
Ponad trzy godziny czekała na SOR-ze warszawskiego Szpitala Południowego na badanie ginekologiczne. Miała pękniętą macicę i krwotok wewnętrzny. Jej dziecka nie udało się uratować. – Gdy mówiłam, że boli mnie przeraźliwie, nikt nie reagował – relacjonuje kobieta w rozmowie z Onetem.
- Pacjentka warszawskiego Szpitala Południowego zarzuca personelowi zbagatelizowanie niepokojących objawów i wskazuje na rozbieżność między swoim rzeczywistym stanem a zapisami w dokumentacji medycznej.
- Podczas pilnej operacji lekarzom udało się opanować krwotok i uratować macicę kobiety, jednak jej córka zmarła mimo podjętej reanimacji.
- Pacjentka rozważa skierowanie sprawy do prokuratury i zapowiada zwrócenie się do Rzecznika Praw Pacjenta.
Tragedia w Szpitalu Południowym. Kobieta straciła dziecko po wielogodzinnym oczekiwaniu na badanie
Do dramatycznych wydarzeń doszło 21 czerwca 2026 r. w warszawskim Szpitalu Południowym. Kobieta w 22. tygodniu ciąży trafiła na szpitalny oddział ratunkowy karetką pogotowia. Jak wynika z jej relacji przedstawionej w rozmowie z Magdaleną Rigamonti dla Onetu, przez ponad trzy godziny czekała na badanie ginekologiczne, mimo narastającego bólu brzucha i wcześniejszego omdlenia.
Ostatecznie lekarze stwierdzili u pacjentki pęknięcie macicy i krwotok wewnętrzny. Przeprowadzono pilną operację, podczas której udało się uratować jej życie i macicę. Jej córka, Michalina, zmarła pomimo dwugodzinnej reanimacji.
– Czekałam z umierającym dzieckiem w brzuchu kompletnie sama. Gdy mówiłam, że boli mnie przeraźliwie, nikt nie reagował, a z mojego stanu grożącego śmiercią zrobili w papierach stan „dobry” – mówi kobieta.
Pacjentka opowiada, że pierwsze dolegliwości pojawiły się około południa. Początkowo przypominały niestrawność, jednak ból szybko się nasilał. Kobieta nie mogła się wyprostować, a kiedy dotarła do mieszkania rodziców, straciła przytomność.
Jej ojciec wezwał pogotowie. Kobieta relacjonuje, że była tak osłabiona, iż ratownicy musieli przewieźć ją do karetki na noszach. Zgłaszała również trudności z oddychaniem i słabsze niż zwykle ruchy dziecka. – W karetce mówiłam, że jest mi niedobrze, że ciężko mi się oddycha, że się duszę – wspomina.
Według jej relacji ratownicy tłumaczyli dolegliwości emocjami i hiperwentylacją. Kobieta przekonuje, że przyczyną problemów z oddychaniem była gromadząca się w jamie brzusznej krew, która uciskała przeponę i płuca.
Pacjentka prosiła o przewiezienie do szpitala przy ulicy Madalińskiego, gdzie pracował lekarz prowadzący jej ciążę. Jak twierdzi, ratownicy otrzymali jednak informację o braku miejsc. Zapewniono ją, że w Szpitalu Południowym zostanie potraktowana priorytetowo i niezwłocznie zbada ją ginekolog.
– Pomyślałam więc, że to wszystko, co się dzieje w tym szpitalu, te wszystkie afery, mnie nie dotyczy, bo jestem w ciąży, przywiezie mnie karetka i mają mnie tylko zbadać – wskazała.
„Byłam grzeczną pacjentką, która czekała”
Według przedstawionej przez kobietę dokumentacji karetka przywiozła ją do Szpitala Południowego o godz. 14.23. Pacjentce pobrano krew, wykonano EKG i podłączono kroplówkę. Jak relacjonuje, nie przeprowadzono natomiast badania KTG.
Kobieta twierdzi, że wielokrotnie informowała personel o nasilającym się bólu i pytała, kiedy przyjdzie lekarz. Za każdym razem miała słyszeć, że należy poczekać na wyniki badań krwi.
– Co pół godziny przywoływałam machaniem ręką kogoś z personelu i pytałam, kiedy przyjdzie lekarz, bo bardzo boli mnie brzuch, a czekam już bardzo długo – relacjonuje.
Jak dodaje, jej ojciec dwukrotnie przywoził dokumentację medyczną dotyczącą ciąży, jednak nie został wpuszczony na oddział.
Przeczytaj też: CBA weszło do Szpitala Południowego i urzędów w Warszawie. To efekt śledztwa Zero.pl
Pacjentka zwraca również uwagę na zapis w dokumentacji medycznej, w której – jak twierdzi – jej stan określono jako dobry.
