Reklama
Nauka

113 dni bez tygodnia przerwy. Tak polska szkoła męczy uczniów

1 września polscy uczniowie rozpoczynają najdłuższy jesienny maraton w Europie. Do zimowej przerwy bożonarodzeniowej czeka ich aż 113 dni bez ani jednego pełnego tygodnia wolnego od lekcji. Choć wiele mówi się dziś o zdrowiu psychicznym dzieci, kalendarz szkolny wciąż układa się pod kątem turystyki i urlopów dorosłych, a nie potrzeb uczniów. Czas na reformę, która pozwoli młodzieży złapać oddech.

Łukasz Wolański
Opinia autorstwa: Łukasz Wolański
Dzisiaj 11:21
16 min
Uczniowie rozpoczynają właśnie 113-dniowy blok nauki, w którym do Bożego Narodzenia nie przewidziano ani jednego pełnego tygodnia wolnego. (fot. Getty Images)
TYLKO NA

Tomek dostał się w tym roku do wymarzonego liceum. Dziś zaczyna naukę, a właściwie pierwszy szkolny maraton. Do zimowej przerwy bożonarodzeniowej ma przed sobą aż 113 dni kalendarzowych bez ani jednego pełnego tygodnia wolnego od szkoły. Trudno wskazać inny kraj europejski, w którym uczeń czekałby tak długo na pierwszą co najmniej tygodniową przerwę po rozpoczęciu nauki.

Weekend czy pojedyncze święto mogą dać chwilę oddechu, ale nie są jeszcze tygodniem, w którym można wyjść ze szkolnego rytmu. Oczywiście siedem dni nie jest magiczną granicą regeneracji. Ale stanowi dosyć czytelne kryterium porównania: pełny tydzień bez lekcji i codziennego wstawania do szkoły.

Pod koniec października nasz Tomek będzie już zmęczony, niewyspany i mniej skoncentrowany. Być może usłyszy, że przestał się starać, choć od dwóch miesięcy jedzie praktycznie bez postoju, a do pełnego tygodnia odpoczynku pozostanie mu jeszcze półtora miesiąca. To nie jego słabość. Tak zaprojektowaliśmy mu rok szkolny. I to w czasach, gdy tyle mówimy o dobrostanie psychicznym uczniów.

Nie tylko polski kalendarz ma niekorzystny rytm nauki i odpoczynku. Najdłuższy okres nauki bez tygodniowej przerwy mają Włochy, bo liczy 153 dni. Polska jest druga ze 145 dniami, przed Czechami, które mają 121 dni, Hiszpanią z 106 dniami i Grecją ze 104 dniami. Jest też jednak drugi koniec skali: Anglia z 53 dniami, Belgia z 54 oraz Francja i Holandia z 61. Polska nie jest więc pierwsza w klasyfikacji całorocznej, ma jednak najdłuższy jesienny blok rozpoczynający rok szkolny.

Reklama
Reklama

Czytaj także: Idzie szkoła, idzie bieda. Portfele rodziców cierpią przez korepetycje

Kalendarz dla wszystkich, tylko nie dla ucznia

Kiedy w Polsce rozmawiamy o organizacji roku szkolnego, uczeń zaskakująco rzadko znajduje się w centrum dyskusji. Pytamy, czy przesunięcie wakacji wydłuży sezon turystyczny. Czy wcześniejsze zakończenie lekcji pozwoli oszczędzić na klimatyzacji. Jak rozłożyć ferie, żeby nie zakorkować Zakopanego. Co z urlopami nauczycieli, egzaminami, rekrutacją i pracą rodziców? To ważne pytania. Tyle że dotyczą przede wszystkim otoczenia szkoły. Pytanie podstawowe powinno brzmieć inaczej: jaki rytm nauki i odpoczynku jest najlepszy dla ucznia?

Różne państwa różnie dzielą rok na dłuższe okresy pracy. Francuskojęzyczna Belgia wprowadziła rytm naprzemiennie około siedmiu tygodni nauki i dwóch tygodni wolnego. W efekcie powstaje pięć podobnych bloków pracy, rozdzielonych co najmniej dwutygodniowymi przerwami. Francja ma dwutygodniowe przerwy jesienne, zimowe i wiosenne, a Rumunia podzieliła rok na pięć modułów. Czyli da się.

Sprawdź również: Jak dobrze, że już się kończą! Dlaczego wakacje w Polsce są za długie?

