Decyzja Waszyngtonu o natychmiastowym ograniczeniu wkładu USA w siły reagowania NATO to „motywacja wstrząsowa” dla Europy. Choć Amerykanie zapowiadali ten krok od dawna, Stary Kontynent staje przed brutalną rzeczywistością: era „amerykańskiego szeryfa” właśnie dobiega końca. Prof. Daniel Boćkowski w rozmowie z Zero.pl wyjaśnia, jakie kluczowe zdolności obronne natychmiast tracimy, ile lat zajmie nam zapełnienie tej luki i dlaczego największym problemem Europy wcale nie będzie brak sprzętu.

Agnieszka Waś-Turecka, Zero.pl: Sekretarz Generalny NATO Mark Rutte powiedział, że ograniczenie wkładu USA w siły reagowania kryzysowego Sojuszu weszło w życie ze skutkiem natychmiastowym. Co to oznacza?
Prof. Daniel Boćkowski z Uniwersytetu w Białymstoku, specjalista ds. bezpieczeństwa międzynarodowego: Sprawdza się to, co Amerykanie zapowiadali już wcześniej – trwa globalny przegląd ich obecności wojskowej, w tym w Europie. Zgodnie z tymi deklaracjami Waszyngton wycofuje określone komponenty swoich wojsk: część sił ciężkich, lotnictwo, w tym samoloty-cysterny, oraz wiele innego sprzętu.
Czyli to nie jest nic nowego?
Nie, absolutnie. Nie jest to zaskoczenie ani nowość, lecz realizacja zapowiedzi, które Amerykanie formułowali od dawna. Być może w Europie liczyliśmy na to, że na samych deklaracjach się skończy, ale dziś widać, że Waszyngton twardo stawia sprawę: Europa musi wziąć odpowiedzialność za samą siebie, a USA nie mają już ochoty być szeryfem, któremu nikt nie płaci.
Amerykanie wycofują wszystko, co w ich ocenie nie jest tutaj niezbędne z punktu widzenia ich własnego bezpieczeństwa. Zostawiają jedynie podstawowe siły szybkiego reagowania i wychodzą z założenia, że w razie realnego konfliktu ich wojska zjawią się na kontynencie zgodnie z planami.
Za krótka kołdra Pentagonu. Wojna w Iranie obnażyła słaby punkt USA
Jak to się odbije na zdolnościach NATO w Europie?
Bardzo mocno.
A w praktyce? Jakie możliwości utraci NATO?
Przede wszystkim musimy pamiętać, że Amerykanie zawsze zabezpieczali kluczowe obszary naszego bezpieczeństwa. W razie jakiegokolwiek kryzysu dysponowaliśmy ich wsparciem wywiadowczym, transportem strategicznym, samolotami-cysternami i potężną bazą sprzętową. Teraz to wsparcie w dotychczasowej formie zniknie. Europa musi te wszystkie luki zapełnić własnymi siłami.
Z punktu widzenia Waszyngtonu ryzyko realnego, bezpośredniego zagrożenia w Europie nie jest obecnie na tyle wysokie, by uzasadniało utrzymywanie dotychczasowego zaangażowania. Ponadto, Amerykanie uznają, że europejski potencjał odstraszania Federacji Rosyjskiej – jeśli mówimy o strategicznej obronie nuklearnej – pozostaje wystarczający, więc państwa Starego Kontynentu powinny poradzić sobie z kwestiami konwencjonalnymi same. Mówiąc obrazowo: dają Europie do zrozumienia, że czas dorosnąć. Zostawiają nas samych sobie, wychodząc z założenia, że skoro jesteśmy dorośli, musimy sami zapracować na swoje bezpieczeństwo.
Wspomniał pan o sprzęcie wykorzystywanym w akcjach transportowych i wywiadowczych. „New York Times”, pisząc o tej liście, wskazywał, że ograniczy to możliwości NATO w zakresie prowadzenia głębokich uderzeń oraz rozpoznania. O jakie działania dokładnie chodzi?
Europa miała specyficzny system prowadzenia operacji, w którym Amerykanie byli przede wszystkim naszymi oczami i uszami. Mieli też najważniejsze komponenty odstraszania, zwłaszcza jeśli chodzi o pociski dalekiego zasięgu oraz możliwości tankowania w powietrzu. To wszystko zawsze było amerykańską domeną i specjalizacją.
Obecnie Waszyngton przerzuca te zasoby w inne regiony świata. My natomiast nie jesteśmy do tego przygotowani. Choć Amerykanie od lat zapowiadali przegląd swoich sił, w Europie panowało myślenie, że „jakoś to będzie”. Za każdym razem, gdy przymierzaliśmy się do programów budowy własnych samolotów-cystern czy innych projektów, z czasem rezygnowaliśmy, bo przecież na miejscu byli Amerykanie.
