. Terroryści byli do tego stopnia bezczelni, że część z nich dokonywała ataków przebrana w policyjne mundury. Wśród bandytów strzelających w Wiszniewie znalazło się np. 6 takich osób.
A jak konkretnie wyglądały sowieckie naloty na obie miejscowości? W przypadku Wiszniewa mieliśmy do czynienia z 20–30 napastnikami. Po wkroczeniu w rejon zabudowań najpierw dali o sobie znać salwą w powietrze, a potem strzałami wymierzonymi w posterunek policji. Większość załogi była, jak wspomnieliśmy, przetrzymywana w Juraciszkach przez prosowieckiego sekretarza sądu. Na miejscu pozostał 1 posterunkowy, który nie miał szans się obronić – budynek gładko przeszedł w ręce dywersantów. Następnie banda skoncentrowała się na uniemożliwieniu mieszkańcom łączności ze światem. Z jednej strony terroryści przecięli kable telefoniczne, z drugiej wyznaczyli patrole do zablokowania dróg wjazdowych do miasta.
Wiceszef MON: Zagrożenia są „bardzo realne”
Po opanowaniu go od zewnątrz przyszła zaś pora na grabież wewnątrz. Przez około 2–3 godziny bandyci krążyli od chaty do chaty i pozbawiali ludzi dobytku. Łącznie złupili tyle, że zrabowane przez nich mienie ledwo zmieściło się na 5 furmankach. Tak „zaopatrzeni” wyruszyli w kierunku granicy i choć ich śladem ruszyła policja (i miejscowa, i powiatowa) oraz oddział kawalerii, pogoń okazała się nieskuteczna. I agresorzy, i furmanki ze zrabowanymi rzeczami, i 10 skradzionych koni – wszystko to znalazło się w kraju z sierpem i młotem na fladze. W polskie ręce wpadło natomiast tylko 2 braci o nazwisku Wojewódzki, i to nawet nie uczestników napadu. Podejrzewano ich jedynie o pomoc bandzie w ucieczce.
Bilans ten nie przynosi chluby naszym funkcjonariuszom. Czy jednak można się mu dziwić, jeśli 7 lokalnych policjantów odmówiło komendantowi (gdy już wrócił od sekretarza i zorientował się, co się stało) udziału w obławie i po prostu się ukryło? Nie popisała się także policja powiatowa: wystarczyła krótka wymiana ognia z napastnikami, aby nasi wycofali się w popłochu, pozostawiając przy okazji bandytom swoje konie, jak i zwłoki własnego szefa, który zginął podczas strzelaniny. Niestety, lipcowy atak na Wiszniew był tylko wstępem do sierpniowej napaści na Stołpce, która została przeprowadzona przez terrorystów z jeszcze większym rozmachem.
Zełenski: Rosja wysyła sygnały gotowości do rozszerzenia wojny
„Zbrodniczy napad bandy bolszewickiej. 150 zbirów uzbrojonych napadło na Stołpce. Zniszczenie sieci telefonicznej i telegraficznej. Bandyci ciężko ranili telegrafistę, zabili policjanta. Walka na ulicach miasta i okolicach trwa” – relacjonował „Kurier Wileński”. Ton dziennika nie był przesadzony: tym razem do miasta wkroczyło ponad 100 dywersantów, wyposażonych w karabiny maszynowe i granaty. Starostwo, komenda powiatowa i lokalny posterunek, urząd skarbowy, poczta, stacja kolejowa – nie było chyba obiektu użyteczności publicznej, którego napastnicy nie wzięli sobie na cel. Wprawdzie nie udało im się wkroczyć do komendy, ale zdołali zdobyć dworzec.
Tam mieścił się zaś posterunek policji i po opanowaniu stacji terroryści przystąpili do rozprawy z mundurowymi. Zamordowali 4 policjantów, w tym komendanta, a 1 przeżył tylko dlatego, że skutecznie udawał martwego. Ponadto postrzelili śmiertelnie 3 innych funkcjonariuszy – ostatecznie zginęło 7 policjantów, urzędnik starostwa oraz 2 cywilów. Łupem bandytów padło kilka tysięcy złotych i papiery wartościowe (zrabowane na poczcie) plus majątek pochodzący z kilku sklepów i kilkunastu prywatnych mieszkań. Potem przestępcy załadowali swoją zdobycz na kilka furmanek i ruszyli do ZSRR, ale w tym przypadku mieli mniej szczęścia. Kilkunastu z nich zostało złapanych, a zrabowane rzeczy w większości udało się odzyskać.
MON dementuje doniesienia o mobilizacji. Wyjaśnia, czym są karty mobilizacyjne
Na ratunek Korpus Ochrony Pogranicza
Kolejne tygodnie nie przyniosły spokoju na pograniczu. Wręcz przeciwnie: pod koniec września doszło do ataku na pociąg osobowy pod Łucińcem – jednym z większych ośrodków na Polesiu. I niestety, podobnie jak w Wiszniewie, bilans konfrontacji okazał się kompromitujący dla strony polskiej. Ale od początku – dywersanci (w liczbie około 40–60) przywdziali dla niepoznaki mundury naszych kolejarzy i zatrzymali wspomniany transport. Następnie przejęli pociąg i nawet się przy tym nie spocili, choć teoretycznie powinni go byli bronić żołnierze, żandarmi i policjanci (wszystkich około 20 osób). W praktyce polscy funkcjonariusze nawet nie wyciągnęli broni. Natychmiast się poddali, a walkę podjęły jedynie 2 osoby – 1 posterunkowy i 1 pasażer. Obaj zresztą zapłacili za swoją postawę życiem.
