Reklama
Kraj

Tragiczne plany lekcji? Uczniów mi żal, rodziców nie zawsze

We wrześniu rodzice pytają, kto ułożył tak absurdalny plan lekcji. Odpowiedź brzmi: często nikt. Coraz częściej jego kształt dyktują braki kadrowe, nauczyciele kursujący między szkołami i system, który od lat udaje, że problem nie istnieje.

Łukasz Wolański
Opinia autorstwa: Łukasz Wolański
Dzisiaj 11:30
13 min
Za każdym skomplikowanym planem lekcji stoi układanka z niepełnych etatów, dojazdów i braków kadrowych. (fot. East News)
TYLKO NA

Zaczynać lekcje o siódmej. Kończyć po siedemnastej. Jednego dnia przychodzić do szkoły rano, następnego dopiero przed południem. Matematykę, fizykę albo chemię mieć wtedy, gdy po kilku godzinach zajęć mózg ucznia nadaje się już głównie do podtrzymywania podstawowych funkcji życiowych.

Tak wyglądają plany lekcji w niektórych polskich szkołach. Nie mówimy wyłącznie o pojedynczych, krążących po internecie obrazkach, których autentyczności nie sposób sprawdzić. Na stronach szkół można znaleźć rozkłady, w których „lekcja zerowa” zaczyna się o 7.10, a dziewiąta i dziesiąta kończą się po 17.00. Nie oznacza to oczywiście, że każdy uczeń siedzi tam codziennie od pierwszego do ostatniego dzwonka. Pokazuje jednak, w jak szerokich ramach szkoła musi zmieścić wszystkie zajęcia.

Plan od 12.00 do 17.00 czy 17.30 także nie jest dziś szkolną fantastyką. Podobnie jak dzień rozciągnięty od rana do późnego popołudnia, czasem dodatkowo przedzielony okienkiem. Uczeń nie ma wtedy dziewięciu lekcji, ale przez dziewięć albo dziesięć godzin pozostaje związany ze szkołą. Potem wraca do domu i zaczyna drugą zmianę: pracę domową, naukę do sprawdzianów i przygotowanie do następnego dnia.

Uczniów mi żal. Naprawdę. Rodziców już trochę mniej.

Reklama
Reklama

Polecamy także: Książulo poszedł do zoo. I pokazał, gdzie kończy się troska o zdrowe żywienie dzieci

Na papierze wszystko się zgadza

Teoretycznie plan lekcji powinien wyglądać inaczej. Przepisy wymagają, aby plan zajęć dydaktyczno-wychowawczych uwzględniał równomierne obciążenie uczniów zajęciami w poszczególnych dniach tygodnia. Państwowa Inspekcja Sanitarna wskazuje dodatkowo, że zajęcia powinny zaczynać się o zbliżonej porze, a różnica między poszczególnymi dniami nie powinna przekraczać jednej godziny lekcyjnej. Plan powinien też uwzględniać możliwości psychofizyczne uczniów i potrzebę wypoczynku między lekcjami.

Brzmi rozsądnie. Tyle że pomiędzy zasadą a rzeczywistym planem znajduje się coś, czego w przepisach nie da się zadekretować: dostępni nauczyciele, liczba sal, podział na grupy, dojazdy, rozszerzenia, języki obce, zajęcia międzyoddziałowe i międzyklasowe.

I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa opowieść o planach lekcji.

Czytaj też: Idzie szkoła, idzie bieda. Portfele rodziców cierpią przez korepetycje

Każdy postępuje racjonalnie, więc wychodzi katastrofa

W liceach takie plany nie są niczym nowym. Szczególnie w niewielkich szkołach, które pozostawiają uczniom dużą swobodę wyboru rozszerzeń. W jednej klasie mogą być osoby realizujące bardzo różne kombinacje przedmiotów. Jedni wybierają matematykę i fizykę, inni biologię i chemię, jeszcze inni historię, język polski albo język obcy. Powstają grupy międzyoddziałowe i międzyklasowe. Trzeba uwzględnić podział na języki, dostępność pracowni, sali gimnastycznej i nauczycieli, którzy pracują także w innych szkołach.

Reklama
Reklama

Każda taka możliwość wyboru jest dla ucznia cenna. Jednocześnie każda dokłada do planu kolejne ograniczenie, zmniejszając liczbę stopni swobody.