A u nas? Formalnie można odnaleźć trzy okresy wyznaczone przez ferie i wakacje. Pierwszy trwa od Nowego Roku do ferii zimowych, drugi od ferii do wakacji, trzeci od września do Bożego Narodzenia. Tyle że ten pierwszy trudno niekiedy nazwać pełnoprawnym okresem spokojnej nauki. Uczniowie wracają po świętach na krótko, 6 stycznia ponownie mają wolne, a szkoła natychmiast wpada w klasyfikacyjno-poprawkowy armagedon. Trzeba wystawić oceny, zaliczyć zaległości, poprawić sprawdziany i zamknąć półrocze. Niedługo później zaczynają się ferie.

Reklama
Reklama

Funkcjonalnie polski rok opiera się więc na dwóch wielkich blokach. Jeden ciągnie się od ferii zimowych do wakacji. W 2026 roku na Mazowszu trwa 145 dni, ponieważ sześciodniowa przerwa wielkanocna nie osiąga przyjętego przez nas progu pełnego tygodnia. Drugi biegnie od 1 września do zimowej przerwy bożonarodzeniowej i trwa 113 dni. Jeden z tych maratonów rozpoczyna się właśnie dzisiaj.

Polecamy też: Ręce precz od edukacji zdrowotnej. Dorośli znów spierają się o to, czego potrzebują dzieci

Zmęczenie nie jest wymysłem

Wraz z wiekiem szybko rośnie odsetek polskich uczniów odczuwających silną presję związaną ze szkołą. Według polskich wyników międzynarodowego badania HBSC podwyższony poziom stresu szkolnego deklarowało 27,9 proc. jedenastolatków, 43,4 proc. trzynastolatków, 45,6 proc. piętnastolatków i 48,8 proc. siedemnastolatków. Wśród siedemnastoletnich dziewcząt odsetek dochodził do 60,3 proc.

Stres ma wiele źródeł: sposób oceniania, sprawdziany, przeładowane programy, egzaminy, presję dorosłych i konflikty rówieśnicze. Samo przesunięcie kilku dni w kalendarzu nie rozwiąże tych problemów. Może jednak ograniczyć ich kumulację. Długość narażenia na stres jest przecież nie mniej istotna niż jego natężenie.

Nie ma badań pozwalających powiedzieć, że każdy uczeń „resetuje się” dokładnie po siedmiu albo czternastu dniach. Badania tygodniowych przerw dają wyniki obiecujące, ale niejednoznaczne. Dodatkowo korzyści z wolnego mogą zniknąć, jeżeli otoczymy je sprawdzianami i zadaniami, tak jak weekendy niewiele dają, gdy zadaje się na nie dużo pracy. Liczy się więc również prawdziwe odłączenie od obowiązków. Przerwy trzeba zatem projektować razem z zasadami oceniania. Odpoczynek nie jest nagrodą za ukończenie pracy, lecz warunkiem jej dalszego wykonywania. Tylko wobec uczniów zachowujemy się czasem tak, jakby regeneracja była przejawem lenistwa.

Reklama
Reklama

Żeby było jasne: nie chodzi o zmniejszanie liczby dni nauki. Można, a nawet trzeba, zachować ich liczbę, lecz inaczej je rozłożyć. Zamiast dwóch bardzo długich bloków przeciążenia i przerw zgromadzonych w środku zimy można stworzyć krótsze cykle pracy i bardziej regularny odpoczynek. Takie rozwiązania od lat działają w wielu krajach europejskich.

Może Cię zainteresować: Pensje nauczycieli poszły w górę. Ale to nadal może nie wystarczyć

Jesienna jazda bez trzymanki

Najbardziej oczywista luka przypada jesienią. Uczeń zaczyna szkołę 1 września, a na pierwszy pełny tydzień bez lekcji czeka do Bożego Narodzenia. Wszystkich Świętych i Święto Niepodległości mogą czasem połączyć się z weekendem, ale nie dają stałego, przewidywalnego odpoczynku. Tymczasem pod koniec października mija osiem tygodni intensywnej nauki. Kończy się energia związana z początkiem roku, przybywa ocen i sprawdzianów, dni stają się krótsze, a pogoda gorsza. To naturalny moment na przerwę. Nie dlatego, że ósmy tydzień uruchamia biologiczny alarm, lecz dlatego, że zmęczenie zdążyło już narosnąć, a do świąt nadal pozostaje bardzo daleko.

Nie byłby to żaden eksperyment. Francja i Belgia mają jesienne przerwy wokół Wszystkich Świętych. W Anglii funkcjonują tygodniowe przerwy w połowie okresów nauki. Rumunia kończy pierwszy moduł już w październiku. Europejskie rozwiązania różnią się szczegółami, lecz łączy je założenie, że od września do Bożego Narodzenia nie trzeba uczyć się bez dłuższego postoju.