– W moich dokumentach z SOR-u jest napisane, że… „stan jest dobry, ciśnienie prawidłowe, jestem w kontakcie”. Mój stan zagrażał życiu, a oni napisali, że był „dobry” – mówi Onetowi.
– Chciałam wyć z bólu, ale byłam w ciąży, bałam się, że zaszkodzę dziecku. Byłam grzeczną pacjentką, która czekała – dodaje.
Z przytoczonych przez nią dokumentów wynika, że ginekolog pojawiła się dopiero o godz. 17.45, czyli trzy godziny i 22 minuty po przywiezieniu pacjentki do szpitala.
– Zastanawiam się, dlaczego oceniali mój stan jako dobry, skoro w dokumentach też było napisane: „pacjentka nie jest w stanie o własnych siłach pójść do gabinetu USG” – podkreśla kobieta.
Badanie USG ujawniło krwotok. „Gdzie byliście przez te trzy godziny?”
Dopiero podczas badania przeprowadzonego przez ginekolog rozpoznano skalę zagrożenia. Lekarka stwierdziła obniżone tętno dziecka oraz dużą ilość płynu w jamie brzusznej. Jak relacjonuje pacjentka, okazało się, że była to krew.
Kobieta poinformowała lekarkę, że półtora roku wcześniej przeszła operację usunięcia mięśniaków. Ginekolog podejrzewała pęknięcie macicy.
– I nagle zrobił się ruch wokół mnie. Położna chciała ode mnie dokumenty, zaczęła w panice kartkować skoroszyt z moimi badaniami, pytać o grupę krwi. I wtedy nie wytrzymałam, zapytałam: „Gdzie byliście przez te trzy godziny?” Nikt nic nie odpowiedział – opowiada.
Według pacjentki wezwany chirurg potwierdził podejrzenia ginekolog i zlecił natychmiastową operację. Kobieta wspomina, że tuż przed zabiegiem lekarz przedstawił jej do podpisania zgodę na ewentualne usunięcie macicy.
– Mówię, że się nie zgadzam. Wtedy on: „proszę pani, to jest operacja ratująca pani życie”. Nie dyskutowałam, podpisałam – relacjonuje.
– Nagle nie było już czasu. Przez te ponad trzy godziny na SOR-ze, kiedy się wykrwawiałam, kiedy moje dziecko umierało, był czas — oni mieli czas i ważniejsze sprawy… – dodaje.
Dwie godziny reanimacji. Michaliny nie udało się uratować
Podczas operacji lekarze zszyli pękniętą macicę i usunęli krew z jamy otrzewnej. Pacjentka podaje, że straciła łącznie około trzech litrów krwi. Lekarzom udało się jednak uratować jej macicę.
Znacznie tragiczniejszy był los dziecka. Jak relacjonuje kobieta, powołując się na informacje przekazane jej przez neonatolog, worek owodniowy przemieścił się przez pęknięcie macicy do jamy otrzewnej, a łożysko zaczęło się odklejać, co doprowadziło do spadku tętna dziecka.
Michalina została wydobyta podczas operacji. Zespół medyczny przez dwie godziny prowadził reanimację. Dziewczynka podjęła jedną próbę samodzielnego oddychania, ale ostatecznie zmarła.
– Jeszcze wtedy nie dopuszczałam do siebie myśli, że moja córka nie żyje – wspomina kobieta, opisując moment wybudzenia po operacji.
Pacjentka mogła pożegnać się z córką.
– Przynieśli mi ją. Była umyta, ubrana w czapeczkę, zawinięta w becik i wyglądała, jakby spała. Jestem wdzięczna, że mogłam się z nią pożegnać, pogłaskać jej buźkę – mówi w rozmowie z Onetem. – Pani doktor wyjęła ją z takiej małej styropianowej trumienki i trzymała na rękach tuż przed moją twarzą. Cały czas mam przed oczami obraz ślicznej twarzy Misi. Była idealna… – dodaje.
Podczas późniejszego pobytu na oddziale ginekologicznym spotkała się z bardzo dobrą opieką i współczuciem personelu.
Kobieta rozważa zawiadomienie prokuratury
Pacjentka przyznaje, że konsultowała sprawę z prawnikami, którzy wskazali jej możliwość złożenia zawiadomienia do prokuratury. Nie podjęła jednak ostatecznej decyzji, czy zdecyduje się na taki krok.
Zapowiada natomiast, że zamierza zwrócić się do Rzecznika Praw Pacjenta.
– Wiem, że nic już nie wywalczę, dziecka nie odzyskam, ale mam niezgodę na to, jak traktowane są kobiety ciężarne w szpitalach – tłumaczy.
– Nie wiem, czy będę miała na to siłę – mówi z kolei o ewentualnym zgłoszeniu sprawy prokuraturze.
Materiał Onetu nie zawiera stanowiska szpitala wobec zarzutów pacjentki.