Kiedyś plany układało się ręcznie na specjalnych wielkich arkuszach. Pamiętam, bo jako uczeń niekiedy pomagałem w tym procesie. Było to zwykle typowe zadanie wicedyrektora. Prawdziwa sztuka wymagająca umiejętności i cierpliwości, gumki do ścierania i odporności psychicznej.

Dzisiaj przy niepełnych etatach, nauczycielach pracujących w kilku placówkach i rozbudowanej organizacji zajęć bez programu komputerowego często nie dałoby się tego zrobić. Tyle że program nie rozmnaża matematyków, fizyków ani chemików. Nie tworzy dodatkowych sal. Nie skraca dojazdów. Nie sprawia, że nauczyciel obecny w szkole tylko we wtorek i czwartek nagle stanie się dostępny także w poniedziałek. Program może jedynie znaleźć rozwiązanie, które mieści się w istniejących ograniczeniach.

O co więc toczy się walka w dyrektorskich gabinetach? Coraz częściej nie o optymalny, a nawet nie o dobry plan. Gra idzie o to, żeby plan w ogóle powstał i żeby każdego przedmiotu miał kto uczyć.

Sprawdź również: Zakaz telefonów w szkołach to za mało. Problemem są media społecznościowe

„Panie Łukaszu, chociaż cztery godziny fizyki”

Jako nauczyciel znam ten problem z autopsji. Telefony w maju albo sierpniu z nieznanych mi numerów mają zwykle ten sam temat:

Reklama
Reklama

– Panie Łukaszu, chociaż cztery godziny fizyki.
– Niech pan weźmie pół etatu, dramatycznie brakuje mi kadry.
– Może chociaż jedna klasa?

Czasami dzwoni ktoś, kogo oferta brzmi atrakcyjnie. Problem w tym, że dojazd zajmowałby mi od czterdziestu minut do godziny samochodem. Komunikacją publiczną trwałby dwa razy dłużej. Szkoła proponuje mi sześć godzin, a wynagrodzenie za taki fragment etatu nie rekompensuje kilku dodatkowych podróży w tygodniu. Stawiam więc warunek: dobrze, wezmę te godziny, ale tylko wtedy, gdy wszystkie zmieszczą się w jednym dniu.

Warto przeczytać: Jak dobrze, że już się kończą! Dlaczego wakacje w Polsce są za długie?

Trudno się temu dziwić. Kilka godzin lekcyjnych rozłożonych na trzy dni, z dojazdami i okienkami, może pochłonąć pół tygodnia. Jeśli szkoła nie przyjmie mojego warunku, poszukam czegoś bliżej.

Dyrektor zbiera takich deklaracji kilkanaście albo kilkadziesiąt. Fizyk może być w środę. Chemiczka we wtorek i piątek, ale w piątek tylko do dwunastej. Anglista pracuje jeszcze w dwóch innych placówkach. Nauczyciel informatyki przychodzi do szkoły po pracy w firmie. Biolog zgodził się na kilka godzin pod warunkiem, że nie będzie miał okienek. Ktoś inny może uczyć od rana, ale musi skończyć odpowiednio wcześnie, żeby dojechać do następnej szkoły.

Reklama
Reklama

Dyrektor działa tu jak saper. Każde przesunięcie jednego elementu może wysadzić trzy inne. Trudno byłoby inaczej, skoro każdy w tej sieci powiązań podejmuje racjonalne decyzje. Nauczyciel ogranicza koszt dojazdów. Dyrektor godzi się na jego warunki, bo alternatywą jest brak nauczyciela. Program znajduje wykonalne rozwiązanie. Cenę płaci dziecko, które dostaje fizykę na dziewiątej lekcji. Zaraz po dwóch lekcjach WF-u.

Może Cię zainteresować: Dziecko nie jest reklamą. Czy szkoła może publikować zdjęcia uczniów w internecie?

Plan budowany na ruchomych piaskach

Jakby tego było mało, plan zaczyna się sypać, zanim na dobre zacznie obowiązywać. Nierzadkie są odejścia nauczycieli przed rozpoczęciem roku szkolnego. Czasami ktoś uzyskuje lepszą ofertę. Czasami szkoła do ostatniej chwili nie podpisała umowy, więc wcześniejsze ustalenia nie dają kandydatowi poczucia bezpieczeństwa. Bywa też, że ktoś podejmuje pracę, zderza się z wyjątkowo trudną sytuacją w szkole i zaczyna szukać wyjścia.