Brakowało motywacji.
Dziś mamy więc motywację wstrząsową. Komunikat jest prosty: albo zbudujecie te zdolności sami, albo nie będziecie ich mieć wcale, ze wszystkimi tego konsekwencjami dla potencjału odstraszania. Amerykańskie siły potencjalnie zareagują dopiero wtedy, gdy pojawi się realne zagrożenie pełnoskalową wojną z Rosją i zostanie uruchomiony artykuł 5 Traktatu Waszyngtońskiego.
Czy Europa jest w stanie wypełnić tę lukę w stosunku jeden do jednego?
Z czasem tak, choć może nie idealnie jeden do jednego, ponieważ pewnych technologii w Europie po prostu nie rozwijano, uznając, że łatwiej i taniej je kupić. Część z tego sprzętu pewnie zresztą odkupimy od Amerykanów, jeśli będą chcieli go sprzedać. Jednak na zbudowanie takich zdolności potrzeba dużo czasu, ogromnych pieniędzy i ludzi.
Sam zakup sprzętu to jednak najmniejszy problem. Można podpisać kontrakt, postawić fabrykę i mieć określoną liczbę maszyn. Ale do tego trzeba wyszkolić pilotów, a także instruktorów, którzy będą uczyć kolejne roczniki. Trzeba przygotować zaplecze technologiczne, wyszkolić mechaników i zbudować rozbudowane bazy logistyczne z częściami zamiennymi. Nagle wokół kilku samolotów tworzy się potężna struktura ludzka i infrastrukturalna, która musi działać bez zarzutu, aby ten sprzęt w ogóle miał wartość bojową.
Co w takim razie jesteśmy w stanie zastąpić szybko, a z czym będą największe problemy?
Trudno o jednoznaczną ocenę, ponieważ wszystko zależy od tego, jakie cele operacyjne postawi przed sobą europejski komponent NATO. Jeśli chodzi o samoloty-cysterny, to zdolności te możemy z czasem zbudować – mamy programy oparte m.in. na platformie Airbusa. Polska, po zakupie maszyn F-35, również planuje pozyskanie takich zdolności tankowania.
Drugim elementem jest rozpoznanie. Tutaj sytuacja wygląda lepiej, bo Europa sukcesywnie rozbudowuje swoje konstelacje satelitarne i systemy obrazowania. Polska również weszła już w posiadanie własnych satelitów wojskowych, więc w tym obszarze zachodzą korzystne zmiany.
Kolejną kwestią są rakiety dalekiego zasięgu i zdolność do głębokich uderzeń rakietowych. Tutaj opieraliśmy się niemal całkowicie na USA. Jeszcze pół roku temu Amerykanie planowali rozmieścić odpowiedni sprzęt w Niemczech, jednak później te plany zawisły w próżni, a teraz zostały wstrzymane. Te zdolności musimy zbudować właściwie od nowa. I znowu – nawet jeśli technologia istnieje, kluczowa jest skala. Potrzebne są ogromne zamówienia publiczne i uruchomienie masowej produkcji amunicji rakietowej. Do tego dochodzi integracja: ta technologia musi być w pełni kompatybilna z natowskimi systemami radarowymi i zarządzania polem walki.
Niemcy to „państwo progowe”. Ekspert wyjaśnia, jak blisko własnej bomby atomowej jest Berlin
Powiedział pan, że na to wszystko potrzebujemy „dużo czasu”. „Dużo” to znaczy ile?
To zależy od nakładów finansowych, mocy przerobowych przemysłu obronnego oraz tego, co uda nam się kupić gotowe od ręki. Nie jest to jednak proces na rok. W optymistycznym wariancie, aby w pełni zrekompensować wycofanie amerykańskich zdolności, wdrożyć systemy, przeszkolić ludzi i zgrać to w strukturach NATO, potrzebujemy co najmniej 5–6 lat.
Tymczasem, jak podaje Reuters, amerykańscy dyplomaci powiedzieli Europejczykom, że mają czas do 2027 r. Te dwa kalendarze wyraźnie się rozjeżdżają. Czy to oznacza, że przez pewien czas Europa będzie miała znaczącą lukę w architekturze bezpieczeństwa?
Europa nie staje się bezbronna. Nasza infrastruktura odstraszania i potencjał obronny wciąż są silne i skuteczne. Problemem jest raczej rozproszenie tych zasobów i potrzeba lepszego, zintegrowanego zarządzania produkcją dronów, amunicji czy ciężkiego sprzętu.