Z kolei bandyci przystąpili do rabunku. A było kogo i co rabować, bo pociągiem podróżowali (na spotkanie z ministrem spraw wewnętrznych) m.in. wojewoda poleski Stanisław Downarowicz, senator PSL „Piast” Bolesław Wysłouch, komendant okręgowy policji Józef Mięsowicz (dziś odpowiada temu stanowisku komendant wojewódzki) i biskup piński Zygmunt Łoziński. Wszyscy zostali ogołoceni do cna, podobnie jak reszta osób jadących składem, ale na tym nie koniec. Downarowicza i Mięsowicza napastnicy pozbawili bowiem nie tylko wartościowych rzeczy, ale i godności – kazali im się rozebrać do rosołu. Następnie zabrali wojewodzie i komendantowi ubrania, a według niektórych źródeł zdążyli ich jeszcze wychłostać. Na pożegnanie jeden ze zbirów rzucił im pod nogi kartkę głoszącą: „Ataman Trofim Kalinienko, Kwatera Główna Timkowicze, dnia 23.IX.1924 roku”.
W rzeczywistości nie istniał żaden ataman, a na czele bandy stał oficer sowieckiej straży granicznej. Terroryści wynieśli zaś z pociągu nie tylko kosztowności podróżnych, ale i zawartość wagonu pocztowego. Tak obładowani zbiegli – w większości skutecznie – do ZSRR. A co z ofiarami napaści? O ile prasa mogła zrozumieć bierność zwykłych pasażerów, o tyle nie miała litości dla wojskowych, policjantów i ludzi władzy. „Nie potrafili obronić ani honoru swojego, ani państwa” – tak „Kurier Wileński” pisał o funkcjonariuszach. „Cała Polska interesuje się osobą pana Mięsowicza, który tak godnie reprezentował pod ławką wagonu salonowego Policję Państwową” – znowu „Kurier”, tym razem o komendancie okręgowym policji.
Nic dziwnego, że zarówno on, jak i wojewoda Downarowicz zostali odwołani, natomiast 8 oficerów wojska czekały rozprawy przed sądami honorowymi. W Warszawie tymczasem politycy od dłuższego czasu debatowali, jak zapewnić bezpieczeństwo na granicy i w jej pobliżu. Padały różne pomysły: od skoszarowania i militaryzacji jednostek granicznych policji, przez rozbudowę sieci wywiadowczej, po wyposażenie wojewodów w skuteczniejsze narzędzia prawne umożliwiające internowanie i wysiedlanie podejrzanych mieszkańców pogranicza. Ostatecznie stanęło na tym, że powstanie specjalna, samodzielna formacja wojskowa, przeznaczona m.in. do zwalczania akcji dywersyjnych – Korpus Ochrony Pogranicza (KOP).
Lotnictwo wojskowe operuje w polskiej przestrzeni powietrznej. Rosja atakuje Ukrainę
Mieli go tworzyć szeregowi obowiązkowej służby wojskowej oraz podoficerowie i oficerowie zawodowi. I choć nową służbę podporządkowano Ministerstwu Spraw Wewnętrznych, wytyczne dla niej płynęły od władz wojskowych. I były jednoznaczne: „prowadzić walkę do całkowitej likwidacji band, a w przypadku oporu – również z użyciem całej siły ognia”. Równolegle Sowieci poczynali sobie na pograniczu coraz śmielej i prace nad organizowaniem KOP musiały przyspieszyć. W związku z tym 12 września 1924 roku minister spraw wojskowych Władysław Sikorski wydał rozkaz wykonawczy o tworzeniu Korpusu. Jego pierwszym dowódcą został generał Henryk Odrowąż-Minkiewicz, a do końca roku sformowano 3 brygady KOP.
Dodajmy, że nim jeszcze ci żołnierze znaleźli się przy granicy, polskie władze podjęły szereg kroków zabezpieczających Kresy Wschodnie. Z pewnością zrobiły to zbyt późno, ale optymista mógłby zauważyć, że lepiej późno niż wcale. Tak czy siak, tory kolejowe i pociągi od tej pory objęto wojskową ochroną. Z kolei w listopadzie 1924 roku jeszcze ją wzmocniono, dokładając do poszczególnych składów wagony pancerne z żołnierzami w środku. Do tego na odcinki torów najbardziej narażone na sowieckie akty dywersji wysłano oddziały policji. Ich zadanie było jedno – regularny obchód, a w razie potrzeby szybka reakcja. Wreszcie do akcji wkroczyli funkcjonariusze KOP. Efekt tych wszystkich działań? Liczba przygranicznych incydentów znacząco spadła, ale zarazem Sowieci sami podjęli decyzję o ich ograniczeniu.
Trump: Rosja i Ukraina wstrzymają ataki na obiekty energetyczne
Dlaczego? Z jednej strony trwała właśnie walka o władzę na Kremlu po śmierci Lenina i destabilizacja zachodniego sąsiada przestała być priorytetem dla Stalina czy Trockiego. Z drugiej strony sowieckie kierownictwo doszło do wniosku, że lepszą taktyką od organizowania i wysyłania do Polski zbrojnych band będzie tworzenie „biernej sieci dywersyjnej”, pozostającej w konspiracji i mającej się uaktywnić w razie wojny. Mogliśmy się o tym, niestety, przekonać w 1939 roku, a co z Korpusem Ochrony Pogranicza? Ostatni dowódca KOP, generał Wilhelm Orlik-Rückemann, stoczył we wrześniu i październiku 1939 roku wiele bohaterskich bojów z Armią Czerwoną, m.in. pod Szackiem i Wytycznem. Żołnierzy Korpusu nie zabrakło również podczas walk z Wehrmachtem, w tym pod Wizną – „polskimi Termopilami”.