Oczywiście zatrudniony na określonych warunkach nauczyciel nie zawsze może prawnie rozwiązać umowę z dnia na dzień. Nie zmienia to jednak faktu, że w szkołach występują umowy terminowe, a formalności bywają odkładane do ostatnich dni sierpnia.

Sprawdź też: Ponad 17 tys. ofert pracy w szkołach. MEN podał nowe dane

Reklama
Reklama

Na nauczycielskich forach powtarzają się podobne historie: szkoła nie potwierdza otrzymania zgłoszenia, dyrektor po rozmowie obiecuje kontakt, ale się nie odzywa, kandydat słyszy, że został przyjęty, a podpisanie odkłada się do końca sierpnia. To są stare nawyki części dyrektorów, przede wszystkim szkół publicznych: przekonanie, że kandydat powinien być wdzięczny za samą możliwość pracy, cierpliwie czekać i nie zadawać zbyt wielu pytań. Rynek tymczasem się zmienił.

Nauczyciele coraz częściej odpowiadają dokładnie taką samą lojalnością, jaką wcześniej im okazywano. Jeżeli nie mają podpisanej umowy i pojawia się lepsza oferta, wybierają ją. Jeżeli szkoła przez dwa miesiące nie potrafiła podjąć decyzji, nie może być zdziwiona, że kandydat również przestał traktować ustne zapewnienia jak zobowiązanie.

W dużych miastach szkoły niepubliczne mają dodatkowo argument, którego publiczna placówka często nie jest w stanie przebić: większą elastyczność w kształtowaniu wynagrodzeń. Dyrektor szkoły publicznej nie może po prostu powiedzieć brakującemu fizykowi: zapłacę panu tyle, żeby opłacało się odrzucić ofertę konkurencji.

Dane MEN pokazują, że problem wakatów jest szczególnie widoczny na Mazowszu. W odpowiedzi resortu na interpelację z kwietnia 2026 roku wskazano, że wolne miejsca pracy wykazane w województwie mazowieckim stanowiły ponad jedną czwartą wszystkich wykazanych wolnych miejsc pracy dla nauczycieli w Polsce.

Reklama
Reklama

To nie znaczy, że w każdej szkole brakuje nauczycieli. Niedobór jest lokalny i przedmiotowy. Ale dla dyrektora, który musi znaleźć fizyka, matematyka czy chemika, średnia dla całego kraju ma niewielkie znaczenie.

W dużym mieście specjalista ma więcej możliwości zatrudnienia, a koszty życia są wyższe. Szkoła konkuruje o matematyka nie tylko z inną szkołą. Konkuruje także z firmą, korepetycjami, uczelnią, branżą technologiczną i sektorem prywatnym.

Polecamy także: 113 dni bez tygodnia przerwy. Tak polska szkoła męczy uczniów

Wakacje, osiemnaście godzin i inne legendy

Dlaczego zatem uczniów mi żal, a części rodziców już nie? Otóż są takie matki i tacy ojcowie, którzy we wrześniu oburzają się, że dziecko ma fatalny plan, a przy każdej rozmowie o wynagrodzeniach nauczycieli powtarzają w kółko: „Dużo zarabiają”, „Pracują tylko osiemnaście godzin”, „Mają dwa miesiące wakacji” czy „Skoro im źle, niech zmienią pracę”.

Problem polega na tym, że takie słowa mają konsekwencje. Nauczyciel, który odchodzi ze szkoły, nie znika z rynku pracy. Fizyki nadal trzeba nauczyć. Matematyki nadal trzeba nauczyć. Chemii nadal trzeba nauczyć.

Czytaj także: Pensje nauczycieli poszły w górę. Ale to nadal może nie wystarczyć

Jeżeli szkoła nie może zaoferować warunków, które pozwolą jej konkurować o specjalistę, nauczyciel szuka innego rozwiązania. Fizyk przyjeżdża tylko w środę, matematyk uczy w trzech szkołach, chemiczka bierze tyle godzin, ile jest w stanie rozsądnie połączyć, a dyrektor pod koniec sierpnia modli się, żeby nikt nie dostał lepszej oferty.

Reklama
Reklama

Osiemnaście godzin to pensum tablicowe wielu nauczycieli, a nie cały czas ich pracy. Wakacje są niewątpliwie przywilejem tego zawodu, ale nie oznacza to, że cała praca nauczyciela mieści się w czasie spędzonym przy tablicy.