Warto jednak zwrócić uwagę na coś innego: Europa w najbliższych latach nie będzie narzekać na brak sprzętu, ale na brak żołnierzy. Przez dekady żyliśmy w iluzji, że w razie wojny walczyć będzie nieliczna armia zawodowa, a reszta społeczeństwa będzie mogła spokojnie pić latte. Tymczasem w pełnoskalowym konflikcie formacje zawodowe ponoszą straty jako pierwsze. Kluczowe stają się uzupełnienia, które bierze się z rezerw. W Polsce mamy pod tym względem ogromny problem, ponieważ rezerwy personalne nie są przeszkolone do obsługi nowoczesnego sprzętu.
W nowoczesnej wojnie armia zawodowa jedynie zaczyna starcie, a wygrywają je dobrze przygotowane rezerwy. Zdolność do szybkiego przeszkolenia i zmotywowania ludzi to dzisiaj największa luka w Europie.
Niemniej jednak nie jesteśmy bezbronni. Jesteśmy dla potencjalnego agresora bardzo trudnym przeciwnikiem. Rosja nie ma obecnie potencjału, by militarnie sterroryzować czy zająć Europę. Może ewentualnie próbować działań z zaskoczenia na ograniczonym obszarze, na przykład w kierunku państw bałtyckich. Długofalowe starcie z technologicznie przeważającą Europą jest dla Moskwy ekonomicznie i militarnie nie do udźwignięcia, choć oczywiście koszt takiego konfliktu dla obu stron byłby gigantyczny.
Których krajów i których baz wojskowych najbardziej mogą dotknąć zapowiedziane redukcje sił USA?
W tej chwili nikt tego precyzyjnie nie wie, ponieważ ten proces dopiero rusza. Amerykanie ogłosili decyzję kierunkową, natomiast teraz rozpoczyna się półroczny przegląd struktur. Wiemy, jaki profil sprzętu chcą wycofać, ale to, czy dotknie to baz stałych, czy magazynów strategicznych, pokaże dopiero praktyka. To jest także element gry politycznej.
W kontekście tych zmian mówi się o koncepcji NATO 3.0, czyli o tym, że Europa...
... Europa broni się sama w ramach NATO, natomiast Stany Zjednoczone przychodzą z pełnoskalową pomocą dopiero w momencie uruchomienia artykułu 5., czyli przy realnym, egzystencjalnym zagrożeniu. Kończy się era, w której amerykański sojusznik przysyłał wsparcie przy każdej mniejszej eskalacji czy incydencie granicznym. Amerykańska pomoc ma być rezerwowana na konflikty o dużej intensywności, na wzór wojny na Ukrainie.
Inni definiują NATO 3.0 jeszcze inaczej. Chodzi o format, w którym Europa jest głównym dostawcą sił konwencjonalnych, natomiast USA dbają o strategiczne odstraszanie nuklearne.
Sojusz Północnoatlantycki od zawsze opierał się na takim fundamencie. Koncepcja amerykańskiego strategicznego parasola nuklearnego – uzupełnionego mniejszymi potencjałami Francji i Wielkiej Brytanii – stanowiła rdzeń NATO od czasów zimnej wojny. Chodzi o to, by z jednej strony posiadać zdolność do powstrzymania operacji konwencjonalnych na teatrze działań, a z drugiej – dysponować na tyle silnym argumentem jądrowym, by Federacja Rosyjska nie mogła uciekać się do szantażu atomowego ani punktowych uderzeń dla poprawy swojej pozycji strategicznej.
Ten podział ról zostaje utrzymany, zmienia się jedynie akcent: Amerykanie bezpowrotnie przerzucają ciężar obrony konwencjonalnej kontynentu na barki samych Europejczyków.
Czy europejski przemysł zbrojeniowy zaczął już realnie przejmować tę odpowiedzialność i wszedł na odpowiednio wysokie obroty?
Absolutnie nie. Przez lata nie było do tego ani powodów, ani możliwości, ani chęci.
Dodatkowo w Europie zderzamy się z dogmatami polityki klimatycznej. Powiedzmy sobie otwarcie: przemysł obronny nie jest „zielony”, jest „brudny”. Nie da się zbudować czołgu na baterie. Produkcja zbrojeniowa to ciężka chemia, metalurgia, huty i walcownie – sektory skrajnie energochłonne. Jeśli Europa chce realnie się zbroić, musi zrewidować swoją koncepcję transformacji energetycznej i podejście do wykorzystania energii w przemyśle ciężkim.
Stąd bierze się m.in. europejski program SAFE. To nie jest żaden unijny prezent czy narzędzie do uzależniania poszczególnych państw. SAFE to celowa próba skonsolidowania i ukierunkowania środków finansowych w skali całego kontynentu, by radykalnie pobudzić i rozbudować europejskie zdolności produkcyjne w obszarze uzbrojenia. W ten sposób ma zostać zbudowana samowystarczalność Europy.