Reklama
Reklama

Czytaj też: Ponad 17 tys. ofert pracy w szkołach. MEN podał nowe dane

W Polsce również pojawiła się propozycja jesiennej przerwy. W ekspertyzie opublikowanej przez Instytut Badań Edukacyjnych wskazywano możliwość wprowadzenia wolnego wokół 1 listopada oraz skrócenia ferii zimowych. Diagnoza trafiła jednak na półkę. Dyskutujemy o lekturach, przedmiotach i pracach domowych, ale organizację czasu, czyli fundament codziennego funkcjonowania szkoły, traktujemy jak dekorację.

Tydzień to pierwszy krok, nie ideał

Najprostszy wariant można właściwie zaprojektować od ręki. Widać go na prawym wykresie: tygodniowa przerwa jesienna, jednotygodniowe ferie zimowe i tygodniowa przerwa wiosenna. I już: najdłuższy odcinek bez siedmiu dni wolnego skraca się z około 21 do około dziewięciu tygodni.

To tylko demonstracja, nie projekt ustawy. Pokazuje, że bez zmniejszania liczby dni nauki można uzyskać regularniejszy rytm. Terminy trzeba policzyć dla wielu lat, uwzględniając egzaminy, rekrutację i Wielkanoc. Wakacje można, choć nie trzeba, przesuwać.

Docelowo kierunek powinien być nawet ambitniejszy: kilka dwutygodniowych przerw, jak w Belgii, Francji czy, w części roku, Szwajcarii. Uzasadnienie jest dosyć jasne: ilekroć mamy wolne, pierwsze dni zużywamy na wyjście z rytmu obowiązków. Więc rozdrobnione wolne utrudnia głębszy odpoczynek. Dłuższy urlop daje czas na sen, ruch i kontakty z bliskimi.

Zresztą wobec dorosłych podobną intuicję wpisaliśmy do prawa. Kodeks pracy stanowi, że jeżeli urlop jest dzielony na części, jedna z nich powinna obejmować co najmniej 14 kolejnych dni kalendarzowych. Założenie jest proste: pierwsze dni wolnego często zużywamy na wychodzenie z rytmu obowiązków, a dopiero później zaczyna się głębszy odpoczynek. Nie ma podstaw, by mechanicznie przenosić tę granicę na uczniów. Badania nie wskazują jednej idealnej długości szkolnej przerwy. Warto jednak zapytać, dlaczego dorosłym gwarantujemy możliwość dłuższego oderwania od pracy, a dzieciom każemy przez kilkanaście tygodni zadowalać się weekendami.

Reklama
Reklama

Dla kogo są dwa tygodnie ferii?

Tydzień jesiennego odpoczynku można uzyskać bez skracania roku szkolnego, jeżeli dwutygodniowe ferie zimowe skrócimy do tygodnia. Nie dlatego, że drugi tydzień jest uczniom niepotrzebny. Przeciwnie: dłuższy wypoczynek może być wartościowy. Problem polega na tym, że polskie dwa tygodnie wypadają w miejscu, w którym przerwy są już skumulowane.

Uczniowie wracają po zimowej przerwie bożonarodzeniowej, 6 stycznia ponownie mają wolne, wpadają w klasyfikację śródroczną, a niedługo później znikają ze szkoły na kolejne dwa tygodnie. W niektórych województwach i układach kalendarza między świętami a feriami pozostaje zaledwie kilkanaście dni nauki. Następnie zaczyna się najdłuższy blok w roku.

Polecamy także: MEN jak niesforny uczeń: wszystko zostawia na ostatnią chwilę

Nie pytajmy więc wyłącznie, czy dwa tygodnie ferii są dobre. Zapytajmy, czy są umieszczone tam, gdzie uczniowie najbardziej ich potrzebują. Gdybyśmy projektowali rok od początku, moglibyśmy przeznaczyć dwa tygodnie na jesień albo rozłożyć tę pulę pomiędzy jesień i zimę. Nasz wariant wybiera drugą możliwość, bo jest prostsza organizacyjnie i nie zwiększa liczby dni wolnych.