A ponieważ wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, ci, którzy najgłośniej opowiadają o cudownym losie nauczycieli, o dziwo nie ustawiają się w kolejkach do szkół.

Może Cię zainteresować: Barbara Nowacka i ten sam błąd co Czarnek. Szkoła nie potrzebuje politycznych wojowników

Czy niż demograficzny nas uratuje?

Niektórzy powiedzą, że problem rozwiąże niż demograficzny. Skoro dzieci będzie mniej, nauczycieli zacznie wystarczać. Nie musi tak być.

Niedobory mają charakter przedmiotowy i lokalny. Mniej uczniów może oznaczać mniej oddziałów, ale może też oznaczać więcej nauczycieli mających po kilka godzin w jednej placówce. A więc więcej ludzi sklejających etat z dwóch albo trzech szkół.

Każdy z nich będzie miał powód, żeby ograniczać liczbę dni pracy w poszczególnych placówkach. Inaczej połowę wynagrodzenia oraz wolnego czasu pochłoną mu dojazdy. Z ekonomicznego punktu widzenia będzie to całkowicie racjonalne. Z punktu widzenia szkolnego planu – zabójcze.

Szkoła jak NFZ

Kiedy mówię, że nauczyciele muszą wreszcie zacząć zarabiać wyraźnie więcej, słyszę czasem:

Reklama
Reklama

– Po co jesteś nauczycielem?

Jako nauczyciel matematyki, fizyki i chemii, dodatkowo z kwalifikacjami akademickimi, świetnie poradzę sobie poza szkołą. Nie upominam się o pieniądze dlatego, że obawiam się o własne przetrwanie. Upominam się o nie dla moich dzieci.

Irytuje mnie, że jako społeczeństwo chcemy coraz więcej od szkoły, a jednocześnie próbujemy ją urządzać możliwie tanio. Chcemy świetnie przygotowanych specjalistów, indywidualnego podejścia, ciekawych lekcji, rozsądnych planów, szybkiego kontaktu na prośbę rodzica i wysokich wyników.

Polecamy też: Stanowski odpowiedział na słowa Tuska. „Co zrobiliście przez pół roku?”

Jednocześnie wynagrodzenie nauczyciela ma pozostać na poziomie, który nie zawsze pozwala skutecznie konkurować o absolwentów wielu kierunków. To nie może się udać.

Ze względu na takie podejście społeczeństwa i polityków oświata coraz bardziej upodabnia się do NFZ: formalnie usługa jest dostępna, ale coraz częściej tylko w wersji tańszej, przeciążonej i gorszej.

Chcesz szybciej, spokojniej i lepiej – idź prywatnie. O ile cię stać.

Tragiczne plany lekcji są więc trochę jak grafiki lekarzy. Można się złościć na osobę, która ułożyła dyżury. Można żądać, żeby program komputerowy zrobił to lepiej. Tylko żaden program nie naprawi systemu, w którym brakuje ludzi, a ci, którzy pozostali, muszą pracować ponad siły albo w kilku miejscach.

Reklama
Reklama

Czytaj również: MEN jak niesforny uczeń: wszystko zostawia na ostatnią chwilę

Plan lekcji dziecka nie zaczyna się więc pod koniec sierpnia na ekranie komputera w gabinecie dyrektora. Zaczyna się znacznie wcześniej – przy decyzji, ile jako społeczeństwo jesteśmy gotowi zapłacić ludziom, którzy mają to dziecko uczyć. Jego zaś finalny kształt jest jednym z prostych wskaźników kondycji szkolnictwa.

Jeżeli przez lata akceptujemy szkołę budowaną z wakatów, niepełnych etatów i nauczycieli krążących między placówkami, nie powinniśmy być zaskoczeni, że we wrześniu dostajemy plan ułożony pod dostępność kadry, a nie pod potrzeby ucznia.

Nie jest to kara wymierzona dzieciom. To rachunek za bezmyślność i nieumiejętność przewidywania rzeczy dosyć oczywistych, wystawiony dorosłym. Szkoda, że jak to w oświacie zwykle bywa, zapłacą go dzieci.

Źródło: Zero.pl
Łukasz Wolański
Łukasz WolańskiDoktor nauk chemicznych, pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego, członek zespołu ds. praw i obowiązków ucznia przy MEN - autor zewnętrzny