Czy to wystarczy?
To będziemy wiedzieć dopiero wtedy, gdy wybuchnie wojna.
W logice obronnej nie istnieje pojęcie „wystarczająco”, ponieważ nigdy nie mamy pełnych danych o planach przeciwnika. Nie wiemy, czy i kiedy Federacja Rosyjska zdecyduje się na agresję, jakie cele sobie postawi, ani jakimi metodami będzie działać.
Nie znamy też przyszłej mentalności politycznej liderów poszczególnych państw europejskich ani nastrojów ich społeczeństw – kto w godzinie próby będzie gotów umierać za Gdańsk czy Wilno.
Tego nie da się zapisać w symulacjach. Możemy się jedynie maksymalnie przygotowywać, ale samo przygotowanie to wciąż tylko plan. A jak mawiają żołnierze: plany są świetne, dopóki nie padną pierwsze strzały.
Wspomniał pan o prawdopodobieństwie rosyjskiej agresji. Czy redukcja stałej obecności wojskowej Amerykanów w Europie nie rozochoci Kremla i nie skłoni go do bardziej agresywnych działań?
Moim zdaniem nie. Wynika to z faktu, że Pentagon bardzo racjonalnie ocenia obecny potencjał Rosji. Wojna na Ukrainie pokazała, że rosyjskie zdolności konwencjonalne są mocno ograniczone i uszczuplone. Ponadto ogólny próg odstraszania Europy jest na tyle wysoki, że jesteśmy w stanie skutecznie wiązać siły rosyjskie.
Pamiętajmy jednak, że wojna to w równym stopniu starcie potencjałów sprzętowych, co kwestia świadomości i morale. Można dysponować najnowocześniejszym uzbrojeniem, ale jeśli społeczeństwo będzie mentalnie rozbrojone, żaden sprzęt nie pomoże. Dlatego transformacja Europy musi iść dwutorowo: obok odbudowy fabryk amunicji musimy przywrócić w społeczeństwach elementarną gotowość do obrony własnych państw.
Czyli wracamy do rezerw, o których pan wcześniej mówił?
Nie tylko. Także do ogólnej filozofii obronnej, jaką w Polsce definiuje np. Ustawa o obronie Ojczyzny. Podobne przepisy istnieją w większości państw. Jasno określają one, że w momencie wybuchu wojny każdy obywatel ma obowiązek działać na rzecz obronności państwa – w różnej formie, od bezpośredniej walki na linii frontu po pracę na zapleczu logistycznym czy medycznym. Skuteczna obrona przed agresją zawsze wymaga totalnej mobilizacji całego społeczeństwa, a nie tylko formacji zawodowych, którym państwo płaci pensje.
Czy scenariusz, w którym Europa broni się sama, bez USA, jest realny?
On nie tylko jest realny – w obecnej sytuacji politycznej po prostu nie ma innego scenariusza. Szeryf stwierdził, że nie będzie walczył, zabrał zabawki i poszedł do domu. Czas najwyższy dorosnąć i uznać, że jeżeli coś się dzieje, to każdy z nas musi bronić swojego domu.
Przez ostatnie trzy dekady europejscy politycy budowali fikcyjny świat, w którym bezpieczeństwa obywateli miały bronić bliżej nieokreślone, zewnętrzne struktury: abstrakcyjne mechanizmy NATO, mityczny parasol USA czy nieliczne armie zawodowe. Europejczycy siedzieli, sporo za to płacili i uważali, że nie muszą się tym przejmować. To jest złudzenie i fikcja, tak nigdy nie buduje się bezpieczeństwa.
Oczywiście ta ułuda była wygodna, ponieważ pozwalała na transfer ogromnych środków budżetowych z obronności na cele socjalne i konsumpcyjne, co gwarantowało politykom głosy w kolejnych wyborach. Zapomniano jednak o lekcjach z czasów zimnej wojny, kiedy zarówno Europa Zachodnia, jak i państwa bloku wschodniego utrzymywały potężne armie, zapasy i infrastrukturę przygotowaną do natychmiastowego starcia. Po 1989 r. uwierzyliśmy w iluzję „końca historii”. Dzisiaj ta iluzja brutalnie mści się na Europie.
Czyli w tym momencie nie ma już co tracić energii na zastanawianie się, czy artykuł 5 zadziała, czy nie zadziała, tylko lepiej poświęcić ją na myślenie o tym, jak się samemu obronić.
Artykuł 5 to nie są wyłącznie USA. To są wszystkie państwa europejskie. Jeżeli my sami nie obronimy się w ramach artykułu 5, to nie wiem, dlaczego Amerykanie mieliby to robić. Artykuł 5 jest dla wszystkich państw Europy.