W obronie obecnego układu najczęściej pojawia się turystyka. Terminy dzieli się na wojewódzkie tury, żeby nie przeciążyć stoków, pensjonatów i miejscowości wypoczynkowych. To jednak logika przepustowości kurortów, a nie rytmu pracy ucznia. Według danych MEN w zorganizowanym wypoczynku zimowym w 2026 roku uczestniczyło około 344 tys. dzieci i młodzieży. W tej liczbie było około 150,7 tys. uczestników wyjazdów krajowych, 19,5 tys. zagranicznych oraz blisko 173,9 tys. uczestników półkolonii odbywających się w miejscu zamieszkania. Polskie szkoły liczą około 4,9 mln uczniów. Dane nie obejmują prywatnych wyjazdów rodzinnych, nie pozwalają więc obliczyć dokładnego odsetka wyjeżdżających. Pokazują jednak, że zorganizowane wyjazdy obejmują mniejszość uczniów.

Reklama
Reklama

Sprawdź też: We wtorek nowy rok szkolny. Akcja Uczniowska domaga się dymisji Nowackiej

Badanie Polskiej Organizacji Turystycznej również podważa obraz ferii jako powszechnego, dwutygodniowego wyjazdu na narty. Spośród osób planujących główny krajowy wyjazd zimowy tylko 34 proc. zamierzało odbyć go podczas ferii szkolnych. Jedna trzecia krajowych wyjazdów miała trwać zaledwie dwa–trzy dni, a sporty zimowe były głównym motywem dla 13 proc. respondentów. Dlaczego możliwości wyjazdowe mniejszości mają więc wyznaczać rytm pracy kilku milionów dzieci?

Ale nawet na upartego, tygodniowe ferie również można podzielić na tury. Podobnie można rozłożyć nową przerwę jesienną. Nie ma powodu, aby całe państwo odpoczywało jednocześnie, ale nie ma też powodu, aby interes branży turystycznej rozstrzygał o konstrukcji całego roku szkolnego.

Problem ruchomej Wielkanocy

Najtrudniejszym elementem układanki jest Wielkanoc. Jej termin zmienia się z roku na rok, a wraz z nim przesuwa się wiosenna przerwa. W 2026 roku trwa ona sześć dni, a więc nie dzieli roku według przyjętego przez nas kryterium pełnego tygodnia. To właśnie dlatego wiosenny polski odcinek urósł na wykresie do 145 dni.

Może Cię zainteresować: Barbara Nowacka i ten sam błąd co Czarnek. Szkoła nie potrzebuje politycznych wojowników

Reklama
Reklama

Można przyjąć prostą zasadę: wiosenna przerwa wielkanocna powinna trwać pełny tydzień. Jeżeli Wielkanoc wypada późno, sama w naturalny sposób dzieli okres nauki. Jeśli przypada już w marcu, można pozostawić podstawową przerwę świąteczną, a dodatkowe dni przenieść w okolice 1 maja i utworzyć pełny tydzień wolnego. Terminy różniłyby się między latami, lecz cel pozostawałby stały: nie dopuszczać do powstawania kilkunastotygodniowych bloków bez rzeczywistego odpoczynku. Kalendarz trzeba co roku układać wokół tego celu, zamiast mechanicznie kopiować daty.

Co z wakacjami?

Co jakiś czas w mediach powraca pytanie: czy przesuwać wakacje? Niekoniecznie. Na wykresie pokazaliśmy wariant z przesunięciem ferii letnich o dwa tygodnie, ale nie jest to warunek wprowadzenia przerwy jesiennej.

Zwolennicy wcześniejszych wakacji mają dobre argumenty. W drugiej połowie czerwca zdarzają się silne fale upałów, polskie szkoły są słabo przygotowane do wysokich temperatur, a po wystawieniu ocen część zajęć staje się pozorna. Wcześniejsze zakończenie roku mogłoby uczciwie uznać tę rzeczywistość.

Są jednak również argumenty przeciw. Sierpień bywa równie gorący. Zmiana kolidowałaby z urlopami rodziców, obozami, rekrutacją i pracą sezonową. Bez inwestycji w budynki moglibyśmy tylko zamienić gorący czerwiec na gorący sierpień.

Reklama
Reklama

Istotny wniosek jest taki: nie trzeba zaczynać od największej i najbardziej konfliktowej zmiany. Najpierw wprowadźmy tydzień jesiennego odpoczynku, przesuńmy część zimowego wolnego na jesień i uporządkujmy wiosnę. Przesunięcie wakacji można analizować osobno, najlepiej na podstawie wieloletnich danych pogodowych i pilotażu.

Przerwa dla ucznia nie musi być urlopem całej szkoły

Pozostaje argument rodziców: co zrobić z dziećmi podczas dodatkowego tygodnia wolnego? Nie można odpowiedzieć, że rodziny „jakoś sobie poradzą”, bo najłatwiej poradzą sobie zamożni, pracujący zdalnie lub mający blisko dziadków.

Więcej na ten temat przeczytasz w naszym materiale: Wakacje. Radość dla dzieci i zmartwienie dla rodziców

Przerwa od nauki nie musi jednak oznaczać zamkniętego budynku. Szkoły mogą organizować dobrowolne zajęcia: sport, teatr, muzykę, gry, majsterkowanie, wyjścia do muzeów, spacery, lokalne wycieczki i projekty społeczne. Bez ocen, podstawy programowej, prac domowych i dzwonków. Zajęcia mogliby prowadzić opłacani animatorzy, studenci, trenerzy, instruktorzy i organizacje społeczne. Chętni nauczyciele również mogliby się w nie włączać za dodatkowym wynagrodzeniem, ale nie powinien to być ich obowiązek.

Część przerw uczniowskich można wykorzystać na naprawdę dobre szkolenia nauczycieli. Słowo „szkolenie” nie może oznaczać kilku godzin przypadkowych prezentacji przygotowanych tylko po to, żeby wypełnić dokumentację. Potrzebne są zajęcia praktyczne, związane z rzeczywistymi potrzebami szkoły i prowadzone przez kompetentnych ludzi. Mógłby to być również czas na uzupełnienie dokumentacji, przygotowanie materiałów, spotkania zespołów nauczycielskich i inną pracę niedydaktyczną. Trzeba jednak zachować rozsądek: nauczyciele także potrzebują odpoczynku. Nie każda przerwa ucznia powinna być tygodniem obowiązkowych rad i kursów.

Rodzice potrzebują opieki. Nauczyciele potrzebują czasu na rozwój i pracę niewidoczną z perspektywy lekcji. Dzieci potrzebują przerwy od roli ucznia. Te trzy potrzeby można pogodzić.

Reklama
Reklama

Reforma przed reformami

Dyskusja o kalendarzu już w Polsce istnieje. Pojawiają się pomysły przesunięcia wakacji, zmiany terminów ferii i wprowadzenia przerwy jesiennej. Powstają ekspertyzy, po czym temat przegrywa z kolejną debatą o lekturach albo liczbie godzin przedmiotu. Tymczasem układ roku powinien zostać uporządkowany przed kolejnymi reformami programowymi. Nawet najlepsza podstawa programowa nie pomoże uczniowi, który jest przemęczony. Najciekawsza lekcja nie zadziała, jeżeli przypada w okresie, gdy cała klasa myśli wyłącznie o dotrwaniu do przerwy.

Czytaj też: Dwie dekady spadku. Co stało się z wynagrodzeniami nauczycieli

Pokazany przeze mnie wariant jest luźny i celowo zachowawczy. Tygodniowa przerwa jesienna, jednotygodniowe ferie zimowe, pełny tydzień wiosenny lub majowy, to punkt wyjścia, a nie ostateczna odpowiedź. Do tego potrzebna jest dostępna opieka podczas dni wolnych i sensownie zaplanowany czas pracy niedydaktycznej nauczycieli.

Być może po rzetelnej analizie dojdziemy do wniosku, że tydzień to za mało i warto pójść w stronę belgijską: kilku dwutygodniowych przerw i krótszych, bardziej równych okresów nauki. Belgia, Francja i inne europejskie systemy pokazują, że można urządzić rok inaczej. My zróbmy choć pierwszy krok. Zagwarantujmy uczniowi przynajmniej pełny tydzień odpoczynku, zanim zmęczenie zdąży zmienić się w wyczerpanie.

Reklama
Reklama

Skutki zmiany należy badać: absencję, poziom stresu, koncentrację, wyniki nauczania oraz opinie uczniów, rodziców i nauczycieli. Po dwóch–trzech latach kalendarz można poprawić ponownie. Bo nie jest dogmatem, tylko narzędziem.

Polecamy także: eDziennik zawetowany przez prezydenta. Morawiecki przygotował własny projekt

Tomek nie powinien zaczynać wymarzonego liceum od zastanawiania się, czy wytrzyma 113 dni do Bożego Narodzenia. Szkoła ma rozwijać jego ciekawość, a nie sprawdzać odporność na wielomiesięczną pracę bez pełnego tygodnia odpoczynku. Jeżeli naprawdę chcemy reformować polską edukację, zacznijmy od rzeczy najbardziej podstawowej: pozwólmy uczniom uczyć się w rytmie, który nie działa przeciwko nim.

 

Źródło: Zero.pl
Łukasz Wolański
Łukasz WolańskiDoktor nauk chemicznych, pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego, członek zespołu ds. praw i obowiązków ucznia przy MEN - autor zewnętrzny